Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 grudnia 2015

Morze myśli, czyli Książka Numer Sześćdziesiąt Dwa

Autor: Stanisław Lem
Tytuł: Solaris
Rok wydania: 1961
Liczba stron: 328
Pozwólcie, że nie skomentuję okładki.
Zacznę od wyznania dość specyficznego. I może dla niektórych nawet szokującego. Otóż, lubię myśleć. To jest takie moje małe hobby, któremu się czasem oddaję. Lubię myśleć, zastanawiać się, gdybać, ogólnie używać neuronów, połączeń synaptycznych, istoty szarej, białej, zwojów, blaszek (tak w środę mam kolokwium z anatomii). I właśnie z powodu tego mojego zamiłowania do myślenia, lubię książki, które nie tylko pozwalają mi na oddawanie się tej rozrywce, ale nawet ją stymulują. Lubię książki, po których człowiek "łapie rozkminę". Wbrew pozorom takich książek nie ma wiele. A przynajmniej nie na tej pożal się Panie Liście. Dlatego tak bardzo się cieszę, że mogę dzisiaj napisać o powieści, która jest... skłaniająca do refleksji? (wybaczcie pytajnik na końcu, mam osobisty uraz do tego określenia).
Jak dorosnę zostanę astronautką, zobaczycie.
link
"Solaris", bo o niej mowa, to książka powszechnie znana. Powszechnie znana, gdyż jest jednym z niewielu nadwiślańskich tworów dobrze przyjętych za oceanem. Jedną z garści polskich powieści, na które pokusiło się samo Hollywood i (tu wstaw okrzyk podniecenia) sam George Clooney. Jednak ja pomimo mojego uwielbienia dla George'a, chciałabym na chwilę przynajmniej zapomnieć o tym aspekcie jej popularności. I najzwyczajniej w świecie skupić się na tym, że jest dobrym, soczystym kawałkiem literatury. Nie tylko literatury sci-fi, nie tylko literatury polskiej,  ale literatury w ogóle.

Mogłabym cały wpis zilustrować Clooney'em,
ale postaram się powstrzymać
link
Zalążek fabuły "Solaris" nie wyróżnia się na tle innych książek tego gatunku. Mamy tu Krisa Kelvina, psychologa (kocham psychologów w science-fiction, o czym zresztą pisałam przy "Ja, Robot"). Kelvin wyrusza w podróż na tajemniczą planetę Solaris, na której prócz niego przebywa dwóch żywych i jeden martwy badacz. Ów martwy badacz popełnił samobójstwo, do którego pchnęło go... no właśnie co? Nasz główny bohater najpierw myśli, że choroba psychiczna i halucynacje. Później jednak okazuje się, że nie jest to prawda. Że osoby, które jawią się jemu (i jego towarzyszom) przed oczami, nie są tylko wizjami. Mają ciało, krew, kości, a nawet świadomość. I właśnie w tym momencie książka zaczyna wspinać się na wyżyny literatury.
Tak a propos, czy patrzyliście kiedyś
na "atomowe grzyby" i uważaliście,
że są piękne, czy tylko ja mam takie zaburzenia?

Nie chcę wam zdradzać zbyt wiele, zresztą sami wiecie, że nie przepadam za opisywaniem fabuły. Jednak nie sposób pisać o Solaris bez poruszenia dwóch kwestii. Pierwszą kwestią jest Ocean. Ocean, który swoją powierzchnią pokrywa prawie całą planetę. Ocean, który nie jest wielką kałużą, zalewem wody, miejscem, gdzie można spotkać mężczyzn w zbyt obcisłych kąpielówkach, a żywym organizmem o cytoplazmatycznej budowie i jakimś natężeniu inteligencji i świadomości. Trudno to sobie wyobrazić, prawda? Jak można porozumieć się z Oceanem? To zadanie wydaje się być niemożliwe, równie dobrze można konwersować z tchórzofretką o zjawisku konwergencji. Albo ze mną o zasadach gry w krykieta. Niektóre rzeczy są po prostu niemożliwe.
Lubie science-fiction, bo zawsze są do niego ładne ilustracje
link
Jednak ludzkość ma to do siebie, że a)lubi rzeczy niemożliwe b)nie lubi przyjmować, że czegoś nie da się zrozumieć c)lubi walić wielkiego śpiącego smoka kijem baseballowym w sam nos, ot tak żeby zobaczyć, czy się nie wkurzy. I dlatego, zamiast zostawić biedny, styrany Ocean samemu sobie, latają na tę planetę jak na tunezyjską plażę i dokonują "eksperymentów". Jak się można spodziewać, gospodarz nie pozostaje im dłużny i sam zaczyna eksperymentować. I to w dość radykalny sposób.
A jak się skończą, to można wrzucać ładne foty kosmosu.
Właśnie w ten iście subtelny sposób przeszłam do zagadnienia numer dwa. Zagadnienia jeszcze bardziej ekstremalnego i filozoficznego. Otóż, jak już wspomniałam wcześniej, bohaterowie Solaris w swojej bazie przyjmują "gości". Gości specyficznych, bo będących ucieleśnieniem pewnych wspomnień... pewnych osób. Na przykład gościem głównego bohatera jest jego zmarła żona Harey. A przynajmniej ktoś, kto wygląda jak ona, zachowuje się jak ona, porusza się jak ona. Ale jednocześnie nią nie jest. Jest odbiciem tego, jak zapamiętał ją Kris. Nowa "Harey" krwawi, ale nie umiera. Nie śpi. Nie je. Wszędzie podąża za naszym głównym bohaterem. Jest tworem sztucznym, ale żywym. Namiastką tego, co kiedyś się straciło.
Czy mogę już zacząć wrzucać zdjęcia Clooney'a?
Ładnie proszę...
I tu zaczyna się moja ciężka rozkmina (żeby nie było, że nie ostrzegałam: ciężka rozkmina przed wami). Jeśli się kiedyś kogoś kochało i się go utraciło, to czy można kogoś krytykować za próby odzyskania choćby cienia tej osoby? Czy to, że coś nie jest rzeczywiste oznacza od razu, że nie jest prawdziwe? Czy jeśli ktoś jest szczęśliwy otaczając się złudzeniami, to mamy prawo brać go za szmaty i wyrzucać na bruk prawdziwego życia? Te wszystkie pytania pływają mi w moim płynie mózgowo-rdzeniowym po przeczytaniu tej książki i kompletnie nie chcą się w nim rozpuścić. A, że w sumie to lubię jak coś w nim pływa i się nie topi, to jestem ukontentowana i rozkminiam sobie cały wieczór (a notatki z anatomii leżą odłogiem).
Wiecie co, stwierdziłam jednak, że on w tym całym
skafandrze wygląda głupkowato i jednak wolę
zdjęcia kosmosu.
Jak widać sama fabuła zrobiła na mnie duże wrażenie. Trochę inaczej było z formą. Jeśli chodzi o jej odbiór to przyznam, że mam lekki dysonas. Z jednej strony książka jest w opór klimatyczna. Opuszczona stacja, małe pomieszczenia, dziwne postacie, to wszystko tworzy niepowtarzalny gotycko-kosmiczny klimat, który mi osobiście bardzo się podobał. Wszystko jest przyjemnie mroczne jak listopadowe noce, cmentarze o północy lub stare filmy grozy. Z drugiej jednak strony, Lem ma tendencję, dość zrozumiałą zresztą do opisywania wszystkiego. Opisuje każdy przedmiot rozrzucony na podłodze, każdy trzask, szum, każdy ruch bohaterów, ich wygląd, kolor oczu, ubranie. Ta skrupulatność jest całkowicie zgodna z naturą narratora (czyli głównego bohatera) który w końcu jest naukowcem, jest też bardzo pożądana, gdy mamy do czynienia z opisami rzeczy związanych z przebywaniem w kosmosie. Jednak momentami ta precyzyjność opisów męczy. A przynajmniej wymaga czasu do załapania (muszę przyznać, że w drugiej połowie książki ten styl pisania przestaje razić, a zaczyna zachwycać). Lem ma tak bogate słownictwo, że mógłby utworzyć z niego fundusz charytatywny i wysyłać dotacje takim pokrakom jak ja. Ma zdolność opisywania wszystkiego w tak realistyczny sposób, że aż czuć smak i zapach. Jednak w jego prozie czuć , że jest to zawodowy lekarz. Pisarz jak najbardziej, ale również lekarz. I ta lekarsko-aptekarska dokładność wyłazi z niektórych stron. Jednym się to będzie podobać, innym nie.
Ok, musiałam, ale już wraca kosmos.
Chyba czas na podsumowanie. Przyznam szczerze, że nie jest to mój pierwszy Lem- dawno temu, uratowałam jedną z jego powieści od przedwczesnej śmierci na śmietniku. Miała powyrywane strony, które sklejałam przez pół dnia, oderwaną okładkę i ogólnie była jak porzucony szczeniak. Leży teraz w moim śląskim domu, w przytułku dla uratowanych książek. Jednak Solaris zapada w pamięć dużo bardziej niż "Obłok Magellana". Ma w sobie coś magicznego, coś filozoficznego, coś psychologicznego, coś naukowego, coś kosmicznego, coś romantycznego, coś przerażającego, ogólnie coś dla każdego. Czyta się ją jednym tchem (chyba, że ktoś ma słabą pojemność płuc, wtedy dwoma) i .zamyka z pewną niechęcią. Jeśli miałabym polecić komuś jakąś książkę o podróży w kosmos, to zaraz po "Autostopem przez Galaktykę" (moja pierwsza książka na tym blogu) poleciłabym "Solaris".
Ciekawe czy ze zdjęciami kosmosu jest jak z profilowym na fb,
na fotach wszystko spoko, ale na żywo to już takie meh...

