Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańskojęzyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańskojęzyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2015

Bo z miłością jak z ogniem, czyli Książka Trzydziesta Piąta

Autor: Laura Esquivel
Tytuł: Przepiórki w płatkach róży
Rok wydania: 1992
Liczba stron: 236
"Klub książki Doroty Wellman" powinien być
wystarczającym ostrzeżeniem.
Nie był.
Ja i literatura latynoamerykańska chyba nigdy nie zostaniemy przyjaciółmi. I to nie z braku dobrej woli, przynajmniej z mojej strony, gdyż Bóg mi świadkiem, że naprawdę dokładam starań, aby nasze relacje oparte były na wzajemnym szacunku. Niestety za każdym razem spotykam się z rozczarowaniem. Tym razem jego źródłem była powieść pod wdzięcznym tytułem "Przepiórki w płatkach róży".
Nie mam pojęcia jak książka o jedzeniu
może być tak bardzo
niestrawna.
link
Opis książki jak zwykle mnie oszukał. Głosił bowiem, że powieść łączy w sobie miłość romantyczną oraz miłość do jedzenia. Wiedziałam, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe- książka łącząca w sobie masę żarcia i gorące sceny miłosne, to wręcz porno dla umysłu, a wszyscy wiemy, że w Biblii pornosów nie znajdziemy. Jednak z jakiegoś powodu nadal miałam nadzieję, że zakończę przygodę z tą powieścią głodna, ale ukontentowana. Niestety tylko pierwsza część się sprawdziła.
W tej powieści bohaterka robi trzy rzeczy:
1)gotuje
2)myśli o seksie
3)płacze
Powieść zaczęła się dobrze- mamy główną bohaterkę- Titę, której główną pasją w życiu jest gotowanie. Tita ma dwie starsze siostry- Rosaurę i Getrudis. Ma też matkę "Mamę Elenę", pomiot szatana. Jako najmłodsza z córek Tita nie ma prawa wziąć ślubu, gdyż ma dostąpić zaszczytu zajmowania się matką, aż do jej śmierci. Tak właśnie tak, od urodzenia biedna dziewczyna jest skazana na staropanieństwo i usługiwanie cierpkiej jak cytryna, gorzkiej jak żale i toksycznej jak facet z piosenki Britney Spears matce. Ogólnie biedna Tita traktowana jest jak Kopciuszek i niestety żadna dobra wróżka nie wkracza w jej życie z Bibbidi Bobbidi Boo na ustach i dyniową karocą za pazuchą. Zamiast tego w życiu naszej protagonistki pojawia się... (uwaga!) MĘŻCZYZNA! Tak właśnie, szesnastoletnia Tita poznaje i zakochuje się od pierwszego wejrzenia w niejakim Pedrze. I przez od pierwszego wejrzenia mam na myśli od PIERWSZEGO wejrzenia. Tita przyłapuje naszego dżolero jak ją obczaja i nagle poczuła i to jest autentyczny cytat z powieści: "co musi czuć ciasto na pączki, kiedy wrzuca się je do rozgrzanego tłuszczu". Cudowna metafora prawda? Jak to dobrze wiedzieć, że jak człowiek się zakochuje to robi mu się gorąco do tego stopnia, że sprawdza, czy przypadkiem nie wyskoczyły mu pęcherze na ciele (tak przynajmniej zachowywała się Tita). Co więcej, nasz amant Pedro z marszu wyznaje jej miłość, liczy na rewanż, a gdy Tita (której mózg jeszcze pracował, choć wstrząsały już nim przedśmiertne konwulsje) poprosiła o chwilę czasu, usłyszała, że "Nad miłością nie należy się namyślać albo jest albo jej nie ma". Czyli jak widać mamy tu mój ulubiony schemat literacki miłości GŁUPIEJ i NATYCHMIASTOWEJ (o której już pisałam przy: "Miłości w czasach zarazy"- książce numer osiem, "Zapachu cedru"- Książce numer szesnaście i "Cierpieniach Młodego Wertera"- Książce numer piętnaście).
Mniej więcej tyle energii i entuzjazmu
ma w sobie główna bohaterka przez
90% czasu.
link
Oczywiście Pedro szybko oświadcza się swojej wybrance, ale jej matka mówi ostro "liberum veto" i opycha chłoptasiowi swoją najstarszą córkę. Nasz romantyczny geniusz zgadza się, gdyż lepszy rydz niż nic i w tym momencie wszystko, jak możemy się domyślać, idzie w łeb na tysiąc różnych sposobów.
Szczerze mówiąc, żaden z przepisów
nie zagnał mnie do kuchni.
Szczególnie ten na zapałki.
Takie z fosforem.
link
To było wprowadzenie do miłosnej części książki, czas na żarcie. Każdy rozdział poprzedza lista składników, potrzebnych do przygotowania dania, które zostaje wplecione w fabułę tego właśnie rozdziału. Tutaj jednak wkrada nam się ten słynny realizm magiczny. Okazuje się bowiem, że potrawy naszej bohaterki mają magiczne właściwości. Przykład numer jeden: Piekąc tort weselny dla swojej siostry Tita była bardzo smutna. Efekt: wszyscy goście weselni, a również Panna Młoda dostali w efekcie chlustających wymiotów jak te z filmu "Druhny". Przykład numer dwa: Przygotowując tytułowe przepiórki w płatkach róży Tita miała straszną chcicę na swojego lubego. Efekt: Siostra Gertudris zalewa ogień pożądania, który usiłuje ugasić za pomocą prysznica, do którego udaje się nago (prysznic znajduje się na zewnątrz). Jej zapach kobiety opętanej żarem pożądania przebywa kilka kilometrów, dochodzi do jednego z żołnierzy stacjonujących obok, który w środku bitwy zawraca konia, pędzi w jej stronę, porywa ją i ochoczo rozdziewicza.
