piątek, 10 lipca 2015

Aż poleje się krew, czyli Książka Pięćdziesiąta

Tytuł: Wywiad z wampirem
Autor: Anne Rice
Rok wydania: 1976
Liczba stron: 400
Niby XXI wiek, a okładka jak z lat 70'

Dzisiaj zmierzyłam się z królową wampirów. I nie, niestety  nie mam na myśli Stephanie Meyer, jej wybitna twórczość póki co nie znalazła się w Biblii. Zamiast niej, wampirze pole do popisu zaorała równie znana Anne Rice. Domyślam się, że ci z was, którzy czytali powieści pani Rice chwytają się teraz za głowę i pomstują, że śmiałam umieścić nazwiska obu kobiet w jednym zdaniu. A to dlatego, że z jakiegoś powodu książki Anne Rice uznawane są za wybitne, podczas, gdy "Zmierzch" i jego kolejne tomy, używane są przez fanów dobrej literatury w najlepszym wypadku jako podpórki pod nierówny stół. 
Miałam w planach ambitnie wklejać ilustracje, ale ich poziom mnie załamał,
dlatego powrzucam przystojnych wampirów i ładne wampirczyce (?)
w końcu ładnych ludzi nigdy za wiele...
Z jednej strony rozumiem dlaczego takie porównanie może wywołać marsz oburzonych- obie książki reprezentują zupełnie różny styl pisania. U Stephanie jest on trochę na poziomie "Kali spać, Kali jeść, Kali spoglądać spod wachlarza rzęs" podczas, gdy Anne zdolność formowania pięknych zdań opanowała w stopniu dość zaawansowanym. Jednak pomimo satysfakcjonującego potoku słów, czytając "Wywiad z wampirem" miałam wrażenie, że ktoś usiłuje mi wmówić, że kaszubska pisanka, która stoi przede mną to tak naprawdę jajko Faberge. A przecież ślepa nie jestem.
Z tego co wiem, ten pan jest faworytem większości wampirofilek
W tym miejscu pozdrawiam moją współlokatorkę P.

Zatrzymajmy się przez chwilę na fabule dzisiejszej "Książki Dnia". Otóż, koncentruje się ona wokół życia, a raczej życia po śmierci, Louisa najpierw człowieka,  potem wampira zamieszkującego Luizjanę końca XVII wieku. Louis zostaje przemieniony w wampira przez Lestata, osobnika przebiegłego, wyrachowanego i przepełnionego potrzebą zabijania. Przez pewien czas żyją sobie oni w dwójkę, pijąc krew, wydając pieniądze, śpiąc w jednej trumnie, później jednak trochę im się nudzi, więc robią sobie dziecko... to znaczy zamieniają w wampira małą dziewczynkę imieniem Claudia. Jak można się domyślać, nie jest to najlepszych z dobrych pomysłów, ale jeśli mam być szczera wampiry chyba w ogóle cierpią na deficyt nie tylko dobrych pomysłów, ale i zdrowego rozsądku. Może to cena za nieśmiertelność?
Moją miłością życia był jednak ten Pan
(ok miałam 10 lat i nie wiedziałam jeszcze, że tleniony blond
u faceta jest szczytem żenady)

Jaki jest mój największy zarzut wobec tej książki? Dlaczego piszę o niej niczym zgryźliwy tetryk? Odpowiedź składa się z jednego słowa. Jest nim patos. W tej książce wszystko jest napuszone, rozdmuchane, śmiertelnie wręcz poważne (żarcik słowny zamierzony, taka jestem zabawna). Wszystko co spotyka głównego bohatera jest podniosłe, słowa, których używa brzmią jak żywcem wyjęte z epitafium (kolejny żarcik, jestem dzisiaj w formie). Nie ma w tej książce ani odrobiny humoru. Co za to jest? Jakieś dziwne podteksty erotyczne, które robiły mi wodę z mózgu i to wcale nie w ten przyjemny sposób, który sprawia, że uginają ci się kolana. 
No, ale nie bądźmy takimi seksistami.
Ta Pani jest równie hot, może nawet bardziej. 

Trudno było mi wychwycić, co rzeczywiście dzieje się w tej książce, a co dopowiedział sobie mój zdeprawowany mózg. W książce mamy czwórkę bohaterów, którzy faktycznie coś znaczą- wspomniani już wyżej Louis, Lestat i Claudia oraz kolejny wampir o dumnym imieniu Armand. I moim zdaniem Louis u każdego z nich wzbudzał pożądanie seksualne. Nie żartuję, Lestat łazi za nim i jęczy, że go potrzebuje, że muszą być razem, bla bla bla, jedzie za nim nawet do Paryża, co podchodzi trochę pod ostry poziom stalkizmu. Armand mówi mu wprost, że go pragnie, a ilość pocałunków jakimi nasz cudowny główny bohater obdarzył Claudię zakrawa mi w dziwny sposób na pedofilię. Nie mam nic do homoerotyki, naprawdę, można nawet uznać, że jestem fanką. Ale kiedy ktoś usiłuje mi ją sprzedać całą polaną sosem patosu, to mam lekką niestrawność.
A tutaj mamy szwedzkiego wampira...

Kolejnym problemem, trochę powiązanym z wyżej wymienionymi, jest użycie słowa "kocham". Jak wspominałam już milion razy, nie jestem fanką miłości głupiej i natychmiastowej. U wampirów słowa "kocham cię" padają już po pierwszym spotkaniu, a ja zachodzę w głowę, o jaką tu w ogóle miłość chodzi? Czy słowo "kocham" ma może jeszcze jakieś inne znaczenie, o którym nie mam pojęcia? Czy znaczy też "miło było cię poznać"? Bo jeśli nie, to trochę nie widzę sensu używania go wobec osoby, którą dopiero co się poznało. No ale jak już wspominałam patos musi się zgadzać.
I jest też... ok Tom Cruise jako Lestat mi się nie podoba.
Wrzuciłam tylko dlatego, żeby się pośmiać z jego peruki.
W książce dużo jest rozmyślań na temat śmierci, życia, nieśmiertelności, wieczności. Jednak te poważne rozkminy wydają mi się miałkie i pozbawione polotu. Główny bohater jest wiecznie nieszczęśliwy, swoją wieczność spędza na poszukiwaniu sensu, wszystko co mu się przytrafia musi opatrzyć jakimś pseudointelektualnym komentarzem. Ja wiem, że prawdopodobnie życie wieczne wiąże się z dylematami o zabarwieniu eschatologicznym, ale ileż można? Jak długo mam czytać, że wampiry wszystko widzą inaczej, że ich życie charakteryzuje swoista obojętność i tak dalej. W pewnym momencie sama zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem wampirem, bo zupełnie zobojętniałam w kwestii tej książki i jej bohaterów.
Jeszcze trochę, a zabrakłoby tu mojego osobistego ulubieńca.
Na szczęście w porę zorientowałam się, że popełniłam
karygodne przeoczenie. 