Tyle w temacie, czas na cytaty:
  • Człowiek może ogarnąć tak niewiele rzeczy naraz; widzimy tylko to, co dzieje się przed nami, tu i teraz; unaocznienie sobie równoczesnej mnogości procesów, jakkolwiek związanych ze sobą, jakkolwiek się nawet uzupełniających, przekracza jego możliwości. Doświadczamy tego nawet wobec zjawisk względnie prostych. Los jednego człowieka może znaczyć wiele, los kilkuset trudno jest objąć, ale dzieje tysiąca, miliona nie znaczą w gruncie rzeczy
  •  Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie wszystko, a nasza gotowość okazuje się pozą. Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.
 Z planety, gdzie oceany jeszcze nie myślą,
M.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Zabawa w Boga, czyli Książka Numer Czterdzieści Sześć

Autor: Mary Shelley
Tytuł: Frankenstein
Rok wydania: 1818
Liczba stron: 225


Chyba moja ulubiona okładka w historii ulubionych okładek.
Kolejny klasyk na liście i jednocześnie kolejna powieść, do której powróciłam po kilku latach przerwy, tym razem sięgając po oryginalną wersję językową. I o dziwo, pomimo upływu czasu, mój odbiór książki zbytnio się nie zmienił. "Frankenstein", bo o nim mowa, nadal zachwyca mnie treścią, jednocześnie nieco drażniąc formą. Ale o tym za chwilę...
Dzisiaj na szczęście w ilustracjach
mogę aż przebierać.
Do wyboru do koloru.
link

Nie ma się co oszukiwać, "Frankenstein" to powieść, którą trzeba znać. Choćby po to, aby nie popełniać tego rażącego błędu, którym jest nazywanie samego potwora Frankensteinem. Ludzie potwór to potwór, nie ma imienia, nazwiska! Jak bardzo chcecie, to możecie mówić na niego Adam (tak nazywała go sama autorka). Natomiast Frankenstein to nazwisko jego TWÓRCY, naukowca, który z tego co wiem skóry miał raczej mało zieloną. Więc mówiąc, że ktoś wygląda jak Frankenstein dajecie do zrozumienia, że jest elegancki, blady z podkrążonymi oczami, a nie że wystają mu śruby z mózgoczaszki.

Ten to nawet wcale brzydki nie jest.
Jednak nie jest to jedyny powód, aby zabrać się za tę lekturę. Najważniejsze jest to, że ta książka jest taką creepy jaskółką zwiastującą wiosnę sci-fi. Wszystkie inne powieści związane z eksperymentami, z tworzeniem sztucznego człowieka, czy też ze wskrzeszaniem są wtórne wobec tej dziewiętnastowiecznej perełki. Perełki, która powstała tak trochę od czapy- Mary Shelley, lat wtedy dziewiętnaście, czilując nad jeziorkiem ze swoim mężem, Lordem Byronem i Polidorim,  uznała, że powieść o nieludzko ludzkim potworze to w sumie całkiem spoko pomysł. Nie mam pojęcia, co oni tam palili, że niewinna dziewczyna nagle zapragnęła napisać tak krwawą powieść, ale chyba na dobre im to wyszło, bo rach ciach, dwa lata później mamy literackie arcydzieło.
A ten to nawet jest tak stylowy, że aż hot
(autor: Gris Grimly)
"Frankenstein" to powieść dość trudna, napisana skostniałym językiem, który dla mnie był momentami nie do przejścia. Przez pierwsze 50 stron, książka nie traktuje praktycznie o niczym. Musiałam zjeść galon lodów, żeby jakoś osłodzić sobie trawienie tych kilku epistolarnych rozdziałów o niczym. Ale w momencie, gdy dochodzimy do opowieści samego Victora Frankensteina, który streszcza jak bardzo źle skończyła się jego zabawa w Boga, powieść wchodzi w nadprzestrzeń i rusza z kopyta.