Zapomniałam dodać, że jak ktoś w tej powieści
płacze, to łzy leją się strumieniami
spływają po schodach i zalewają łazienki.
true story.
link
Nie, nie żartuję, to autentycznie są jedne z wydarzeń tej powieści. Swoją drogą żałuję, że to nie Gertrudis jest główną bohaterką przeklętych "Przepiórek". Jest bowiem jedyną postacią, której nie chciałam urwać głowy. I jedyną, która ma jakieś ciekawe przygody- na przykład trawiona gorączką seksualną zatrudnia się w burdelu, a potem, gdy jej się nudzi wstępuje do wojska, gdzie dostaje nawet tytuł generała, schodzi się ze swoim Pierwszym i ogólnie chyba żyje długo i szczęśliwie. Nie to co nasza Tita, nasza Tita musi cierpieć. Pociechę znajduje w gotowaniu i dzierganiu turbo kołdry małżeńskiej (kołdry, która pod koniec powieści przyjmuje powierzchnię 3 hektarów. Nie, nie żartuję). W pewnym momencie jej życie jest tak smutne, że prawie traci zmysły. Ratuje ją spoko doktorek, osoba rozsądna, dobra, inteligentna i oczywiście bardzo w niej zakochana. Doktorek (mający na imię John) wyrywa ją z objęć toksycznej matki, leczy ją z depresji i katatonii i ogólnie traktuje ją dobrze i z miłością. (To był ten moment powieści, kiedy nabrałam nadziei, że wszystko dobrze się skończy), nagle jednak umiera nawet ta stara pudernica Mama Elena i na scenie pojawia się znowu Pedro, który nie jest specjalnie zadowolony, że Tita nie spędza całego swojego życia na wzdychaniu do niego. I postanawia zmienić bieg wydarzeń rzucając się na główną bohaterkę w małym zamkniętym (przez niego) pomieszczeniu oczywiście pozbawiając ją przy tym dziewictwa. Idealna historia miłosna prawda? W dodatku, gdy nasza protagonistka próbuje z nim później porozmawiać zwraca się do niej z tymi słowami: "dlaczego nie przyjdzie pani do ciemnego pokoju? Tam możemy porozmawiać bez przeszkód. Już od dawna czekam na tę wizytę". Autentycznie, ten egoistyczny, zapatrzony w siebie ćwierćinteligent tak właśnie do niej powiedział. A ona z jakiegoś powodu nie wykastrowała go wtedy łyżką do sałaty (ja bym wykastrowała).
Uhm... bez komentarza.
link
Nie, jeszcze nie skończyłam narzekać. To nie jest bowiem koniec absurdów tej powieści. Kolejny? Z Rosaury, biednej żony Pedra zrobiono jakąś chorą karykaturę. Nagle biedaczka robi się wielka jak beczka, ma nieświeży oddech i permanentne gazy. W pewnym momencie w książce jest nawet napisane, że uwaga, "jest gruba i śmierdzi". A potem było jeszcze, jedynie gorzej, otóż (uwaga spoiler) Rosaura w końcu umiera na niedrożność jelit lub też jak to było opisane zapierdziała się na śmierć. Nie, nie jest to scena ze "Strasznego filmu" tylko z jednej z 1001. najlepszych książek. Błagam wytłumaczcie mi DLACZEGO. DLACZEGO ktoś uznał, że ta książka jest DOBRA?
Ilustracje coraz lepsze!
I nie to jeszcze nie wszystko. Pewnie nie powinnam wam tego pisać, ale kij tam, może dzięki temu NIE przeczytacie tej powieści. Na samym końcu tego literackiego arcydzieła, gdy po 22 latach od swojego pierwszego spotkania Tita i Pedro wreszcie mogą być ze sobą, dochodzi do tragedii. Otóż (spoiler, spoiler!) Pedro umiera podczas stosunku, a Tita nie mogąc znieść rozłąki także popełnia samobójstwo połykając kilkanaście zapałek, od których zapala nie tylko ona, ale i całe jej domostwo. Realizm magiczny? Raczej idiotyzm magiczny. A nawet to określenie jest obrazą dla słowa "magiczny". Słowo "magiczny" powinno pozwać autorkę tej powieści do sądu za zniesławienie.
Autentycznie coraz lepsze!
link
Myślę, że nie potrzebujcie podsumowania, żeby wywnioskować, że ta książka mi się nie za bardzo podobała. Nie pomógł też fakt, że styl pisania autorki jest prosty. I to nie prosty w stylu małej czarnej bardziej prosty w stylu "sukienka z prześcieradła". Naprawdę ciężko mi pisać tak negatywnie o książce, w której pokładałam wielkie nadzieję, ale co wam będę słodzić. Nie od tego jestem. Jednak pamiętajcie, że to tylko moja, subiektywna ocena dziewczyny, która się nie zna na niczym. 
Jest też film, ale jak zwykle
nie widziałam.