Trudno mi ocenić na jakim poziomie jest ta książka. Czytało się ją szybko i bez jakichś większych wyrzeczeń. Jednak nie jest to ten rodzaj opowieści, który wywołuje u mnie gęsią skórkę. Ja swoje wampiry lubię, mocne, zdecydowane, krwiożercze i pozbawione werterowskich przymiotów. Takie jakie zabijała Buffy, a nie takie w jakich zakochiwała się Bella. Ale to tylko moje prywatne preferencje, znam wiele osób, które za Lestata, Louisa i spółkę dałyby się pokroić. 
A tak w ogóle to spadaj Ian, spadaj Alex, to jest moim zdaniem ideał
wampirzej urody.
Tradycyjnie kończę cytatami:
  • Jeśli wierzysz, że Bóg stworzył Szatana, to musisz zdawać sobie sprawę, że jego moc pochodzi od Boga i że Szatan jest po prostu dzieckiem Boga, a i my tym samym jesteśmy dziećmi Boga. Nie ma dzieci Szatana, naprawdę.
  • Co to jest umierać, kiedy możesz żyć aż do końca świata? A co to jest koniec świata, jeśli nie wyrażenie tylko, bo kto wie, czymże w ogóle jest ten świat
  • Wszystkie decyzje estetyczne są tak naprawdę decyzjami moralnymi.
  • Zło zależy od punktu widzenia. Bóg też zabija.
  • Twoje zło polega na tym, że nie potrafisz być zły, a ja muszę z tego powodu cierpieć.

Kończę zanim zanudzę was na śmierć,
M. 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Mały haczyk, czyli Książka Numer Czterdzieści Dziewięć

Autor: Joseph Heller
Tytuł: Paragraf 22
Rok wydania: 1961
Liczba stron: 477
tym razem nie zapomniałam zrobić zdjęcia książki
Czas na wielki powrót. Wiem, nie było mnie grubo ponad miesiąc, ale niestety sesja i jej powikłania wysłały mnie w daleką podróż, z której wróciłam jak ze spowiedzi z żalem za grzechy i mocnym postanowieniem poprawy. Stąd właśnie zmiany w wyglądzie bloga, a także "fanpejdż" na facebooku, gdzie będę "na gorąco" pisała swoje wrażenia ze spotkań z Książkami Dnia (tudzież Nocy). No, ale ad rem. Przy okazji wpisu o "Na zachodzie bez zmian" uznałam, że o wojnie powinno się pisać dobrze (w sensie umiejętnie) albo wcale. Dlatego do bohaterki dzisiejszego wpisu podeszłam, jak do nowej płyty "Mumford and Sons", z rezerwą. Na szczęście jednak, przynajmniej w wypadku książki, nie miałam do czynienia z niewypałem, a z bombą o całkiem sporej sile rażenia (w sensie czterech liter nie urwało, ale skarpetki nieco spadły).

Dzisiaj będą nie tyle ładne ilustracje (bo o takie do tej książki trudno),
co ładne projekty okładek.
link
Paragraf 22, zawiera w sobie mieszankę iście wybuchową- wojnę, absurd, szaleństwo, groteskę i dość sporą dawkę ironii. Czyli, jak dla mnie koktajl idealny, ambrozja wręcz. Fabuła powieści koncentruje się na Yossarianie, amerykańskim pilocie wojskowym oraz na jego towarzyszach, ferajnie ludzi będących szachownicą komizmu i tragizmu. Stacjonują oni we Włoszech i robią wszystko, aby nie musieć przeprowadzać nalotów. Przez wszystko, naprawdę mam na myśli wszystko, bohaterowie powieści zachowują się trochę jak dzieci, które nie chcą iść do szkoły, bo grozi im jedynka z matematyki- symulują choroby, dodają mydło do ziemniaków, aby się otruć, uszkadzają samoloty. Jednak ich chytre plany, na dłuższą metę są daremne- liczba obowiązkowych lotów regularnie się zwiększa, tak aby nikt nie mógł powrócić na łono ojczyzny inaczej niż w trumnie lub kajdankach. 
Wydaję mi się, że o wojnie trudniej jest rysować niż pisać.
link

Powieść przesycona jest czarnym humorem i absurdem. Jej klimat idealnie obrazuje tytułowy Paragraf 22, który głosi między innymi, że żołnierz ma  prawdo do natychmiastowego zakończenia pełnienia służby na własną prośbę z powodu choroby psychicznej. Problem w tym, że ktoś, kto w trosce o uratowanie własnego życia wnosi o zwolnienie ze służby, udowadnia tym samym, że jest psychicznie zdrowy, a tym samym nie może prosić o zwolnienie z powodu choroby psychicznej. Treść Paragrafu 22 zmienia się wraz z fabułą, zawsze jednak jest przesycona absurdem i bezsensownością. Bezsensownością, z której można się jedynie śmiać.
ale przynajmniej można narysować samoloty
link

W książce Hellera wszyscy są wariatami (zwykle nie używam tego określenia, ale tutaj nie da się inaczej). Wariatem jest Yossarian, który uważa, że wszyscy zarówno Niemcy, jak i Włosi, a już zwłaszcza Amerykanie z jego eskadry, dybią na jego życie. Wariatem jest jego współlokator Orr, który wpycha sobie jabłka w policzki, wariatem jest Major Major Major, który ukrywa się przed swoimi podwładnymi i przyjmuje interesantów, tylko wtedy, kiedy go nie ma. Przy bohaterach Paragrafu 22, bohaterowie "Lotu nad kukułczym gniazdem" są wesołą, przystosowaną do życia ferajną. Jednak jest to zabieg celowy- Heller poprzez absurd postaci pokazuje absurd wojny. Poprzez jej bezsensowność pokazuje jej okrucieństwo. Przypomina to trochę styl filmów Barei, czy może nawet bardziej, moją ukochaną "Rzeźnię numer pięć". 
nawet jeśli te samoloty mają przypominać
nasadkę na suszarkę.
link

Skoro już o "Rzeźni numer pięć" mowa, trudno mi było tych powieści ze sobą nie porównywać. I niestety, "Paragraf 22" dużo traci na tym porównaniu. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo powieść Vonneguta nie doczekała się jeszcze wpisu na tym blogu, ale wydaję mi się, że jest ona dużo bardziej wysmakowana i zabawniejsza. "Paragraf 22" momentami jest monotonny, dużo żartów się powtarza, pewne chwyty jak np. przesłuchania rodem z "Procesu" Kafki, przestają bawić, przy trzecim powtórzeniu. Wygląda to trochę tak jakby Heller znalazł jeden dowcip, który okazał się hitem i opowiadał go w kółko i w kółko jakby się bał, że inne żarty okażą się łamiącymi zęby sucharami. 
można też nie rysować samolotów.
link

Mam jeszcze jedno zastrzeżenie do dzisiejszej Książki Dnia, otóż jej fabuła wydawała mi się trochę niespójna. Nie mam nic przeciwko nielinearnemu sposobowi prowadzenia narracji, a chronologia nie jest dla mnie aksjomatem dobrej powieści. Jednak w momencie, kiedy mamy do czynienia z dwoma tuzinami bohaterów, a każdy z nich ostemplowany jest jedynie stopniem wojskowym i nazwiskiem, trudno jest nadążyć za rwącym jak ból zęba nurtem narracji, kiedy przeskakuje on z przeszłości w przyszłość bez żadnego ostrzeżenia. Samych bohaterów też jest nieco za dużo. Ok, nie jest to może "Gra o Tron" ale mimo wszystko w pewnym momencie każdy kapitan, podpułkownik, generał, pułkownik i sierżant zlali mi się jeden wielogłowy twór, przypominający hydrę w zielonym hełmie. 
Ale zawsze lepiej narysować
link