Ten jest równie straszny co Szczerbatek
z "Jak wytresować smoka"
link
To, co ja osobiście sobie najbardziej cenię, to fakt, że ta książka jest tak bardzo szara. I nie mam na myśli ani barwy okładki, ani tego, że jest nie daj Panie, nudna. Po prostu nie ma w niej czarnego charakteru, nie ma też żadnego o sumieniu bielszym niż śnieg (to znaczy są oczywiście idealne, niewinne kobieto-anioły, ale to raczej bordiura samej powieści, a nie jej środek). Główna para bohaterów- twórca i jego potwór, są tak bardzo wielowarstwowi, że można obierać do woli, a nie dojdzie się do środka. Z jednej strony mamy Victora, którego ciekawość zaprowadziła niemalże dosłownie do piekła. Który stworzył, coś co uznał za diabła wcielonego i który za swój eksperyment zapłacił cenę bardziej słoną niż sól sama. Z drugiej mamy jego bogu ducha winny twór, który jest tak brzydki, że samo to mogłoby tłumaczyć jego niestabilność psychiczną. Ale przecież biedny Adaś (nie mam serca nazywać go w kółko i w kółko potworem) jest nie tylko niespecjalnie urodziwy, ale i w opór samotny. Nie ma dosłownie nikogo. Nie ma ojca, nie ma matki, nie ma przyjaciół, nie ma ukochanej, nie ma nawet wspomnień o żadnym z wyżej wymienionych. Niczym Różewicz w "Ocalałym" szuka mistrza i nauczyciela, który nazwie rzeczy i pojęcia, oddzieli światło od ciemności (albo np. akszyli nauczy go mówić, czytać, rozumieć co się dzieje przed jego oczami). Jednak wszyscy go odrzucają, nie dają mu dojść do słowa, atakują go. Naprawdę nic więc dziwnego, że nieszczęśnikowi wreszcie odbija i zaczyna bawić się w Kubę Rozpruwacza.
Ale ta to akurat miażdży system
(autor: Berni Wrightson)
Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać jak łatwo przyszło mi przeskakiwanie między sympatią wobec jednego i drugiego bohatera. Myślałam, że wreszcie dorosłam i stałam się w miarę stabilna w uczuciach. Guzik prawda, momentami serce kroiło mi się słuchając o wyobcowaniu potwora, innym razem współczułam Frankensteinowi i rozumiałam jego obrzydzenie. Ale zaraz później jego twór ze łzami w oczach prosił go, o towarzyszkę życia. I znowu chciałam biedną kreaturę przytulić i osłodzić mu życie frazesem, że każda potwora znajdzie swego amatora. Jednakże pięć stron dalej dowiaduję się, że ten nad którego losem łamałam sobie głowę i serduszko, bez mrugnięcia okiem zabił dziecko. I znowu mam ochotę rozłożyć go na części, z których powstał. Ta sinusoida moich przekonań pokazuje, że nic w tej książce nie jest jednoznaczne, a tematy w niej poruszane, są opisywane bardzo delikatnie i z dużym polem do interpretacji. Niby jest to książka grozy, ale jednak chyba najstraszniejsze jest to jak zmusza do myślenia. Przecież Adaś nie był zły "od urodzenia", a więc, czy społeczeństwo go takim zrobiło? Czy może jednak Victor, niczym Mały Książę, powinien być odpowiedzialny za to co oswoił? Czytam tę książkę drugi raz i nadal nie znam odpowiedzi na te pytania.
Nie zmienia to faktu, że większość tych potworów
przeraża mnie w mniejszym stopniu niż
Michał Witkowski.
link

Jak widać książka mi się podobała. Jednak muszę przyznać, że podobałaby mi się jeszcze bardziej, gdyby jej język nie cuchnął takim patosem. Szczególnie wypowiedzi Victora były tak patetyczne i wzniosłe, że aż robiło mi się niedobrze. Miałam ochotę wysłać go na spotkanie z Werterem, tylko po to, aby zobaczył jak to jest (albo żeby obaj doprowadzili się nawzajem do szału). Autentycznie te długie, rozemocjonowane wypowiedzi, przyprawiały mnie, zwolenniczkę soli attyckiej o ból głowy. Ale pewnie są ludzie, którym się to podoba, nie oceniam, po prostu trochę niszczyło mi to przyjemność z lektury tej, moim zdaniem wybitnej powieści.
A tymi okładkami to się jaram tak bardzo, że dałabym się pokroić
(nawet Victorowi)
żeby faktycznie można je było kupić.
link

Jak już wspomniałam na początku wpisu, są książki, których nie wypada nie znać. I jedną z takich książek jest właśnie Frankenstein, także jeśli dotychczas nie mieliście okazji... zmieńcie to. Nie pożałujecie (Chyba).
ok, tu przyznam, że ten JEST creepy.
link

Na koniec jak zawsze cytaty:
  • Bo nic się tak nie przyczynia do uspokojenia umysłu jak zdecydowany cel- najlepszy punkt zaczepienia dla duszy i niczym nie zaślepionego intelektu.
  • I cóż z tego, że człowiek może pochwalić się tym, iż posiada subtelne uczucia znacznie wyższego rzędu niż te, które obserwujemy u zwierząt, skoro to tylko bardziej komplikuje i utrudnia mu życie? Gdyby nasze podniety ograniczały się tylko do głodu, pragnienia, pożądania, moglibyśmy być niemal zupełnie wolni.
  • Dla umysłu ludzkiego nie ma nic bardziej bolesnego jak ten stan głuchego zastoju i bezsilnej pewności, który następuje po krytycznym momencie napięcia uczuć spowodowanego przez szereg szybko po sobie następujących wypadków i który odbiera duszy zarówno nadzieję, jak i obawę
Potwornie i strasznie pozdrawia,
M.

piątek, 20 lutego 2015

Elektryczny Pastuch, czyli Książka Numer Trzydzieści Dziewięć

Autor: Philip K. Dick
Tytuł: Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?
Rok wydania: 1966
Liczba stron: 273

Wydawnictwo REBIS znowu dało radę.
Chyba powoli staje się moim ulubionym.
Musiałam zrobić sobie przerwę od czytania. Dopadła mnie jakaś fizyczna niemoc przeczytania książki. Trochę przypominało to reakcję po zatruciu zbyt dużą ilością alkoholu- na samą myśl o kolejnym kieliszku (w tym przypadku o kolejnej książce) czułam nieprzyjemne ciary. Ze stuporu wyrwała mnie dzisiejsza Książka Dnia. Wiedziałam, że jeśli coś mnie ma przywrócić czytelniczemu funkcjonowaniu to będzie to musiało być science-fiction. I to dobre science-fiction. Dlatego sięgnęłam po kultową powieść Philipa K. Dicka, którą wszyscy kojarzą dzięki filmowi pod tytułem "Blade Runner".
Ta ilustracja oddaje klimat książki,
mniej więcej w ten sposób w jaki
trailer Mrocznego Widma oddaje to,
jak bardzo jest to zły film.
(czyli wcale)
link
Główny bohater powieści Rick Deckard prowadzi zwykłe życie. Należy do tego niewielkiego procentu ludzi, którzy nie opuścili naszej Błękitnej Planety nawet gdy z błękitnej zmieniła się w radioaktywną. Ma żonę, pracę i owcę, którą hoduje na dachu. Niestety owca nie jest prawdziwa tylko elektryczna, a praca polega na bieganiu po mieście z pistoletem laserowym i likwidowaniu androidów. Za każdego martwego, zbiegłego androida Rick dostaje tysiaka. Kasa mu się przyda, gdyż marzy on... no właśnie o czym marzy nasz główny bohater? O nowym lamborghini? O wycieczce międzyplanetarnej? O wielkiej plazmie do salonu? Nie, nasz dzielny główny bohater ciuła na prawdziwe zwierze. Takie, które mógłby karmić i głaskać i tulić i bóg wie co jeszcze. Aby dostać wymarzone zwierzątko, Rick postanawia zlikwidować sześć zbiegłych androidów o zupełnie nowym oprogramowaniu, które sprawia, że są sprytniejsze od ludzi i totalnie niebezpieczne. Zabiera swoją maszynę testową, która sprawdza poziom empatii (który u androidów jest zerowy i stanowi podstawowy czynnik różnicujący ich od ludzi) i rusza w miasto.