Na zakończenie kilka cudownie pretensjonalnych cytatów:
  • Ona wiedziała, poznała to na własnej skórze, jaką siłę może mieć płomień spojrzenia.
    Zdolny jest rozpalić nawet słońce. A więc, co by się stało, gdyby Gertrudis spojrzała na jakąś gwiazdę? Z pewnością energia wytworzona poprzez nie kończącą się przestrzeń i dosięgłaby swej wybranej gwiazdy. Te wielkie ciała astralne przetrwały miliony lat tylko dzięki temu, że bardzo uważają, by nie wchłonąć palących promieni, które kochankowie z całego świata wysyłają do nich każdej nocy. Inaczej ich wewnętrzna ciepłota rosłaby w takim tempie, że wybuch rozerwałby je na miliardy części. Dlatego gwiazdy każde to spojrzenie natychmiast odbijają na ziemię, jak w zabawie z lusterkiem. Z tego powodu tak bardzo lśnią w nocy. I stąd właśnie wzięła się nadzieja Tity, że jeśli potrafi odkryć wśród gwiazd na firmamencie tę jedną, na którą w tej chwili spogląda jej siostra, otrzyma choć trochę odbitego ciepła, którego tamta ma w nadmiarze.
  •  Znała powiedzenie "cierpka jak cytryna", właśnie tak cierpko i obco musiała czuc się cytryna, gdy ją nagle oderwano od drugiej, obok której tak długo rosła. Trudno było oczekiwac od niej bólu rozstania, jeśli nigdy z tą drugą nie mogła rozmawiac ani nawiązac żadnego kontaktu, i znała tylko jej zewnętrzną skórkę, nawet nie podejrzewając, że coś kryje się w środku.
  •  Każdy człowiek, żeby żyć, musi odkryć własne detonatory, gdyż proces spalania, który zachodzi w momencie zapalenia zapałki jest czynnikiem, który zasila energią naszą duszę. Innymi słowy, ten proces jest pokarmem duszy. Jeśli ktoś nie odkryje na czas własnych detonatorów, pudełko z zapałkami zamoknie i już nigdy żadnej nie będzie można zapalić. Wówczas dusza ucieka z naszego ciała, błądzi wśród nieprzeniknionych mgieł i sama na próżno szuka swego pokarmu nie wiedząc, że tylko to ciało, które porzuciła, bezbronne i wyziębione, może go jej dostarczyć.
Pozdrawiam,
trawiona głodem dobrej książki,
M.
p.s. tytuł wpisu inspirowany Edytą Bartosiewicz