Podsumowując, powieść mi się podobała. Kilka razy cieszyłam się jak mały pingwin z groteskowego humoru, którym mnie raczyła. Jednak nie umieszczę jej w pierwszej dziesiątce moich ulubionych książek. Prawdopodobnie nawet nigdy nie przeczytam jej po raz drugi. Po prostu nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jakie oczekiwałam, że zrobi. 
Bo chyba lepiej rysować samoloty niż ludzi.
Joseph Heller, zapytany kiedyś dlaczego nie napisał już nigdy nic równie dobrego jak "Paragraf 22" odpowiedział: "A kto napisał?". I chociaż oklaski za ripostę, to jednak mogę podać kilka nazwisk. Chociażby wspomnianego już dzisiaj Vonneguta i jego "Rzeźnię numer Pięć"
zdecydowanie lepiej
link
Jak zwykle na zakończenie, cytaty:
  • Co oni mogą mi zrobić – spytał konfidencjonalnie – gdybym odmówił dalaszych lotów?– Prawdopodobnie będziemy cię musieli rozstrzelać – odpowiedział były starszy szeregowy Wintergreen.
  • – Jak to "będziemy"? – krzyknął zaskoczony Yossarian. – Co to znaczy "będziemy"? Odkąd to jesteś po ich stronie?
    – Mam być po twojej stronie, kiedy cię będą rozstrzeliwać? – odparł Wintergreen.
  • Oni chcą mnie zabić – powiedział spokojnie Yossarian.
    – Nikt nie chce cię zabić – krzyknął Clevinger.
    – To dlaczego do mnie strzelają? – spytał Yossarian.
    – Oni strzelają do wszystkich – odpowiedział Clevinger. – Chcą zabić wszystkich.
    – A co to za różnica?
  • Jesteście oficerami Armii Stanów Zjednoczonych. Oficerowie żadnej innej armii na świecie nie mogą tego o sobie powiedzieć. Zastanówcie się nad tym.
  • Yossarian ani razu nie przyszedł pomóc przy budowie, za to później, gdy klub już ukończono, przychodził bardzo często, urzeczony tym dużym, pięknym, nieregularnym budynkiem krytym gontem. Była to rzeczywiście wspaniała konstrukcja i Yossariana przepełniało uczucie niekłamanej dumy, ilekroć spojrzał na nią i pomyślał, że nawet nie kiwnął palcem przy jej wznoszeniu.
  • Dowództwo grupy było zaniepokojone, bo nigdy nie wiadomo, do czego ludzie się dopytają, skoro raz poczują, że mają prawo zadawać pytania.
Odhaczam,
M.

niedziela, 24 maja 2015

Tam, gdzie nie ma już dróg, czyli Książka Czterdziesta Ósma

Autor: Italo Calvino
Tytuł: Niewidzialne Miasta
Rok wydania: 1972
Liczba stron: 129
Tu powinno być zdjęcie mojej książki,
ale zapomniałam je zrobić, a teraz
mnie nie ma w domu.

Najdłuższa dotychczasowa nieobecność. Nie mam słów, szkoda słów, słowa są na mnie obrażone. Wstydzę się sama za siebie. Marnuję czas, wiem o tym. Ale obiecuję poprawę. Świat jak kocha to poczeka, książki niestety nie.

Nie wiem, czy tę książkę da się zilustrować.
Ale można próbować.
link 

Dzisiejsza książka jest niesamowita. Tak niesamowita, że nawet nie za bardzo wiem jak o niej pisać. Pisać o tej książce jest równie łatwo jak matematycznie obliczać jakość obrazu Degasa, jak rzeźbić wzory fizyczne, jak zobaczyć ultrafiolet gołym okiem. Nie da się.

Gdybym miała czas i talent sama bym ilustrowała
link 
Kupiłam tę książkę, bo na jednym z fakultetów usłyszałam o jej autorze. Jak zwykle w księgarni wybrałam pierwszą z brzegu książkę na liście. Dopiero w domu zorientowałam się, że składa się praktycznie tylko i wyłącznie z opisów miast. I to w dodatku miast, które nie istnieją. Uwierzcie mi, w tym momencie miałam ochotę zbudować w moim mieszkaniu kominek, tylko po to, aby tę książkę w nim spalić. Nienawidzę opisów. Jeżeli są dłuższe od dziesięciu zdań po prostu je omijam, bez wyjątków i wyrzutów sumienia. Uważam, że paradoksalnie opisy zamiast dodawać odejmują, zamiast tworzyć niszczą. Jak więc miałam przeczytać książkę, której treść jest wypełniona nimi po brzegi? Byłam pewna, że świadomie wystawiam się na chińską torturę i że nie wyjdę z tego żywa. Na szczęście się myliłam. Myliłam się tak bardzo jak Klaudiusz Ptolemeusz lub dziewczyny, które wierzyły, że Zayn będzie w One Direction do końca trwania zespołu.



Żadna z ilustracji nie będzie tak dobra jak opis miasta.
Ta jednak jest blisko.
link 
Trudno będzie mi ubrać esencję tej książki w słowa, tak eteryczna i efemeryczna jest ona w swojej naturze. Główny bohater Marko Polo opowiada cesarzowi fikcyjnego imperium o miastach które zobaczył. Opisuje każde z nich w inny sposób, za każdym razem zwracając uwagę na coś innego. Opisów jest pięćdziesiąt pięć. I tyle. Jednak te kilkadziesiąt opisów miast zawiera w sobie cały wszechświat, całe uniwersum przemyśleń, filozoficznych rozważań, międzywierszowych znaczeń. Italo Calvino pisząc tę książkę nie był prozaikiem, a poetą. Kreował światy fantastyczne, pełne niedopowiedzeń, stał się architektem poezji. W "Grze w klasy" napisane jest, że Paryż jest metaforą. "Niewidzialne miasta" są całym atlasem takich metafor.

To jedna z tych książek, przez które
chcę spakować plecach i nigdy nie wrócić.
link 
 Każdy z opisów czyta się jak wiersz. Każde miasto jest inne, wyraziste, piękne nierealne. Są miasta mistyczne, miasta fantastyczne, miasta zbudowane na granicy jawy i snu, miasta zawieszone w próżni, w czasie, w przestrzeni. Są miasta których nie ma i takie których jest więcej niż jedno. Miasta wielkości kosmosu i ziarenka piasku. Innymi słowy, nie czytamy opisu Warszawy, Paryża, Koluszek, czytamy o miejscach bardziej magicznych niż Hogwart, Narnia i Śródziemie razem zebrane. Ja osobiście nie mogłam wyjść z podziwu, jak pięknie i obrazowo można pisać o kilku ulicach, bramie wjazdowej i wieży kościelnej. Urbanistyka nigdy nie wywołała u mnie gęsiej skórki i szybszego bicia serca. Do teraz.