Za to ta ilustracja jest fantastyczna.
I w dodatku się świeci!
link
Niestety na swojej drodze spotyka Racheal- atrakcyjnego androida płci żeńskiej, który nawet w takim starym wydze jak Rick wzbudza uczucia... a guzik uczucia, Rick po prostu się na nią napala bardziej niż ja na nowy film Marvela. I o dziwo, w przeciwieństwie do większości przedstawicieli jego gatunku, totalne napalenie powoduje u Ricka myślenie. (Tak wiem, mnie też to zaskoczyło). Zamiast biegać za andkami z laserem nasz główny bohater zaczyna rozkminiać, dlaczego w ogóle trzeba owe androidy likwidować i czy to przypadkiem nie grzech i takie tam. Ogólnie zaczyna go ruszać sumienie, a wszyscy wiemy, że posiadanie czegoś takiego jak sumienie nie znajduje się na liście cech pożądanych u płatnego mordercy. Innymi słowy Rick ma przerąbane.
To jest bardzo dobry projekt okładki.
I to nie dlatego, że widzę mózg (neuro moja miłość)
link
Próbowałam wam pokrótce opisać fabułę, mam jednak wrażenie, że ją strasznie skaleczyłam i spłyciłam, szczególnie, że ograniczyłam się jedynie do opisania głównego wątku. Jednak opisywanie o czym jest książka nigdy nie należało do moich mocnych cech (dużo lepiej wychodzi mi narzekanie na każdy jeden drobny szczegół). Tutaj jednak nawet w tej kwestii nie mam zbytniego pola do popisu. Ta powieść jest po prostu dobra. Porządnie napisana, tak po męsku, bez niepotrzebnych ozdobników, bez dygresji, bez zastojów w narracji. Nie ma zdań budzących zachwyt, ale nie ma też takich, które zgrzytają w zębach. Cała książka przypomina dobrze naoliwioną maszynę, która może nie prezentuje się najpiękniej wśród bibelotów literatury pięknej, ale swoją robotę wykonuje doskonale.
Nie do końca wiem, co to ma wspólnego z książką.
Ale owieczka fajna, to wrzucam.
link
Kolejnym plusem jest fakt, że mamy do czynienia z powieścią, nie da się tego powiedzieć inaczej, cholernie klimatyczna. Nie wiem jak autorowi się to udało, gdyż nie jest ona wypchana ogromną ilością opisów, ale niepowtarzalna atmosfera wręcz paruje ze stron. Są książki, które kojarzymy z kolorami, dla mnie Władca Pierścieni jest zielony, a Nowy Wspaniały Świat błękitny. "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach" jest książką brutnatno-szarą. Nie ze względu na okładkę, ale na zawartość. Tam wszystko jest zakurzone, pełne chłamu, zacienione. Klimat neo-noir unosi się nad tą książką jak Duch Boży nad jakąś tam rzeką w Biblii. I moim zdaniem jest to chyba najlepszy wabik na jaki można złapać czytelnika.


Chyba jest też komiks.
Wygląda ładnie.
Czy zauważyliście, że w słowie
łowca jest słowo owca?
Przypadek?
Nie mówię jednak, że jest to książka idealna. Nie byłabym sobą, gdybym nie miała pewnych zastrzeżeń. Głównym jest to, iż czasami, jakby to nazwać hm... wypadałam z fabuły, w sensie nagle działo się coś, czego kompletnie nie rozumiałam. Jakbym nagle ominęła coś ważnego, kluczowego dla rozwoju postaci i relacji między nimi. Chcę przez to powiedzieć, że momentami decyzje bohaterów nie wydawały mi się w żaden sposób logiczne. Czasami ich słowa kłóciły się z tym, co zrobili wcześniej. I nie byłam pewna, czy to dlatego, że kłamią, czy nagle przeszli metamorfozę jak Miley Cyrus, czy może mi po prostu coś umyka, bo jestem tępa. Jednym z takich przykładów, najbardziej widowiskowym moim zdaniem jest scena między Racheal a Rickiem, gdzie ni z gruszki ni z pietruszki wyznają oni sobie miłość. Mimo, że ona jest androidem, który chyba miłości nie powinien czuć (bo miłość przecież jest silnie powiązana z empatią), natomiast on nie dość, że widział ją tylko dwa razy w życiu to jeszcze w dodatku ma żonę. Nie wiem może to ja i moje dziwne poglądy, ale po prostu nie byłam w stanie wykoncypować, o co w tym wszystkim chodziło, szczególnie że ich późniejsze działania zupełnie rozmijały się z tym pięknym i wzniosłym wyznaniem. Jednak kiedy przymknie się oko na ten kompletny brak sensu i logiki, to powieść jest naprawdę bardzo przyjemna. O ile lubisz science-fiction. I powieści nieco pozbawione poczucia humoru. I sympatycznych bohaterów. I... dobra skończę już.
Nie mogłam się powstrzymać.
W filmie głównego bohatera gra Harrison Ford.
TEN Harrison Ford.
Miłość życia.
Nie, żeby było co cytować, ale z przyzwyczajenia:
  • Gwałt nad własną osobowością jest podstawowym warunkiem życia. W jakimś momencie musi to zrobić każda istota. 
  • Chłam to bezużyteczne przedmioty, takie jak reklamy przysyłane dawniej pocztą albo okładki po zużytych papierowych zapałkach, albo opakowanie po wczoraj przeżutej gumie. Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, chłam się rozmnaża. Na przykład jeśli pójdzie pani spać, pozostawiając go w mieszkaniu, to kiedy obudzi się pani następnego ranka, chłamu będzie już dwa razy tyle. Ciągle go przybywa.
Pozdrawiam,
śniąca o owcach,
M.

środa, 31 grudnia 2014

Bajki Robotów, czyli Książka Numer Dwadzieścia Dziewięć

Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Ja, Robot
Rok wydania: 1950
Liczba stron: 232
Wydawnictwo Rebis znowu daje radę. Duża okejka dla nich.

Jak widać ostro baluję w sylwestra otoczona stadem rozszalałej gawiedzi jak na super imprezowiczkę przystało. (Tak naprawdę siedzę w łóżku, a towarzyszy mi mój udomowiony motyl-zombie zwany Łazarzem. O ile znowu nie umarł, trudno rozeznać u motyla). Ostatni wpis w tym roku podobnie jak pierwszy będzie o science-fiction. Nie był to oczywiście zabieg celowy, gdzie tam, moje zdolności planowania ograniczają się do przygotowania sobie outfitu na następny dzień (tylko po to, aby stwierdzić, że wyglądam w nim grubo i przebrać się 7 razy). Ale nie jestem szafiarką tylko półkarką, więc wróćmy do meritum. Dzisiejsza Ksiażka Dnia, czyli "Ja, Robot" Asimova to niestety coś czego osobiście nienawidzę. Jest to mianowicie (dramatyczna pauza) zbiór opowiadań.
Roboty to taki wdzięczny temat.
link


Jeśli książka znajduje się w mojej biblii i widzę ją na półce w księgarni, to nie tracę czasu na studiowanie obwoluty, tylko pakuję ją do koszyka. W końcu chcąc nie chcąc i tak muszę ją przeczytać. Dlatego rozczarowanie nadeszło dopiero w domu. I nie było to małe rozczarowanie w stylu: "och spóźniłam się na tramwaj i muszę marznąć przez kolejne dwanaście minut", raczej rozczarowanie podobne do: "och spóźniłam się na tramwaj, którym jechał rozdający pączki i swój numer telefonu Justin Timberlake". 
Nie potrafię wytłumaczyć co mi się nie podoba w zbiorach opowiadań, po prostu to trochę tak jakby zamiast jednego wielkiego burgera z mnóstwem dodatków dostać kilka miniburgerów, niby to samo, ale wcale nie. Kiedy czytam opowiadanie, ciągle czuję jakiś niedosyt- za mało opisów, za mało głębi postaci, za mało stron. Zanim wszystko się na dobre rozkręci, już każą mi schodzić z karuzeli. 