sobota, 15 listopada 2014

Chłopcy z Placu Broni, czyli Książka Trzynasta

Autor: Mario Vargas Llosa
Tytuł: Miasto i psy
Rok wydania:1963
Liczba stron: 459
Wcale nie kupiłłam tej książki ze względu na okładkę.
Wcale nie kupiłam tej książki ze względu na okładkę.
Wcale... nieważne.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo, powtarzałam sobie usiłując przeczytać tę książkę. W końcu mi się udało, ale osiągnęłam to składając ofiary z wolnego czasu, zdrowia psychicznego i przyszłego niedoszłego pierworodnego. Co gorsza moje problemy z przebrnięciem przez tę książkę nie wynikały z tego, że była to książka ZŁA. Nie, ja po prostu byłam na tę książkę za głupia. Przynajmniej na początku.
Ta okładka idealnie obrazuje,
czym zajmuje się kadet szkoły wojskowej.
Wódka, pety, dziwki, hazard. Tylko dragów brakowało.

"Miasto i psy" jest historią grupy młodych uczniów szkoły wojskowej. Jaguar, Poeta, Cava, Kędzior, Niewolnik, Boa i paru jeszcze innych umilają sobie czas paleniem papierosów, chodzeniem na dziwki i piciem alkoholu (czyli jak my wszyscy). Prócz tego kradną również odpowiedzi na egzaminy, które muszą jak wszyscy uczniowie na tej ziemi zdawać. I właśnie jedna z takich kradzieży (tym razem dotycząca egzaminu z chemii) zapoczątkuje reakcję łańcuchową, która skończy się tragedią. TRAGEDIĄ!
Podsumowanie brzmi dość klarownie prawda? Niestety dla mnie sama narracja taka nie jest. Byłam gdzieś na stronie numer 80, kiedy zorientowałam się, że kompletnie nie wiem co się w tej powieści dzieje. A to dlatego, że narrator zmienia się płynnie i bez żadnego ostrzeżenia. Historia opowiadana jest tak: perspektywa Poety BAM perspektywa Niewolnika, BAM jeszcze inna randomowa perspektywa, uwaga ratunku pomocy. Jakby tego było mało w historię raz za razem wkradają się retrospekcje, konfundując moją skromną osobę do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiałam się, czy przypadkiem moje szare komórki nie postanowiły wziąć sobie wolnego. Dopiero po przedarciu się przez jedną czwartą powieści udało mi się wyczuć rytm tego dziwnego peruwiańskiego tańca i mogłam podążać jego śladem. Co prawda wystarczała minuta dekoncentracji, żeby pomylić kroki i znowu zastanawiać się what the actual fuck, ale nie musiałam już walczyć z przemożną ochotą, aby wrócić do pierwszego rozdziału i czytać wszystkiego od początku, bo może tym razem coś zrozumiem.
Muszę przyznać, że mnie osobę, która wiedzę o szkole wojskowej
czerpała tylko z filmu z Hilary Duff pod tytułem Kadet Kelly,
spotkało ogromne rozczarowanie.
Nikt nie machał karabinem i nie klaskał
w rytm tłustych bitów przed pięknym kolegą z roku.