Każde miasto jest inne.
Wszystkie miasta są takie same.
link 

Nie mówię, że jest to książka dla każdego. Absolutnie i totalnie nie jest. Ostrzegam- miejscami trąci ona Coelhoizmem, uderza w patetyczny ton, potrzeba do niej dużej cierpliwości, ale jest tak pięknie napisana, że nie zaważyło to na mojej miłości do niej. W końcu nic prócz klaty Chrisa Evansa i oczu Emmy Stone nie jest idealne.

Dawno szukanie ilustracji do wpisu
nie sprawiło mi takiej przyjemności.
link 

Nie jest to książka, którą się czyta szybko i przy jednym podejściu. Wymaga stałej aktywności intelektualnej i jest raczej jak tomik wierszy, jednego dnia przeczytasz trzy, innego dziewięć, a jeszcze innego nie będziesz wcale w nastroju, aby ją otwierać. Ale kiedy już otworzysz, zanurzysz się w zupełnie innym świecie, który pozwoli ci spojrzeć nawet na ten okropny szary chodnik i kontener na śmieci z inwektywami w sprayu w inny sposób. Italo Calvino pisze o miastach, jak lirycy piszą o kobietach, delikatnie, z miłością i iluzoryczną nastrojowością. Wrażenie potęguje to fakt, że wszystkie te magiczne krainy ochrzczone są kobiecymi imionami. I jak kobiety są wewnętrznie sprzeczne, temperametne, nieprzeniknione, a czasami totalnie popieprzone. Nie miałam pojęcia, że można tak pisać o czymkolwiek, a już szczególnie o miastach. Dlatego właśnie skomponowałam powyższą pieśń pochwalną i czekam z niecierpliwością, gdy znowu przyjdzie mi przeczytać jakieś dzieło włoskiego autora, którego książek na liście jest jeszcze garstka.


Ta książka to prawdziwa uczta dla wyobraźni.
link 

Kończę, jak to zwykle bywa cytatami i chyba pierwszy raz w historii tego bloga, żałuję, że nie mogę tu przepisać całej książki:
  • Obrazy pamięci zacierają się, skoro tylko zastygną w słowa - powiedział Polo. - Może boję się, że stracę od razu całą Wenecję, jeśli będę o niej mówił. A może, mówiąc o innych miastach, już ją stopniowo utraciłem 
  • Na próżno mój Chanie, próbowałbym ci opisać miasto Zahirę o wysokich basztach. Mógłbym powiedzieć, ile stopni liczą strome ulice układane w schody, jak są sklepione łuki podcieni i jakie blachy cynkowe pokrywają dachy; ale wiem, że byłoby to tak, jakbym ci nic nie powiedział. Nie z tego składa się miasto, lecz ze stosunków między wymiarami jego przestrzeni a wydarzeniami z jego przeszłości: między odległością latarni od bruku a kołyszącymi się stopami powieszonego samozwańca; sznurem przeciągniętym między latarnią i przeciwległą balustradą a festonami zdobiącymi trasę orszaku ślubnego królowej; wysokością tej balustrady skokiem cudzołożnicy, który przesadza ją o świcie; nachyleniem rynny a kotem, który posuwa się po niej, aby wśliznąć się przez to samo okno; linią ogona kanonierki, która wypływa niespodziewanie zza cypla, a kulą druzgocącą rynnę; dziurami w sieciach rybackich a trzema starcami siedzącymi na przystani zajętymi naprawą i opowiadającymi sobie po raz setny historię kanonierki samozwańca, o którym mówią, że był synem królowej, porzuconym właśnie tu, na przystani. 
  • Miasta jak sny, są zbudowane z pragnień i lęków, nawet jeśli wątek ich mowy jest utajony, zasady - absurdalne, perspektywy - złudne, a każda rzecz kryje w sobie inną. 


Z miasta niestety bardzo widzialnego żegnam,
M.

środa, 6 maja 2015

Ruda Złota, czyli Książka Numer Czterdzieści Siedem

Autor: Astrid Lindgren
Tytuł: Pippi Pończoszanka
Rok wydania: 1945
Liczba stron: 149
dziwnie się kupuje książki dla dzieci...

Wiem, znowu dopuściłam się grzechu zaniedbania, moje książki płaczą po kątach i domagają się uwagi, ale ostatnio mam trochę życiowej żonglerki i nie nadążam z podrzucaniem piłek. I pewnie dalej pozwalałabym im wszystkim spadać na głowę, ale z pomocą, jak zawsze, przyszła mi  literatura dziecięca. Na Liście nie zostało jej już dużo, ale jedną pozycję zachowałam sobie na czarną godzinę i jako że ta najwyraźniej właśnie nadeszła, nie zawahałam się po nią sięgnąć. Także, dzisiejszy wpis zawdzięczamy odsieczy rudowłosej Szwedki.
I znów nie muszę się martwić o niedostatek ilustracji.
Losy Pippi były mi mniej więcej znane z czasów dzieciństwa, mam gdzieś na półce domu nawet drugą lub trzecią (nie pamiętam dobrze) książkę z serii. Zresztą trudno przejść przez życie nie spotykając się z najsłynniejszym chyba wytworem szwedzkiej literatury. Jednak tę dzisiejszą czytałam po raz pierwszy, co dało mi możliwość spojrzenia na książkę, bądź co bądź dla młodszej gawiedzi, z perspektywy starej i zgorzkniałej istoty dorosłej.
Któż z nas w dzieciństwie nie chciał mieć własnego
konia i małej małpki?
A Pippi miała.
Czytając tę książkę zastanawiałam się, co pomyślałabym o niej w czasach, gdy sztruksy były jeszcze super modne. I niestety nie byłam w stanie sobie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem, że inne przygody Pippi mnie nie poruszyły. Wiem, że nie byłam w stanie skończyć Dzieci z Bulerbyn. Wiem też jednak, że inna, dużo mniej znana książka Astrid- "Karlsson z dachu lata znów" była jedną z moich ukochanych książek czasów dziecięcych (a może i wszechczasów, kto wie). Nie mogę więc ustalić, czy podstawowa wersja mnie byłaby zachwycona przygodami Pończoszanki. Za to studencka wersja trochę jest.