Dziecko i robot w moherowym berecie- istna sielanka.
link

Niemniej jednak przemogłam się i zaczęłam czytać. Pozory powieści "Ja, Robot" utrzymuje dzięki postaci Susan Calvin, która wszystkie historie przytacza dziennikarzowi prowadzącemu z nią wywiad. Historii jest dziewięć, niektórzy bohaterowie się powtarzają, a każdą opowieść łączy również temat- wszystkie tyczą się robotów oraz trzech praw robotyki. Oto one: 
- prawo pierwsze: robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
- prawo drugie: robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z pierwszym prawem.
- prawo trzecie: robot musi chronić sam siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z pierwszym lub drugim prawem
I tyle w kwestii fabuły całej powieści. Same historię prezentują różny poziom, kilka z nich jest fantastycznych, kilka nudzi bardziej niż niedzielne kazanie w kościele parafialnym. Do najlepszych należy opowiadanie pierwsze pod tytułem "Robbie", poświęcone "przyjaźni" dziewczynki z robotem, trzecie, traktujące o robocie z urojeniami mesjanistycznymi oraz opowiadanie pod tytułem "Kłamca" o maszynie, która rzekomo potrafi czytać w myślach. Właśnie te trzy historie wychodziły przed szereg i nadawały ton ogólnemu wydźwiękowi książki.
Nie ma nic smutniejszego niż smutny robot
(prócz smutnego szczeniaczka oczywiście)
link
Jak już wspomniałam opowiadania nie prezentują równego poziomu, nie oznacza to jednak, że znajdują się wśród nich kompletne gnioty. Myślę nawet, że gdyby wyciągnąć z nich średnią nadal utrzymywałaby się ona na poziomie powyżej przeciętnej. Nie będę was jednak oszukiwać- Asimov jest mistrzem budowania światów nie zdań. Te drugie pozostawia proste, przezroczyste i pozbawione jakichkolwiek ozdobników. Nie jest również wirtuozem tworzenia postaci, które zazwyczaj są w jego opowiadaniach bardziej plastikowe niż korpus lalki Barbie. Jednak sposób w jaki kreśli on roboty i problemy jakie stawia robotyka... matko jedyna, przygotujcie armaty, umarłam z zachwytu. Pomysłowość autora, naukowe podejście do dziedziny, która w latach 50' XX wieku nawet zbytnio nie pełzała, to wszystko zasługuje na zdjęcie czapek z głów i chylenie czół. Nikt wcześniej nie zastanawiał się nad wyzwaniami jakie mogą sprawiać zabawy ze sztuczną inteligencją. Nikt nie rozważał konfliktów człowiek versus maszyna. Asimov w tej kwestii był pionierem, torującym drogę przyszłym pokoleniom. Zapalił pochodnię, która w tym momencie świeci jaśniej niż fajerwerki, którymi za kilka godzin zostanie zbombardowana stratosfera.
Zaczyna mi być przykro, że w dzieciństwie
nie miałam przyjaciela-robota.
 Miałam tylko zwykłych nudnych przyjaciół,
którzy się męczyli i mieli mamy, które wołały
ich do domu na obiad.Pff.
link

Nie jestem pewna jaki mam stosunek do tej książki- polubiłam Susan, która choć posiadała zaledwie szkielet osobowości, wzbudzała sympatię. W dodatku była robopsychologiem. Też chcę być robopsychologiem, ale z jakiegoś powodu na moim wydziale nie otworzyli jeszcze takiej specjalizacji. Polubiłam też Donovana i Powella, dwóch bardzo pechowych specjalistów, którym wiecznie coś się przytrafia (zostają randomowo wysłani w kosmos, umierają, wracają do życia, umierają, wracają do życia, to się chyba nazywa ryzyko zawodowe). Najbardziej jednak za serce chwyciły mnie same roboty. Były takie urocze! Logiczne do bólu (nawet jeśli im odbijało, to zawsze był ku temu jakiś powód), przestrzegały reguł, były bardziej kumate niż większość ludzi, nie mogły nikogo skrzywdzić ani zranić. Czego chcieć więcej? W porównaniu z nimi homo sapiens wypadają dość blado jeśli mam być szczera. Jestem pewna, że żaden robot nie rzuciłby we mnie ogryzkiem od jabłka podczas jazdy autobusem (w przeciwieństwie do jednego dresa kilka lat temu). Nie jestem pewna, czy to właśnie było zamiarem Pana Isaaca, ale po przeczytaniu tej książki stałam się robotofilką. Już planuję wydrukować sobie koszulkę I serduszko robot.
A tutaj mamy obraz autora, który siedzi sonie na tronie.
Like a boss.
(autorka: Rowena Morill)
Koniec końców, jak na zbiór opowiadań "Ja, Robot" daję radę. Jednak nadal uważam, że gdyby z tych świetnie skonstruowanych części złożyć jedną, dobrze naoliwioną całość, to mielibyśmy produkt nie do pobicia. Nie oszukujmy się, chociaż w Power Rangers pojedyncze zordy były spoko, to dopiero megazord rozwalał system. I tak właśnie jest też z tymi opowiadaniami. Na szczęście biblia nakazuje przeczytanie jeszcze jednej książki Asimova i ta (tym razem sprawdziłam) jest już powieścią z krwi i kości. Więc trzymajcie się mocno, bo czekać nasz będzie ostra jazda.
Jeśli nadal zastanawialiście się po co nam roboty, właśnie zobaczyliście odpowiedź.
link

Rutynowo już, cytaty (dzisiaj tylko dwa, bo nie za bardzo jest co cytować)
  • Poprzez chłodne, logiczne rozumowanie możesz udowodnić właściwie wszystko... jeśli wyjdziesz z odpowiednich przesłanek.
  •  Wszystkie formy życia, świadomie lub nie, nie znoszą czyjejś dominacji. 
Pozdrawia, wasza robotofilka,
M.

niedziela, 21 grudnia 2014

Take a chill pill, czyli Książka Numer Dwadzieścia Pięć

Tytuł: Nowy Wspaniały Świat
Autor: Aldous Huxley
Rok wydania: 1932
Liczba stron: 250
Wspaniały świaaat, rozpostarł się u naszych stóp
(Ten wpis ma dużo dziwnych nawiązań, ostrzegam)
Czas przykręcić śrubę, w końcu nieco się w kwestii czytania książek obijałam. Dzisiaj, trzymając się świątecznego klimatu pełnego kolęd i optymizmu zabrałam się za "Nowy Wspaniały Świat" Huxleya. (To był oczywiście jeden z moich przezabawnych żartów, wszyscy bowiem wiemy, że optymistyczny w tej powieści jest jedynie tytuł).
Przyjrzyjcie się, tak wygląda raj.
link
W książce mamy do czynienia z anty-utopią, czy też dystopią, w sumie nie wiem, a artykuły na wiki nie są specjalnie pomocne (bo jak się okazuje, to NIE są synonimy). Ogólnie już na początku orientujemy się, że trafiliśmy do raju. Otóż, ludzie nie są już żyworodni (hura! koniec z rozstępami po ciąży, wahaniami wagi, zachciankami), instytucja rodziny przeszła do lamusa, nie ma czegoś takiego jak matki, ojcowie, siostry, bracia (hura! koniec ze zmienianiem pieluch, potykaniem się o klocki i całonocnym kołysaniem), jakby tego było mało nie istnieje nawet małżeństwo (hura! koniec bezowych sukien, weselnych kapel i walki o welon) ani monogamia (hura! okej chyba już załapaliście, że wszystko jest miodzio i super). Jest super, jest super! Więc o co ci chodzi?
Świat w pigułce. Joł
link
Niestety jednak nie jest tak różowo. Po pierwsze w Nowym Wspaniałym Świecie panuje z góry wyznaczony podział kastowy, który symbolizują greckie literki (tak mamy Alfy i mamy Bety, ale niestety z tym ma to niewiele wspólnego. A przez niewiele mam na myśli nic). Tak czy inaczej jest Alfa, Beta, Delta, Gamma i Epsilon. Czy twórcy tego podziału nie uczyli się nigdy fizyki? Przecież wiadomo, że jak coś zawiera w sobie greckie literki to znaczy, że jest zdrowo popaprane. Wracając jednak do tematu- jak się pewnie domyślacie, Alfy są super, noszą najlepsze wdzianka, mają najlepszą robotę i najlepsze fury. Natomiast jeśli jednak trafiło ci się bycie Epsilonem to ogólnie przegrałeś na loterii genów i jesteś niskim kretynem bez jakiegokolwiek rozeznania. Oczywiście wcale ci to nie przeszkadza, gdyż niczym Chandlera w Przyjaciołach, ukształtowały cię puszczane w czasie snu kasety. Kasety, które zawierały mądrości życiowe. Rymowane mądrości życiowe. Wszakże rymowanie wzmaga zapamiętywanie joł. Prócz kaset warunkowały cię też od maleńkości elektrowstrząsy, w końcu każdy dobry psycholog rozwojowy wie, że nie ma nic lepszego od porażenia dziecka prądem. Ba, w sumie nie trzeba być psychologiem! Pamiętają o tym nawet dzieci: Nie do rymu nie do taktu, wsadź se palec do kontaktu. Ciekawe, czy ta rymowanka była puszczana nam w czasie snu.