Prawdę mówiąc, gdy już się człowiek zaznajomi z formą (a przynajmniej przejdzie z nią na ty) to sama fabuła jest wciągająca. Postacie są prawdziwe, dobrze scharakteryzowane i czuć, że powieść jest półautobiograficzna (semiautobiograficzna się chyba mówi?). Po prostu ma się świadomość że Vargas Llosa przeżył wojskowo-szkolny reżim i wie o czym pisze. Lubię, kiedy autorzy wiedzą o czym piszą. To musi być fajne uczucie, mi nigdy się nie zdarza (szczególnie na egzaminach).
To jest chyba najlepsza okładka na jaką trafiłam.
Pomijając tę, którą mam. Ale o tym już pisałam.

Swoją drogą wydawca mnie oszukał, bo zostało mi obiecane, że "w zaciszu internatu dochodzi między nimi do homoseksualnych zbliżeń", a jakoś nic takiego nie zauważyłam. (A uwierzcie mi, gdyby to tam było to bym zauważyła). Jeśli mam być szczera, to jak na książkę o szkole dla chłopców była ona właśnie boleśnie hetereoseksualna. Była też brutalna i posiadała w sobie opis aktu zoofilii, ale kto by tam zwracał uwagi na takie detale. Nie było też żadnych miejsc, które miałabym ochotę podkreślić i zacytować. Naprawdę prawie pół tysiąca stron i ani jednego cytatu. To już chyba jakiś rekord.
W książce jest jeden pies.
Nie traktują go dobrze.
W ogóle ilustracje jakieś słabe dzisiaj.
Ogólnie rzecz biorąc, książka nie wywołała u mnie ani zachwytu, ani wstrętu, radości, złości, nic. Ja wiem, że napisał ją Noblista. Ja wiem, że jest skandaliczna, ja to wszystko wiem z samej tylko okładki. Ale jednak z jakiegoś powodu dostrzegłszy wszystkie jej walory, pozostałam wobec niej obojętna. To trochę tak jak wtedy, gdy idzie się na randkę z osobą, która spełnia wszystkie wasze kryteria z Listy Partnera Idealnego, ale mimo wszystko nie ma żadnej chemii między wami, więc spędzacie miły wieczór, wracacie do domu i już nigdy do tej osoby nie dzwonicie i o drugiej randce nie ma mowy.
Chociaż ja z panem Vargasem Llosą spotkam się jeszcze na drugiej i trzeciej randce, za sprawą innych książek z jego listy. Mam cichą nadzieję, że wtedy coś zaiskrzy.
Moje skojarzenie, gdy tylko przewijało się słowo major,
a przewijało się kilka razy.

Odmeldowuje się,
M.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Głupota w czasach głupoty, czyli książka numer osiem

Autor: Gabriel García Márquez
Tytuł: Miłość w czasach zarazy
Rok wydania: 1985
Liczba stron: 494

