Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXI wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXI wiek. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 grudnia 2015

Co im w duszy gra, czyli Książka Sześćdziesiąta Trzecia

Autor: Jennifer Egan
Tytuł: Zanim dopadnie nas czas
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 367

Tym razem wydawnictwo się nie popisało.
Okładka słaba, a w środku więcej literówek
niż w smsie od pijanego gimnazjalisty.
Znacie te książki, które czasami można kupić wraz z kobiecymi czasopismami albo za bezcen kupić w kiosku? Takie typowe czytadła, zazwyczaj na pograniczu literatury kobiecej, które nie są wprawdzie dobre, ale też nigdy do bycia dobrymi nie aspirują? Książki, które czyta się przyjemnie, bez żadnego problemu, które zabijają czas na lotnisku, w pociągu, w poczekalni u lekarza, a potem służą za wyściółkę grubego kartonowego pudła?
Jako, że dzisiejsza książka w dużej mierze traktuje o muzyce,
postanowiłam pokatować was trochę moimi ulubionymi muzykami
(pomijając One Direction)
Tu oczywiście Bóg Dylan
Dzisiejsza książka była daleką kuzynką takich książek. Kuzynką z nieco może wyższej sfery, bogatszą i o ładniejszej aparycji, ale jednak bardzo blisko spokrewnioną. Trudno ją nazwać (przynajmniej mi, bo mnóstwo krytyków się zachwyca) książką dobrą, nie jest wyjątkowa, specjalna, żadna z niej Królowa Balu Dobrych Powieści. Stara się być alternatywna, rockowa, zbuntowana, ale gdy się jej przyjrzeć z bliska jest po prostu zwykłą szarą myszką, która usiłuje się dostosować do swojego hipsterskiego towarzystwa.
Wokalista Arctic Monkeys

Ale zacznijmy od początku. Opis wydawniczy obiecuje mi, niczym chłopak z Tindera, złote góry, niezapomniane przeżycia i dobrą zabawę. I jak ów chłopak z Tindera najzwyczajniej świecie ściemnia. Książka wcale nie jest o Benniem (podstarzałym punku i właścicielu wytwórni płytowej) i Sashy. (jego asystentce)... to znaczy tak, są to bohaterowie tej powieści. Tak samo jak Sansa i Sam są bohaterami "Gry o Tron".  W powieści Eganm jak w serialu HBO mamy do czynienia z nieskończenie długą listą protagonistów. Jest więc nie tylko Bennie i Sasha, ale również Drew, Lulu, Lou, Scotty, Alex, Dolly, Chris i masa innych krótkich amerykańskich imion.Wszyscy przepychają się łokciami, aby wcisnąć czytelnikowi swoją historię, każdy usiłuje wykraść chociaż kilka stron dla siebie. To kotłowanie się o swoje pięć minut sprawia, że w pewnym momencie wszyscy zlewają się w jeden wielki, wielogłowy, wieloręki, rozwrzeszczany byt.
Jeff Buckley
W teorii powieść podzielona jest na 13 rozdziałów, a każdy z nich opowiada zamkniętą historię jednego z bohaterów. Problem w tym, że niczym w "To właśnie miłość" bohaterowie są ze sobą powiązani- tu osoba z rozdziału pierwszego w młodości spała z chłopakiem z rozdziału numer trzynaście i pracowała u bohatera rozdziału drugiego, ale jest też matką narratorki dziewczynki z przedostatniej opowieści. Ja mam bardzo mały rozumek, spamiętanie kto z kim i dlaczego w samorządzie mojego wydziału mnie przerasta, nie każcie mi rozplątywać kolejnego towarzyskiego kilimu. 
Wokalista The Smiths

Ważną częścią powieści, prócz bohaterów jest muzyka. Muzyką zajmuje się w tej powieści prawie każdy. Jednak, o dziwo,  jak na książkę o muzykę, ta powieść jest zaskakująco głucha. Głucha jak cisza, nie jak Beethoven. Czytam nazwy zespołów, których słucham lub kiedyś słuchałam. Czytam o Nirvanie, o Led Zeppelin, o Semisonic i nie słyszę muzyki. O muzyce powinno się pisać tak, że aż dudni w uszach. Tak, że w opuszkach palców czuć jak drżą struny, jak uginają się klawisze, jak drga powietrze. Jeśli się tego nie zrobi zostajemy z suchymi literami napisanymi kursywą. Wiem, że to trudne, wiem, ale przecież nie jest niemożliwe. Na rany Indiany, przecież co druga książka Murakamiego krzyczy jazzem.
Jim <3