Miała też rude włosy, o których marzyłam
smętnie, przez cały okres dorastania.
link
Nie będę wam tutaj słodzić i polewać czekoladą- główna bohaterka książki działami na nerwy. Bywa nieokrzesana, uparta, kłamliwa, butna i niesforna. To taki typ dziecka, z którym wolałabym, żeby moje przyszłe młode się nie zadawały, pomimo że pamiętam, że w dzieciństwie sama otaczałam się takimi właśnie znajomumi.
Jako osoba bądź co bądź prawnie dorosła wiem jak bardzo kłopotliwa może być taka dziewczynka, ale jako osoba wciąż pamiętająca, co znaczy być dzieckiem, jestem oczarowana dziwacznością Pippi, która potrafi podnieść konia jedną ręką, kłamie zręczniej i częściej niż wszyscy nasi politycy razem wzięci i w dodatku potrafi świetnie piec, gotować i szyć. Pończoszanka to bohaterka tak nietuzinkowa, że trudno jest nie paść ofiarą jej tajemniczego czaru. W dodatku jest to dziecko niezwykle samotne, pozbawione matki i ojca, mieszkające samiuteńkie z małpką i koniem w dużej willi. Z jakiegoś powodu chwyciło mnie to za serce tak mocno, że nie byłam w stanie krzywo patrzeć na jej dzikie wybryki.
Plus miała dwie różne pończochy
i zwisała sobie z drzew do woli.
(hasztag zazdrość)
link
Urok tej powieści, moim zdaniem tkwi w jej humorze. W absurdalnym, abstrakcyjnym, wolnym jak ptak humorze, który może niektórym przelecieć nad głową tak wysoko, że nawet go nie zauważą. Być może jest to humor wybitnie dziecięcy, taki który się zrzucamy niczym wąż skórę w momencie wejścia w dorosłość i który zakładamy ponownie właśnie w tych krótkich momentach regresji w stronę swojego dziecięcego ja. Bo trudno jest czytać książkę dla dzieci i nie czuć się znowu dzieckiem. Ja natychmiastowo chciałam zapleć swoje lisie włosy w dwie kitki, założyć pończochy i pójść szukać skarbów w dziuplach drzew (powstrzymał mnie jedynie fakt, że mieszkam w Warszawie i w dziuplach drzew mogę znaleźć jedynie potłuczone butelki po wódce). Książka Pani Astrid zaraża chęcią  ignorowania głupich dorosłych i ich zasad, obowiązków i powinności. Po co pisać pracę zaliczeniową skoro można opychać się cukierkami i rysować po ścianach? (No ale nie każdy odziedziczył walizkę pełną złotych monet po ojcu marynarzu, więc chyba jednak odłożę te cukierki i wrócę do nauki).
zdecydowanie moja ulubiona ilustracja
link

Podsumowując, jeśli pada deszcz, stresujące czasy nadchodzą nieuchronnie jak zima w Winterfell, a nawał roboty staje się lawiną, proponuję wyjęcie Pippi z zakurzonej szafy i zanurzenie się w dzikich odmętach utraconego dzieciństwa. Uwierzcie mi, ono stęskniło się za wami równie mocno co wy za nim.
Jednak Pippi może mieć swoje złote monety,
zwierzęta i niedopasowane pończochy,
moją ulubioną rudą bohaterką książek dla dzieci
zawsze będzie Ania z Zielonego Wzgórza
(KTÓREJ O ZGROZO NIE MA NA LIŚCIE!!!)
link
Na zachętę, cytaty:
  • Coś podobnego! (...) To trzeba płacić za to że się patrzy?! A ja chodzę wszędzie i gapię się całymi dniami! Bóg raczy wiedzieć ile już pieniędzy przepatrzyłam!
  •  Zaśpiewajcie coś, a ja sobie przez ten czas trochę odpocznę (...) Zbyt wiele nauki może zaszkodzić najzdrowszemu.
  • Nie wychodząc stąd, raczej trudno będzie wam znów tu przyjść
Rudo i dziecięco pozdrawia,
M.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Zabawa w Boga, czyli Książka Numer Czterdzieści Sześć

Autor: Mary Shelley
Tytuł: Frankenstein
Rok wydania: 1818
Liczba stron: 225


Chyba moja ulubiona okładka w historii ulubionych okładek.
Kolejny klasyk na liście i jednocześnie kolejna powieść, do której powróciłam po kilku latach przerwy, tym razem sięgając po oryginalną wersję językową. I o dziwo, pomimo upływu czasu, mój odbiór książki zbytnio się nie zmienił. "Frankenstein", bo o nim mowa, nadal zachwyca mnie treścią, jednocześnie nieco drażniąc formą. Ale o tym za chwilę...
Dzisiaj na szczęście w ilustracjach
mogę aż przebierać.
Do wyboru do koloru.
link

Nie ma się co oszukiwać, "Frankenstein" to powieść, którą trzeba znać. Choćby po to, aby nie popełniać tego rażącego błędu, którym jest nazywanie samego potwora Frankensteinem. Ludzie potwór to potwór, nie ma imienia, nazwiska! Jak bardzo chcecie, to możecie mówić na niego Adam (tak nazywała go sama autorka). Natomiast Frankenstein to nazwisko jego TWÓRCY, naukowca, który z tego co wiem skóry miał raczej mało zieloną. Więc mówiąc, że ktoś wygląda jak Frankenstein dajecie do zrozumienia, że jest elegancki, blady z podkrążonymi oczami, a nie że wystają mu śruby z mózgoczaszki.

Ten to nawet wcale brzydki nie jest.
Jednak nie jest to jedyny powód, aby zabrać się za tę lekturę. Najważniejsze jest to, że ta książka jest taką creepy jaskółką zwiastującą wiosnę sci-fi. Wszystkie inne powieści związane z eksperymentami, z tworzeniem sztucznego człowieka, czy też ze wskrzeszaniem są wtórne wobec tej dziewiętnastowiecznej perełki. Perełki, która powstała tak trochę od czapy- Mary Shelley, lat wtedy dziewiętnaście, czilując nad jeziorkiem ze swoim mężem, Lordem Byronem i Polidorim,  uznała, że powieść o nieludzko ludzkim potworze to w sumie całkiem spoko pomysł. Nie mam pojęcia, co oni tam palili, że niewinna dziewczyna nagle zapragnęła napisać tak krwawą powieść, ale chyba na dobre im to wyszło, bo rach ciach, dwa lata później mamy literackie arcydzieło.
A ten to nawet jest tak stylowy, że aż hot
(autor: Gris Grimly)
"Frankenstein" to powieść dość trudna, napisana skostniałym językiem, który dla mnie był momentami nie do przejścia. Przez pierwsze 50 stron, książka nie traktuje praktycznie o niczym. Musiałam zjeść galon lodów, żeby jakoś osłodzić sobie trawienie tych kilku epistolarnych rozdziałów o niczym. Ale w momencie, gdy dochodzimy do opowieści samego Victora Frankensteina, który streszcza jak bardzo źle skończyła się jego zabawa w Boga, powieść wchodzi w nadprzestrzeń i rusza z kopyta.