A miało być tak pięknie...
dałam się zwieść romantycznej okładce mojej książki.
Na skali nominalnej Rozważna/Romantyczna większość moich krewnych i znajomych bez zastanowienia umieści mnie w rubryczce romantyczki. I prawdopodobnie będą mieli rację, potrafię bez końca oglądać Casablancę, Pamiętnik, czy Masz wiadomość, uwielbiam romanse i naiwnie wierzę w miłość po grobową deskę. "Miłość w czasach zarazy" opowiada o miłości, która trwała ponad 50 lat. O mężczyźnie, który na swoją wybrankę czekał jak dumnie głosi okładka 51 lat, 9 miesięcy i 4 dni. Powinnam więc być wzruszona i poruszona. Zamiast tego jestem jedynie obruszona, oburzona i lekko obrzydzona. Dlaczego? Powodów jest kilka.
Po pierwsze i najważniejsze- chociaż faktycznie lubię miłosne historie, to muszą one jednak dotyczyć miłości mądrej. Bo miłość, moim zdaniem dzieli się na miłość mądrą, która sprawia, że czynimy mądre rzeczy (jak dorastanie emocjonalne, wyzbywanie się egoizmu, zmienianie się na lepsze) i miłość głupią, która sprawia, że czynimy rzeczy totalnie głupie (jak na przykład obżeranie się kwiatkami, których zapach przypomina nam ukochaną osobę. I zwracanie owych wonnych kwiatów naturze przy pomocy chlustających wymiotów, jak to uczynił główny bohater "Miłości w czasach zarazy"). Domyślacie się więc, że powieść Marqueza traktuje o tym mniej lubianym przeze mnie rodzaju miłości. Ale nawet nazywanie ją miłością głupią jest niedopowiedzeniem. To jest uczucie tak kosmicznie, totalnie, skretyniałe, że chyba trzeba postawić mu pomnik. Pomnik większy od betonowego Chrystusa.

W tej książce za dużo było miłości a za mało zarazy.
Oj jaka bym była szczęśliwa, gdyby główny bohater padł na pierwszej stronie.
link
Zacznijmy od początku. Mamy tu klasyczny trójkąt miłosny, którego wierzchołki stanowią: kolumbijski Werter, pożeracz kwiatów, kochający jedną, ruchający wszystkie Florentino Ariza; obiekt jego westchnień, istota idealna, anioł na ziemi, piękna, wdzięczna, oblubienica rącza jak gazela Fermina Daza oraz jej małżonek doktor Juvenal Urbino, miłośnik zapachu własnego moczu i fan gadającej papugi, która go w końcu zabije (ok, doprowadzi do jego śmierci, ale "zabije" brzmi dużo lepiej). W tym miejscu dodam, że Doktor Urbino jest jedyną osobą, która powstrzymała mnie od rzucenia książką w przestworza niczym Bradley Cooper w "Poradniku pozytywnego myślenia".
Miłość od pierwszego wejrzenia to miłość prawdziwa.
Ja osobiście przeżywam taką miłość przynajmniej raz w tygodniu.
Trwa 50 sekund, a nie 50 lat, ale kto by liczył?
Taka ze mnie romantyczka.
link
Nasz główny bohater, ten niepoprawny romantyk, męczennik w imię uczucia, Don Kichot miłości, cierpiący jak Chrystus, spotyka Ferminę i oczywiście niczym karaibski Romeo zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Miłość ta charakteryzuje się u niego gorączką, zzielenieniem, drgawkami i innymi objawami choroby zakaźnej. Innymi symptomami miłości jest obsesja, stalkowanie i całkowity zanik czynności mózgu niezwiązanych z pisaniem listów miłosnych. (Nie żartuję, główny bohater nie jest w stanie napisać depeszy służbowej bez zamieniania jej w liryczny poemat). Oczywiście gorące uczucie do Tej Jedynej nie przeszkadza naszemu Don Juanowi w uprawianiu seksu z każdą "ptaszyną", która mu się nawinie. W ciągu półwiecza przerżnął on chyba połowę Kolumbijek. (662. zostały upamiętnione jako ważne w zeszyciku, ale była też niezliczona ilość "mniej ważnych"). Wszystko w oczekiwaniu na śmierć wybranka ukochanej.

Piękna i z papugą. Czegóż chcieć więcej?
obrazek stąd
To jest kolejny problem jaki przekreśla w moich oczach głównego bohatera. Ten chory człowiek nie rozumie, że nie znaczy nie. Dobrze, w czasach nastoletnich Fermina nawet była jego zalotom dość przychylna, odpisywała mu na listy, a nawet podarowała mu swój świeżo ścięty, jak kwiaty w wazonie, warkocz. Jednak szybko się ogarnęła i powiedziała mu (parafrazując): sorry ziomek, odwidziało mi się, zejdź mi z oczu. Normalny nastolatek po takiej odpowiedzi już dawno by sobie odpuścił. A Florentino? Florentino tylko płacze, użala się nad sobą i czeka aż będą razem. Czeka 50 lat ignorując, ślub Ferminy, jedną ciążę, drugą ciążę, menopauzę. Bo miłość cierpliwa jest, łaskawa jest i tak dalej. A ja tylko przewracałam oczami, aż się w głowie kręciło.