Także, niezależnie od literki jaką cię oznaczono, jeśli żyjesz w Nowym Wspaniałym Świecie jesteś tak super uwarunkowany, że twoja praca jest jedyną, która może ci dostarczać przyjemność. Prócz tego możesz ruchać kogo chcesz, bo monogamia jest nie tylko passé, ale wręcz amoralna, bo "każdy należy do każdego", Ogólnie zachowania seksualne, zwane też grami miłosnymi swój początek mają we wczesnym dzieciństwie, tak, tak sześcioletnie dzieciaczki w naszej Książce Dnia idą na całość w krzakach. Żyć nie umierać czyż nie? 
A jeśli wciąż masz wątpliwości, że opisuję właśnie raj na ziemi, to nadchodzi argument koronny- soma. Soma to taki magiczny substytut szczęścia w półgramowych pigułkach. Jedna tabletka i rach-ciach witaj w krainie Kucyków Pony, Troskliwych Misiów i Jednorożców. Dwie tabletki i dołączają postacie z Ulicy Sezamkowej, trzy wszyscy razem tańczą makarenę, a cztery zapewniają odlot na całą noc. Stosują je wszyscy, zawsze i wszędzie, bo to takie witaminki, witaminki dla chłopczyka i dziewczynki.

Cukier, słodkości i inne śliczności,
ach to nie ta bajka
link
Nie martwcie się jednak. Istnieją rezerwaty, gdzie ludzie żyją po staremu. Chociaż, że zacytuję inny klasyk (ostrzegałam, że dzisiaj będzie multum nawiązań) Dzicy są, dzicy są, chyba to nie ludzie!
I te Dzikusy z rezerwatu żyją "jak zwierzęta":zawierają monogamiczne związki, czczą jakiegoś pokręconego Boga będącego połączeniem wszystkich chyba religii, nie mają ciepłej wody, za to mają wszy, rytualne biczowania i brak opieki medycznej.
Trochę taki wybór Zofii- wszy, czy uzależnienie od tabletek? Ach te dylematy ludzi przyszłości. Z takiego właśnie dylematu para naszych głównych bohaterów- Bernard (alfa plus, ale jakiś taki karłowaty i zmizerniały) oraz Lenina (ładna, urocza, popularna wśród facetów) "ratuje" Johna bękarta Neda Starka jakiejś szychy tam w Londynie. John jest jednak dziwny, naczytał się zakazanego i zapomnianego Szekspira, myśli o jakiejś wielkiej miłości, o byciu indywidualną jednostką, o wolności i o Bogu. Plecie farmazony jak potłuczony i oczywiście zakochuje się w Leninie (O Boże właśnie sobie zdałam sprawę jak to imię się źle odmienia). Jak możemy się domyśleć wszystko kończy się dobrze, wszyscy żyją długo i szczęśliwie, a ziarnko miłości kiełkuje na sawannie. (sa-sa-sa-sarkazm).

Zapomniałam dodać, że nikt tam się nie starzeje
ani nie tyje.
O, Violetta Villas!
link
Jako fanka powieści dla nastolatek o dystopiach i ich pochodnych wiem prawie wszystko. Bo w dzisiejszych czasach dystopię zastąpiły wampiry, które zastąpiły czarodziejów, którzy zastąpili elfy. Po prostu są w modzie. "Maze Runner", "Matched", "Divergent" i wiele wiele innych przyzwyczaiły mnie do takiej wizji przyszłości. Prawdę mówiąc nawet nie mrugnęłam okiem, nie poczułam oburzenia, tak bardzo jestem do tego przyzwyczajona. Poszukiwałam jedynie Młodego Protagonisty Innego Niż Wszyscy (i w końcu znalazłam Johna) i Wielkiej Miłości Od Pierwszego Wejrzenia (to w sumie też znalazłam). I wiem, wiem, że ta książka powstała duuużo wcześniej niż Igrzyska Śmierci, ale zbyt dobrze znam ten gatunek, żeby pisać pieśni pochwalne. Ot, taka sobie dystopijna książeczka napisana bardzo zgrabnie, z przesłaniem i czarną wizją na temat przyszłości ludzkości. Nihil novi sub sole. Świadomam, że jest to klasyk i że ogólnie grzechem jest porównywać ją do książek dla nastolatek. A mimo wszystko to zrobiłam. I czasami jeśli mam być szczera na ich tle wypadła blado. Jednak, żeby nie było, ja nie mówię, że to zła książka, ja mówię, że mnie nie zachwyciła. Ale wy przeczytajcie, bo pewnie waszych mózgów nie zniszczył "Cinder" i inne powieści dla nastolatek.

ain't no party like a gatsby party, a tak na serio w powieści
nazywano to dumnie orgią-porgią.
Stay classy book, stay classy.
link
Kończę cytatami:
  • Fizyczne niezaspokojenie może spowodować rozrost aktywności umysłowej
  •  Lepsza mikstura niż awantura.
  • Szczęśliwi ludzie to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji.
  • Wolność jest nieefektywna i przykra. Wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze
  • Uwielbiam nowe ubranka. A stare ubranka są brzydkie. Zawsze wyrzucamy stare ubranka. Lepszy nowy wzór niż łatanie dziur. Dużo łat nędzny świat. (takie trochę motto szafiarek)
Pozdrawiam ze Starego Okropnego Świata,
M.

wtorek, 2 grudnia 2014

To już minęło, ten klimat, ten luz, czyli Książka Numer Dziewiętnaście


Autor: Herbert George Wells
Tytuł: Wehikuł czasu
Rok wydania: 1895
Liczba stron: 110
Tym razem sama książka była podróżą w czasie.
Własność: Mama M. lat 15.
Kto by pomyślał, że moja rodzicielka czytała science-fiction.