Ten jest równie straszny co Szczerbatek
z "Jak wytresować smoka"
link
To, co ja osobiście sobie najbardziej cenię, to fakt, że ta książka jest tak bardzo szara. I nie mam na myśli ani barwy okładki, ani tego, że jest nie daj Panie, nudna. Po prostu nie ma w niej czarnego charakteru, nie ma też żadnego o sumieniu bielszym niż śnieg (to znaczy są oczywiście idealne, niewinne kobieto-anioły, ale to raczej bordiura samej powieści, a nie jej środek). Główna para bohaterów- twórca i jego potwór, są tak bardzo wielowarstwowi, że można obierać do woli, a nie dojdzie się do środka. Z jednej strony mamy Victora, którego ciekawość zaprowadziła niemalże dosłownie do piekła. Który stworzył, coś co uznał za diabła wcielonego i który za swój eksperyment zapłacił cenę bardziej słoną niż sól sama. Z drugiej mamy jego bogu ducha winny twór, który jest tak brzydki, że samo to mogłoby tłumaczyć jego niestabilność psychiczną. Ale przecież biedny Adaś (nie mam serca nazywać go w kółko i w kółko potworem) jest nie tylko niespecjalnie urodziwy, ale i w opór samotny. Nie ma dosłownie nikogo. Nie ma ojca, nie ma matki, nie ma przyjaciół, nie ma ukochanej, nie ma nawet wspomnień o żadnym z wyżej wymienionych. Niczym Różewicz w "Ocalałym" szuka mistrza i nauczyciela, który nazwie rzeczy i pojęcia, oddzieli światło od ciemności (albo np. akszyli nauczy go mówić, czytać, rozumieć co się dzieje przed jego oczami). Jednak wszyscy go odrzucają, nie dają mu dojść do słowa, atakują go. Naprawdę nic więc dziwnego, że nieszczęśnikowi wreszcie odbija i zaczyna bawić się w Kubę Rozpruwacza.
Ale ta to akurat miażdży system
(autor: Berni Wrightson)
Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać jak łatwo przyszło mi przeskakiwanie między sympatią wobec jednego i drugiego bohatera. Myślałam, że wreszcie dorosłam i stałam się w miarę stabilna w uczuciach. Guzik prawda, momentami serce kroiło mi się słuchając o wyobcowaniu potwora, innym razem współczułam Frankensteinowi i rozumiałam jego obrzydzenie. Ale zaraz później jego twór ze łzami w oczach prosił go, o towarzyszkę życia. I znowu chciałam biedną kreaturę przytulić i osłodzić mu życie frazesem, że każda potwora znajdzie swego amatora. Jednakże pięć stron dalej dowiaduję się, że ten nad którego losem łamałam sobie głowę i serduszko, bez mrugnięcia okiem zabił dziecko. I znowu mam ochotę rozłożyć go na części, z których powstał. Ta sinusoida moich przekonań pokazuje, że nic w tej książce nie jest jednoznaczne, a tematy w niej poruszane, są opisywane bardzo delikatnie i z dużym polem do interpretacji. Niby jest to książka grozy, ale jednak chyba najstraszniejsze jest to jak zmusza do myślenia. Przecież Adaś nie był zły "od urodzenia", a więc, czy społeczeństwo go takim zrobiło? Czy może jednak Victor, niczym Mały Książę, powinien być odpowiedzialny za to co oswoił? Czytam tę książkę drugi raz i nadal nie znam odpowiedzi na te pytania.
Nie zmienia to faktu, że większość tych potworów
przeraża mnie w mniejszym stopniu niż
Michał Witkowski.
link

Jak widać książka mi się podobała. Jednak muszę przyznać, że podobałaby mi się jeszcze bardziej, gdyby jej język nie cuchnął takim patosem. Szczególnie wypowiedzi Victora były tak patetyczne i wzniosłe, że aż robiło mi się niedobrze. Miałam ochotę wysłać go na spotkanie z Werterem, tylko po to, aby zobaczył jak to jest (albo żeby obaj doprowadzili się nawzajem do szału). Autentycznie te długie, rozemocjonowane wypowiedzi, przyprawiały mnie, zwolenniczkę soli attyckiej o ból głowy. Ale pewnie są ludzie, którym się to podoba, nie oceniam, po prostu trochę niszczyło mi to przyjemność z lektury tej, moim zdaniem wybitnej powieści.
A tymi okładkami to się jaram tak bardzo, że dałabym się pokroić
(nawet Victorowi)
żeby faktycznie można je było kupić.
link

Jak już wspomniałam na początku wpisu, są książki, których nie wypada nie znać. I jedną z takich książek jest właśnie Frankenstein, także jeśli dotychczas nie mieliście okazji... zmieńcie to. Nie pożałujecie (Chyba).
ok, tu przyznam, że ten JEST creepy.
link

Na koniec jak zawsze cytaty:
  • Bo nic się tak nie przyczynia do uspokojenia umysłu jak zdecydowany cel- najlepszy punkt zaczepienia dla duszy i niczym nie zaślepionego intelektu.
  • I cóż z tego, że człowiek może pochwalić się tym, iż posiada subtelne uczucia znacznie wyższego rzędu niż te, które obserwujemy u zwierząt, skoro to tylko bardziej komplikuje i utrudnia mu życie? Gdyby nasze podniety ograniczały się tylko do głodu, pragnienia, pożądania, moglibyśmy być niemal zupełnie wolni.
  • Dla umysłu ludzkiego nie ma nic bardziej bolesnego jak ten stan głuchego zastoju i bezsilnej pewności, który następuje po krytycznym momencie napięcia uczuć spowodowanego przez szereg szybko po sobie następujących wypadków i który odbiera duszy zarówno nadzieję, jak i obawę
Potwornie i strasznie pozdrawia,
M.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Owocowa socjopatia, czyli Książka Numer Czterdzieści Pięć

Autor: Anthony Burgess
Tytuł: Mechaniczna Pomarańcza
Rok wydania: 1962
Liczba stron: 194
Ostrzegam, że w Polsce są dwie wersje przekładu tej książki.
Wersja R aka Mechaniczna Pomarańcza, pełna rusycyzmów
i Wersja A aka Nakręcana Pomarańcza pełna anglicyzmów.
Ja wybrałam wersję A.
Niektóre książki uderzają w twarz na dzień dobry niczym dresy z Ząbkowskiej. Idziesz sobie jak gdyby nigdy nic, a potem nagle budzisz się na ziemi z krwią wypływającą z otworu gębowego. I nie wiesz co się dzieje, dlaczego masz przed oczami gwiazdy, a mózg wycieka prawym uchem. Takim literackim walcem drogowym, zrównującym mnie z ziemią była dzisiejsza książka dnia- "Mechaniczna Pomarańcza". Prawdopodobnie za ten cichociemny atak na moją świadomość powinnam winić sama siebie. A dokładniej swoją ignorancję. Nie wiedziałam za co się zabieram- nie widziałam filmu, nie czytałam streszczeń, nie rozmawiałam z nikim na jej temat, więc miałam o niej mniej więcej takie pojęcie jakie szczupak ma o podróżach kosmicznych (czytaj: żadne). I właśnie ten mój brak wiedzy i oczekiwań sprawił, że w zetknięciu z tym dziwnym tworem byłam całkowicie bezbronna, a następnie rozłożona na łopatki i grabki.
Ładne ilustracje są ładne i wtedy nie trzeba nic pisać
link


Ciosy, które zadaje Mechaniczna Pomarańcza nadchodzą z dwóch stron. Lewy sierpowy to warstwa fabularna, a prawy sierpowy to forma narracji. Zacznę więc może od narracji. Cała książka jest lepka od slangu, który jest sztucznym tworem wytworzonym przez autora, ale który jednak, w dużej mierze dzięki wdzięcznemu tłumaczeniu, wydaje się niesamowicie prawdziwy. Zdania są zagęszczone fonetycznie zapisanymi angielskimi zapożyczeniami. Jako osoba, która sama ma tendencję do wtrącania akszyli, bejbe, egzakli to swoich wypowiedzi byłam w stanie czytać tę książkę bez zaglądania do słowniczka umieszczonego z tyłu książki. Jednak nie była to łatwa lektura, byłam zmuszona do czytania jej jakby na głos, ale bez otwierania ust (nie wiem, czy rozumiecie o co mi chodzi...). Gdybym tego nie robiła, nie byłabym w stanie rozpoznać angielskich słów przebranych w polskie litery. Jednak nie samymi zapożyczeniami pomarańcza żyję. Prócz nich powieść zasiedlają słowa typowo slangowe, młodzieżowe, gwarowe i bóg wie jeszcze jakie. Trochę jakby język polski zachorował na raka i powyrastały mu różne dziwne, deformujące guzy. Ja lubię dziwactwa, językowe mutacje są dla mnie równie fascynujące jak dla fanów gabinetów osobliwości kobieta z brodą albo człowiek-słoń, jednak mam wrażenie, że nie każdy wytrzyma kilkugodzinne tête-à-tête z lingwistyczną chimerą.