Papuga-morderca jest jedną z jaśniejszych gwiazd powieści.

To jeszcze nie koniec wad powieści, Marqueza. Powieści, która jest napisana tak pięknym językiem, tak cudownymi zdaniami pełnymi poetyckiej fantazji, że aż się chce płakać nad tematyką. Siedziałam podkreślałam urokliwe porównania i pisałam na marginesie: Pięknie Pan Pisze, ale dlaczego o takich głupotach?!

Z cyklu: jak okładka ma się do książki?
Nijak oczywiście, nijak.
Gwóźdź do trumny pojawił się późno, ale jak już się pojawił to wbił się tak mocno, że aż na wylot. Otóż wspominałam o podbojach seksualnych naszego amanta. Amant nie przebiera, rucha wszystko, żonate, wdowy, grube, chude, uciekinierki z zakładu psychiatrycznego, ssające smoczki podczas orgazmu, wszystkie. Jedna z jego ofiar, zostaje zamordowana przez swojego męża, któremu chyba się nie spodobało, że przyprawiła mu rogi. Na inną (swoją służącą) amant rzuca się nagle zza rogu, zapładnia zanim ta orientuje się co się dzieje i odprawia. Czytając to zalewała mnie krew, ale płynęłam dalej przez ten mizoginistyczny potok bzdur. Utonęłam, gdy pojawiła się jego ostatnia zdobycz. Zdobycz, która nie tylko jest z nim daleko spokrewniona, ale ma również 14 lat. CZTERNAŚCIE!!!! Podczas, gdy nasz lowelas od siedmiu boleści ma ich 76. SIEDEMDZIESIĄT SZEŚĆ! Jedno słowo, dziewięć liter: PEDOFILIA. Przeżyję wszystko, ale pedozboka w roli romantycznego bohatera nie. Nie i już. Tupię nóżką. Wygrażam piąstką. Rozdzieram szaty. Liberum veto. Panie Marquez, czy Pan się dobrze czuje?! Oczywiście jak się można domyślać, Florentino za swoją wierność zostaje nagrodzony względami podstarzałej już Ferminy. A jego czternastoletnia zdobycz? Popełnia samobójstwo oczywiście. Uroczo.
Przesłanie książki: "można kochać wiele kobiet, nie zdradzając żadnej z nich."
Myślę, że te kobiety mogą mieć inne zdanie.
link
Podsumowując mój dość chaotyczny pewnie wpis- Ta książka jest ulubioną książką Teda i jego żony z "Jak poznałem waszą matkę". Ted jest romantykiem. Ja w teorii też. Ale najwyraźniej jego romantyczna dusza pozwala pięknie napisanej książce, usprawiedliwiać gwałty i pedofilskie zakusy. Moja romantyczna dusza czytając takie rzeczy ma ochotę zacząć chodzić na czterech łapach i zostać kotem, bo ludzie są totalnie beznadziejni.
Ponawiam moje pytanie: Pięknie Pan Pisze Panie Marquez, ale dlaczego takie głupoty?!
Jest też film. Wiernego inaczej gra Bardem.
Ale chyba podziękuję.
Na koniec cytaty:
  • Jedynym bólem jaki przeraża mnie w śmierci, jest to, że można umrzeć nie z miłości.
  •  Ciekawość jest jedną z wielu pułapek miłości. 
  •  W życiu publicznym trzeba nauczyć się panować nad strachem, w życiu małżeńskim trzeba nauczyć się panować nad wstrętem.
  • Ludzie, których kochamy, powinni umierać razem ze swoimi rzeczami.
  •  To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie

Z(a)rażona głupotą,
M