Wracam do żywych. Ostatnio moje życie składało się z euforii z powodu nadchodzącego koncertu latynoskiego ciemnookiego boga podstarzałych nastolatek oraz z depresji z powodu końca koncertu latynoskiego ciemnookiego boga podstarzałych nastolatek. Jednak doszłam już do siebie, sprawdziłam, czy przypadkiem nie cisnęłam żadnego z moich staników na scenę i wróciłam do czytania. Tym razem padło na klasykę podróży w czasie. Muszę szczerze przyznać, że lubię ten motyw- "Powrót do Przyszłości", "Żona Podróżnika w czasie,"O północy w Paryżu" nawet "Kate i Leopold" (Hugh Jackman na koniu. Hugh Jackman na koniu!) i wreszcie mój ukochany Doctor Who, świadczą, że naprawdę łasa jestem na przemierzanie czasu i przestrzeni w poszukiwaniu przygód, miłości, prawdy, a przede wszystkim kłopotów. Bo chociaż przyszłość i podróże to rzecz niepewna,  jedna rzecz pozostaje niezmienna: człowiek+podróże w czasie=kłopoty. Chociaż słowo kłopoty w odniesieniu do akcji "Wehikułu czasu" jest lekkim niedopowiedzeniem.
Wizja przyszłości, którą uświadczamy w tej powieści nie roi się
od latających statków, kosmitów i mieczy świetlnych.
Ale i tak jest spoko.
link
Fabuła książki nie jest skomplikowana, co więcej, tak mocno wtarła się w powszechną świadomość, że chyba nawet nie muszę krzyczeć spoilers, spoilers everywhere! przytaczając ją. Otóż mamy głównego bohatera, nazywanego przez narratora jakże elokwentnie Podróżnikiem w Czasie. Ogólnie uprzejmy narrator oszczędza nam zapamiętywania skomplikowanych angielskich imion i nazywa bohaterów ich profesjami, jest więc Lekarz, Psycholog, Dziennikarz itp.  Mi się to nawet podoba- po co komplikować sobie życie?
Tak więc nasz Podróżnik w Czasie, jak możemy się już domyślać, podróżuje w czasie. Jakimś cudownym sposobem buduje wehikuł czasu, który pozwala mu poruszać się w czwartym wymiarze. Tutaj muszę zaznaczyć, iż autor wyjaśniając zasady podróży w przyszłość, zanurzył się tak głęboko w geometrię nieeuklidesową, że zostawił mnie nieco w tyle i musiałam wziąć głębszy oddech, aby dogonić i jego i fabułę. Dodam tylko, że pomimo swojego ograniczenia umysłowego i wykształcenia stricte humanistycznego, trochę w temacie siedzę, więc to nie tak, że byłam totalnie zielona. Na moje (i pewnie nie tylko moje) szczęście fabuła jednak szybko z teorii przechodzi w praktykę i główny bohater rusza w podróż. Jedno mu trzeba przyznać- jak już coś robi, to idzie na całość. Pan Podróżnik nie przenosi się 10, 100, 1000 czy nawet 100000 lat w przyszłość. Gdzie tam, takie podróże są dla mięczaków i ludzi o słabym sercu. Główny bohater przeskakuje sobie, aż do roku 802 701. No bo, kto bogatemu zabroni prawda?
Przysięgam, że jeśli tak ma wyglądać przyszłość,
to nawet się cieszę, że umrę jako stara panna i nie będę miała dzieci.
link
Nie chcę wam jakoś bardzo opisywać co się działo dalej, bo ci, którzy wiedzą to no... wiedzą, a reszcie nie chcę psuć zabawy. Powiem tylko tak- na Ziemi jakimś cudem ostały się istoty chociaż trochę przypominające homo sapiens. Takie tam Humanoidy. Nie pytajcie się mnie jakim cudem. Nie mam pojęcia. W mojej wizji przyszłości Ziemią rządzą karaluchy, chodzące konsole do gier i jednorożce, ale nie ja pisałam tę książkę.
Na początku wszystko zapowiada się pięknie- spotykamy wesołe, słodkie i urocze istotki zwane Elojami, które zajmują się głównie zrywaniem kwiatków, chichotaniem i pałaszowaniem owoców. Ogólnie Podróżnik dochodzi do wniosku, że są oni szczytem ewolucji- tak dobrze się ustawili życiowo, że w sumie nie muszą robić nic więcej. (spoiler: GUZIK PRAWDA).  Później jednak wszystko idzie się chędożyć. A to dlatego, że ktoś podiwanił naszemu Podróżnikowi jego cud maszynę (swoją drogą jak głupim trzeba być, żeby zostawić ją na środku pola bez żadnego nadzoru? Serio, on się aż prosił, żeby mu ją ktoś buchnął). Na tym jednak problemy naszego nieustraszonego pogromcy czasu i przestrzeni się nie kończą- nocą niczym bohater grafik Goyi orientuje się, że gdy rozum śpi budzą się demony. Demony, które mająludzką twarz (a przynajmniej w miarę ludzką). Nazywane Morlokami są chyba kuzynami Golluma, i jak możemy się domyślać nie zajmują się zbieraniem kwiatków i pałaszowaniem owoców. Oj bardzo się tym nie zajmują...  (Innymi słowy pomimo podobnego miejsca zamieszkania i sposobu przemieszczania się z Gumisiami łączy je tyle co yorka z żarłaczem białym).
Dokładnie tak to sobie wyobrażałam, chyba już rozumiecie
potrzebę przeniesienia się pod łóżko.
link
W tym miejscu muszę chyba przyznać, że książka mnie pozytywnie zaskoczyła. Wiedziałam z czym mam do czynienia, kiedy się za nią zabierałam. Wiedziałam jak się zaczyna i jak się kończy. Jednak jakimś cudem złapałam się na tym, że przechodziły mnie ciarki. Mnie, której nie przeraża Edgar Allan Poe, Stephen King czy Lovecraft. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu to delikatne przejście od sielanki w horror, od utopii w dystopię autentycznie sprawiło, że miałam ochotę schować się pod łóżko i udawać że nie istnieję (powstrzymała mnie jedynie ilość kurzu jaką pod nim znalazłam). Wstrzymywałam oddech aż do ostatniego rozdziału i gdyby książka była choć trochę dłuższa to pewnie skończyłabym fioletowa jak Violet z Charlie'go i Fabryki Czekolady, a oompa loompy śpiewałyby pouczającą piosenkę nad moim martwym ciałem.
Nie mam pojęcia, jak ten grat w ogóle był w stanie przetrwać podróż
choćby o jeden dzień w przyszłość,
nie mówiąc już o setkach tysięcy lat,
ale skoro budka policyjna i stary samochód też dają radę,
to chyba nie mam prawa komentować.
link

Ogólnie nie jest to książka, która zwala z nóg. Raczej nie wrzucę jej do setki najlepszych książek mojego życia. Jednak biorąc pod uwagę to, kiedy została napisana i jaki wpływ wywarła na późniejszy rozwój gatunku nie boję się nazwać jej arcydziełem. Są przecież arcydzieła takie jak baletnice Degasa, które uwielbiamy i takie arcydzieła jak Zaślubiny Marii z Józefem Rafaela, które tylko doceniamy. I nie ma w tym nic złego. Przynajmniej według mnie. Ale ja pewnie jak zwykle się mylę.
Nie byłabym sobą, gdybym w tym momencie nie przypomniała,
o tym odcinku TBBT.
Polecam.
Czas cytatów:
  • Licho zrodzone ze ślepego strachu i gniewu z trudnością daje się okiełzna
  • Siła może być tylko dziedzictwem potrzeby; bezpieczeństwo daje w nagrodę niemoc.
  • Trudy i wolność: oto warunki, pośród których człowiek czynny, silny i rozważny ostaje się, a słabszy ginie, i które wynagradzają współdziałanie ludzi zdolnych, wynagradzają opanowanie, stanowczość i cierpliwość. 
  • My, ludzie, ostrzymy się na kamieniu szlifierskim bólu i konieczności
  • We wznoszeniu się cywilizacji widział tylko rosnącą górę głupstw i błędów, która musi kiedyś runąć miażdżąc tych, co ją wznosili.
Żegnam,
zagubiona w czasie (i przestrzeni),
M.

niedziela, 2 listopada 2014

Ice Ice Baby czyli Książka numer siedem.