A dziwne ilustracje są dziwne.
I wtedy też nie trzeba nic pisać.
link
Równie odstręczająca może być też sama fabuła. W tej książce krew się leje jak wódka na domówce. Więc jeśli nie przepadacie za czytaniem o zbiorowych gwałtach na śniadanie, morderstwie na obiad i posuwaniu dziesięciolatek na kolację, to może jednak nie otwierajcie tej książeczki. Bo ona w dużej mierze o tym jest. O przemocy, o zwyrodnieniu, o patologii. Główny bohater, Alex, ma piętnaście lat, a dokonuje takich nadużyć, że aż się ma ochotę spalić książkę i natychmiast podreptać na terapię z PTSD. W dodatku robi to bez mrugnięcia okiem. Opowiada o gwałcie w ten sam sposób w jaki pisze o piciu herbaty. Zadaje ból częściej od pytań, odbiera życie jak wypłatę, a jedyne co go w jakikolwiek sposób porusza to muzyka klasyczna. Nie żartuję, z Alexa jest meloman za dnia, socjopata nocą.
Ale po co komu ilustracje, skoro jest film.
Najwyraźniej stylowy jak cholera.
(nie żebym miała ochotę obejrzeć)
Jednak najgorsze jest to, że czytając tę książkę nie byłam w stanie się oburzyć. Nie wiem, czy to dlatego, że nie należę do specjalnie wrażliwych, czy może jest to wina samego języka, który jest na granicy infantylności, jednak pomimo obrazowości opisów, nie gotowała mi się krew, podczas czytania scen, w których powinna ona tak wrzeć, że aż parować. Ot, Alex kogoś zgwałcił, och tutaj kogoś zabił, och ale jak to zabrała go policja?! Co się z nim teraz stanie?! Ku swojemu totalnemu przerażeniu bardziej zależało mi na jego losie, niż na losie jego, bogu ducha winnych ofiar. I w momencie, gdy resocjalizują go na siłę, zaczęłam mu współczuć. Najwidoczniej mam coś z mózgiem i bardziej cenię sobie prawo do wolności jednostki nad dobrem większości. I szczerze mówiąc, wolałabym tego o sobie nie wiedzieć.

Przemoc jeszcze nigdy nie była tak estetyczna.
link
To właśnie jest mój główny problem z dzisiejszą książką, nie wiem, czy jest to jej zaleta, czy może wada, ale chwyta ona za kark i na siłę konfrontuje nas z wieloma pytaniami, które najchętniej pozostawilibyśmy bez odpowiedzi. Po której stronie stanęlibyśmy w takiej sytuacji? Czy za pomocą leków i warunkowania, przeprogramowalibyśmy człowieka w maszynę, nadal bez sumienia, ale też bez możliwości skorzystania z tego braku? Czy może pozwolilibyśmy takiej jednostce na trwanie w zwyrodnieniu? Dobry Panie, to wszystko jest tak mroczne, że chyba następna książka, po którą sięgnę będzie o kucykach Pony i magii przyjaźni. I będzie miała naklejki.
Jak widać nie tylko ja potrzebowałam Kucyków Pony
po Mechanicznej Pomarańczy.
link

Ja jestem takim typem osoby, który preferuje mieć wysoki poziom irytacji, dyskomfortu, czy smutku niż nudy. Dlatego dużo bardziej wolę narazić się na takie literackie mordobicie niż na tysiąc stron o niczym. Mam jednak świadomość, że nie każdy jest takim masochistą jak ja. Dlatego uczciwie ostrzegam, delikatne kwiatki niech się jednak przeniosą na mniej krwawą rabatkę.
Biedny Ludwik Van, w grobie się przewraca pewnie.
Spoko, Ludo, przewracamy się razem.
link
Spróbuję przemycić jakieś bardziej strawne cytaty:
  • Nad przyczyną dobroci się nie mózgolą, to czemu na odwrót? Jeżeli wpychle są dobre to dlatego, że lubią, a ja wcale bym im tej dobroci nie odbierał i dy sejm na odwrót.
  • Czego chce Bóg? Czy Bóg woli dobro? czy wybór dobroci? A może człowiek wybierający zło, jest w jakiś sposób lepszy od takiego, któremu narzuca się dobro?
  • To komiczne, jak barwy rzeczywistego świata dopiero widzą się prawdziwe, kiedy je zobaczysz na filmie.
  • Przerobili cię na coś innego niż istota ludzka. Odebrali ci możliwość wyboru. Skazany jesteś na postępowanie według stereotypu, jaki akceptuje zbiorowość, jakby taka maszynka zdolna tylko do czynienia dobra.
  • Wyjął z poketu wielki, zaglucony henkczyf i przytkał go sobie zbierając tę spływającą czerwień ołdy tajm estoniszt, jakby mu się widziało, że to krew dla innych felów, a tylko nie dla niego.Całkiem jakby wyśpiewał tę krew, żeby nadrobić swoje wychamienie się, kiedy tamta dziula śpiewała miuzyk. Ale ta fifa chichrała się teraz ha ha ha przy barze ze swoimi friendziami, jej czerwone usta były w ruchu i kafle błyskały, nawet nie zauważyła brudnej wulgarni Jołopa. Tak ryjli to mnie Jołop ubliżył.
Pozdrawiam pomarańczowo,
M.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Kot, studnia, telefony i brak żony, czyli Książka Czterdziesta Czwarta

Autor: Haruki Murakami
Tytuł: Kronika Ptaka Nakręcacza
Rok wydania: 1995
Liczba stron: 621
Lubię okładki jego książek.
Są takie specyficzne....

W miniony czwartek, kiedy stawałam przed dylematem jakie książki zabrać ze sobą do Śląskiego Domu, zdecydowałam się wreszcie powrócić do Murakamiego. Dzisiejszą książkę dnia- "Kronikę Ptaka Nakręcacza" kupiłam jakiś czas temu, jednak zasilała ona jedynie dość przetrzebione szeregi książek, które kiedyś przeczytam. I tym razem, dla odmiany, kiedyś nadeszło dość szybko. Po pierwsze dlatego, że miałam ochotę na coś znajomego. Po drugie dlatego, że jest to dość pokaźne tomiszcze, a nigdzie nie mam tyle czasu na czytanie, co w domu. Po trzecie dlatego, że coś za często ostatnio mi się ta książka obijała o uszy.
Dzisiaj będą ładne ilustracje
nakręcanych ptaków.
link
Z Harukim Murakamim jest tak, że jeśli przeczytało się jedną z jego książek, to przeczytało się je wszystkie. Ktoś nawet stworzył The Haruki Murakami Drinking Game, pod którą jestem gotowa podpisać się obiema rękami i jedną wątrobą. Nie jest więc tajemnicą, że wszystkie książki tego japońskiego autora są do siebie bliźniaczo podobne. Mają podobne motywy, podobne zabiegi stylistyczne, podobnych bohaterów. Po pewnym czasie wszystkie te scenerie, historie, postaci zlewają się w jeden wielki murakamizm, z którego trudno jest wyłowić coś nowego. A jednak mimo wszystko, a może właśnie dzięki temu, Haruki Murakami nieprzerwanie pozostaje jednym z moich ulubionych pisarzy.
Ale też brzydkie ilustracje meduz.
link
Dla mnie czytanie Murakamiego jest jak powrót do domu, jak otwarcie drzwi i zanurzenie się w tej specyficznej woni własnego domu, tej mieszaninie zapachów, która nie powtarza się w mieszkaniu nikogo innego. Czytam pierwsze zdanie jego powieści i już wiem, że jestem u siebie. Być może wiąże się to z faktem, że Murakami towarzyszy mi nieprzerwanie od ponad dekady. "Norwegian Wood", jego moim zdaniem najlepsza książka, sprawiła, że zarwałam kilka nocy w gimnazjum, w liceum przeskakiwałam przez jego powieści jak przez kamienie w rzecze, na japonistyce czytanie Murakamiego było tak powszechne, że aż passe. Innymi słowy bycie fanką Murakamiego tak mocno zszyło się z tym kim jestem, że nawet się nad tym nie zastanawiam. Na pytanie o ulubionego pisarza odpowiadam jego nazwiskiem tak szybko jak na pytanie o własne imię czy też o datę urodzenia.
I dziwne ilustracje przedstawiające głównego bohatera
z kijem baseballowym (ważny motyw oczywiście)
link
Powinnam chyba napisać, o czym jest "Kronika Ptaka Nakręcacza", jednak jeśli kiedyś czytaliście powieści Murakamiego, to wiecie, że są one jak odcinki Doctora Who, każda próba streszczenia fabuły sprawia, że wyglądacie jakbyście postradali zmysły, a znajomi patrzą na was z dogłębnym WTF w oczach. Napiszę więc tylko, że główny bohater Toru Okada zwalnia się z pracy, gubi kota i traci żonę. Jednak wszystko to jest jedynie preludium, a to co później następuje jest prawdziwą uwerturą oniryzmu, absurdu, tajemniczości, zagadek, dziwactw i osobliwości. Nic nie jest takie jak się wydaje, każdą rzecz trzeba kwestionować, a logika i przyczynowo-skutkowość są równie aktualne jak geocentryzm.
Ale głównie będą ładne nakręcane ptaszki
link
Muszę jednak przyznać szczerze, że nie jest to moja ulubiona książka tego autora. Murakami pisze swoje powieści jak kompozytor, każda ma swoją niepowtarzalną linię melodyczną, jednocześnie trzymając się tego specyficznego stylu, który pozwala wyróżnić jego utwory z tysiąca innych. Jednak tym razem w kompozycję wkradło się kilka fałszywych nut. Garść porównań, zdań i epitetów sprawiło, że aż się skrzywiłam i pisałam ołówkiem na marginesie- Haruki dobrze się czujesz? Co więcej, mam wrażenie, że tym razem labirynt historii i opowieści był zbyt rozległy, abym go mogła w pełni docenić. Dziwne osoby pojawiały się i znikały bez wyjaśnienia, przemykały jak cienie nie tłumacząc niczego, jedynie pogłębiając moją konsternację. Nasz bohater miał szesnastoletnią sąsiadkę, która nie chodziła do szkoły tylko liczyła łysych ludzi na ulicach, odwiedzały go siostry Malta i Kreta, które bawiły się w jasnowidzenie i miały obsesję na punkcie wody, później w jego życiu pojawiła się Gałka, która kupowała mu ubrania i leczyła ludzi swoim dotykiem oraz jej niemy syn Cynamon, który też nie był taki znowu zwyczajny. Nie miałam pojęcia skąd się ci ludzie brali i jakie były ich motywy, co ich przyciągało do głównego bohatera. Ogólnie niewiele wiedziałam. Byłam głodna odpowiedzi, a karmiono mnie pytaniami. Chciałam pełne zdania, a dostawałam półsłówka. Potrafię docenić urok niedopowiedzeń, ale chyba tym razem było ich zbyt wiele nawet jak dla mnie.
Ten się nawet rusza.

Nie chcę, aby mnie źle zrozumiano. To była dobra książka. Solidna, gęsta od fabuły, sześciuset stronicowa kobyła. To był typowy Murakami z jego wadami i zaletami. W tej książce nie byłoby nic, co mogłoby mnie rozczarować albo zaskoczyć. Miałam ochotę na sorbet czekoladowy i dostałam sorbet czekoladowy. Nie będę więc płakać, że zabrakło w nim rozmarynu. Czytałam w pociągu, w samochodzie, w środku nocy i w środku dnia. Udawałam, że robię coś arcyważnego, aby móc dalej czytać. Nie odbierałam telefonów. Po raz pierwszy od dłuższego czasu odkładałam świat na bok dla książki, a nie odwrotnie. I właśnie z tego powodu uważam, że jest to jedna z lepszych książek jakie ostatnio sobie wybrałam. Mogę ją wam polecić z czystym sumieniem (no chyba, że miałby to być wasz pierwszy Murakami, wtedy zacznijcie od czegoś "lżejszego").
A ta ilustracja jest tak dziwna, że nie mogłam
jej nie wrzucić.
link
Dawno nie było cytatów, więc bez zbytniego przedłużania:
  • Gdyby miało się zawsze, zawsze tak po prostu żyć, nikt nie zastanawiałby się poważnie nad życiem. Nie byłoby takiej potrzeby. A nawet gdyby była, można by sobie powiedzieć: „Mam jeszcze mnóstwo czasu. Pomyślę o tym kiedy indziej”. Ale tak nie jest. Musimy myśleć teraz, tutaj, w tej chwili. 
  •  Jak się człowiek przyzwyczai, że nie dostaje tego, czego pragnie, to stopniowo sam nie wie już, czego naprawdę chce. 
  •  Los to coś, co się wspomina, gdy już minie, a nie poznaje się naprzód. 
  •  Ludzie myślą, że wyjęcie z kuchenki gorącej zupy to naturalny rezultat włożenia jej tam i wciśnięcia guzika, ale ja uważam, że to jedynie przypuszczenie. Poczułabym chyba ulgę, gdybym kiedyś po włożeniu do kuchenki zupy i podgrzaniu wyjęła z niej zapiekankę z makaronem. Oczywiście zdziwiłabym się, ale ulgę też bym poczuła. 
  • Na pewno czas nie płynie jak litery w alfabecie A, B, C…, tylko tu sobie popłynie, to tam…

Pozdrawiam,
Nakręcona,
M.