Autor: Kurt Vonnegut
Tytuł: Kocia Kołyska
Rok wydania: 1963
Liczba stron: 275
Moja kopia. Okładka nie powala, ale udam, że doceniam minimalizm.

Jeśli kiedyś opuści was szczęście i będziecie musieli wyjechać na bezludną wyspę zaopatrzeni tylko w kilka książek to zabierzcie takie, które w jakiś sposób zwiększą wasze szanse na przeżycie. Ale zanim was wygnają, jak Napoleona czy Świętego Jana, przeczytajcie chociaż jedną książkę Vonneguta.

Niestety głównym bohaterem tej książki nie jest kot.
Szczerze mówiąc w całej opowieści kot pojawia się raz.
Post-mortem.
ilustracja stąd.


Nie mam ulubionego pisarza, ale gdybym miała byłby nim właśnie Kurt Vonnegut (albo J.K.Rowling. Na pewno J.K.Rowling). Moje totalne uwielbienie ujawni się pewnie we wpisie na temat innej jego książki, mojej osobistej faworytki, ale przy omawianiu Kociej Kołyski również może mi się zdarzyć moment zatracenia się w uwielbieniu, za co z góry przepraszam.

Tytułowa kocia kołyska to gra, w którą gra się sznurkiem.
Grałam gdy byłam dzieckiem. Nie było nudniejszej zabawy.
link

Jak to zwykle u Vonneguta bywa opis fabuły brzmi dziwacznie- otóż mamy narratora imieniem Jonas(z), który zajmuje się pisaniem biografii jednego z "ojców" bomby atomowej- Felixa Hoenikkera (postać fikcyjna). A że każdy wie, że pisanie jest ciężkie i rzadko kiedy wychodzi tak jakbyśmy tego chcieli, pomysł biografii zaczyna umierać śmiercią naturalną. W tym właśnie momencie zrządzenie losu wysyła biednego Jonasa na karaibską wyspę San Lorenzo (miejsce fikcyjne), gdzie styka się on z religią zwaną bokononizmem (religia fikcyjna), która jest tak bardzo absurdalna, że dziwię się, że wszyscy jej nie wyznajemy. Już będąc na wyspie bohater dowiaduje się o istnieniu substancji zwanej lodem-9, która niczym Elsa z "Frozen" ma magiczną właściwość zamieniania wody w ciało stałe/lód. Innymi słowy wszystko jest tak logiczne i sensowne jak zasady działania USOS-a.

Wiem to ja, wie to Jonas, wiedział to też pewnie Kurt.

Książkę czytałam, siedząc z ogromną gracją na własnym plecaku w przepełnionym korytarzu luksusowego pociągu linii Warszawa-Katowice. Ludzie musieli mnie chyba brać za wariatkę, gdyż raz po raz parskałam śmiechem i kwiczałam z zadowolenia. A to dlatego, że Vonnegut wie jak pisać książki. Dobre książki`
monotematyczni ilustratorzy, cudownie!!
link


Pisząc o Douglasie Addamsie, wspominałam, jak bardzo kocham absurd, czarny humor, sarkazm i groteskę. W "Kociej kołysce" to wszystko jest, tylko w trochę innych proporcjach. Proporcjach, które są tak idealne, że nie boję się ich nazwać Złotym Podziałem literatury.

jak nie dłonie to stopy... fetyszyści

Ulubionym zabiegiem Vonneguta jest zabieranie "przeciętnych" postaci i wrzucania ich w dziwaczny świat szalonych sytuacji ukazujących głupotę wszystkiego i wszystkich. To nie są książki, które są napędzane przez bohaterów i relacje między nimi. Żadnych historii miłosnych, żadnych sentymentów. I mi osobiście bardzo to odpowiada. Vonnegut nie przekazuje nam swoich przemyśleń na temat świata poprzez projektowanie ich na słowa bohaterów, on je przebiera w pstre stroje ironii i groteski i czeka aż sami je zauważymy. Nie robi z nich dania głównego, tylko przyprawę. Chwała ci za to Kurt!

Swoją drogą dlaczego Kocia Kołyska?
Kto wsadza Koty w Kołyski? Jakie Koty w ogóle na to pozwalają
bez wydrapywania oczu pomysłodawcom?
link


Wspominałam już o bokononiźmie, religii, która odgrywa dużą rolę w książce. Myślę, że właśnie na jej przykładzie najłatwiej wyjaśnić jaki świat serwuje nam autor "Kociej Kołyski". Otóż bokononizm:
- jest religią oficjalnie zakazaną na San Lorenzo. Jej wyznawanie karane jest śmiercią. Jednocześnie wszyscy mieszkańcy wyspy (włącznie z jej prezydentem) są gorliwymi wyznawcami bokononizmu.
- w świętej księdze bokononizmu jest wprost napisane, że jest to religia zmyślona, że jest stekiem bzdur. Nikomu to nie przeszkadza.
- święty obrządek bokononistów tak zwane boko-maru polega na stykaniu się z drugą osobą nagimi stopami.
I tak dalej. Absurd na absurdzie absurdem pogania, karuzela śmiechu kręci się dalej.

Najlepsze na koniec.
Drobna rada: czytajmy, zanim zilustrujemy.

Chciałabym napisać coś kąśliwego, pełnego sarkazmu, ale moja wewnętrzna Vonnegutowska fangirl mi na to nie pozwala, zagradzając dostęp do źródła złośliwości maczetą. Dlatego powstrzymam się i zakończę wpis w tym miejscu, tradycyjnie wrzucając na koniec kilka cytatów.
  • Nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca udzielanymi nam przez Boga.
  •  Słysząc słowa panny Pefko, odwróciła się i spojrzała na doktora Breeda z wyrzutem. Widać było, że nie lubi ludzi, którzy za dużo myślą. W tym momencie wydała mi się godnym reprezentantem całej prawie ludzkości. 
  •  I przypomniałem sobie rozdział czternasty Księgi Bokonona, przeczytany w całości poprzedniego wieczora. Rozdział czternasty jest zatytułowany: Jaką nadzieję może żywić myślący człowiek co do przyszłości ludzkości, jeśli weźmie pod uwagę doświadczenia ostatniego miliona lat?
    Na przeczytanie rozdziału czternastego nie trzeba zbyt wiele czasu. Składa się on z jednego tylko słowa i kropki. Oto ono:
    „Żadnej.”
  • Trzymajcie się z dala od człowieka, który pracował w pocie czoła nad rozwiązaniem jakiejś zagadki, rozwiązał ją i stwierdził, że nie jest mądrzejszy niż przedtem – powiada Bokonon. – Przepełnia go bowiem mordercza pogarda do ludzi, którzy są równie głupi jak on, ale nie doszli do swojej głupoty równie ciężką pracą.
  •  Człowiek musi coś mówić, żeby nie wyjść z wprawy. Trzeba mieć sprawnie funkcjonujące narządy głosowe na wypadek, gdyby się miało coś naprawdę ważnego do powiedzenia. 
Goodbye, Vonnegut-bye
M.