Jest jeszcze kwestia czasu. Upływ czasu, jego wpływ na człowieka jest chyba motywem przewodnim powieści Egan. Motywem dużo zgrabniej zarysowanym niż ta nieszczęsna muzyka. Bohaterowie się zmieniają z młodych idealistów w cyników, z buntowników w konserwatystów, z nastolatków w starców.
Przemijanie to stara i ograna we wszystkich niemal pubach śpiewka. Jednak jest w niej coś tak organicznego, że nigdy nie straci na świeżości. Każdy wie, że ludzie się zmieniają. Każdy się zmienia. Ja z dziewczyną, która wstydziła się zamówić kawę w bufecie (jaką byłam pół roku temu) mam już niewiele wspólnego. O noszącej glany z płomieniami i różowy puchowy bezrękawnik jednocześnie ekscentryczce sprzed dekady nie wspominając. Pewnie za pięć lat będę kpiła z piszącej bloga katarynki jaką jestem teraz. Wszystko się zmienia w zastraszającym tempie, ludzie z obcych staja się bliskimi, z bliskich obcymi, i jest to dla mnie tak niepojęte, że mogę o tym czytać i czytać, a i tak nie przestanie mnie to dziwić.
Kobieta dla której zostałam ruda- Tori
Tak więc upływ czasu i próba uchwycenia tego zjawiska, jest jednym z pozytywów tej nierównej książki. Kolejnym plusem jest dość przyjemny, chociaż średnio powalający na kolana i łopatki styl narracji. Narratorzy zmieniają się częściej niż faceci Taylor Swift, a każdy przynosi ze sobą swój własny, charakterystyczny styl. Najciekawiej rozwiązanym pod tym względem (i ogólnie chyba najlepszym w całej powieści) jest rozdział dwunasty. Gdyby cała książka była na poziomie dwunastki, to polecałabym ją z całego serca. Zamiast tego jednak muszę troszkę pokręcić noskiem nad zmarnowanym potencjałem i powzdychać nad zaprzepaszczonymi okazjami. Wolałabym chwalić i rozdawać złote gwiazdki, ale niestety Wigilia dopiero jutro.
oraz oczywiście Krzyś

Swoją drogą ta książka obdziera ze złudzeń szybciej niż źle przyklejona broda świętego Mikołaja. Jeśli nadal wierzycie, że wszystko dobrze się kończy, jednorożce istnieją, a prawdziwa miłość nigdy się nie kończy, to w tył zwrot towarzysze!
A tu macie kto z kim w tej telenoweli powieści

Zakończę jednym/ dwoma cytatami:
  • Nie wiem, czy jest naprawdę sobą, czy przestała się przejmować kim naprawdę jest. Może zresztą właśnie wtedy, kiedy się o tym nie myśli, to jest się sobą?
  • To jeden z tych dni, które bolą jak zęby.
Pozdrawiam,
dopadnięta przez czas,
M.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Bez rozgrzeszenia, czyli Książka Pięćdziesiąta Szósta

Autor: Ian McEwan
Tytuł: Pokuta
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 399
Kolejna książka z Keirą na okładce...
Dzisiaj będzie o mojej byłej wielkiej miłości. Takiej, która zwala z nóg, sprawia, że przestajemy oddychać i usiłujemy sami zaprojektować swoją studniówkową sukienkę. Nie, nie musicie się martwić, to nie jest wpis o żadnym facecie, to nadal jest blog o książkach. Jednak moja dzisiejsza przygoda z Książką Dnia, przypominała trochę próbę powrotu do swojego byłego. Jakieś tam uczucia nadal są, ale nie jest to już to samo co wtedy.
Dzisiaj ilustracje będą z ekranizacji.
Ekranizacji której zawdzięczam nie tylko moją miłość
do McAvoya...
Książki się nie zmieniają. Należy o tym pamiętać. Zapisane rozdziały nie są ruchome jak obrazy w Hogwarcie, nie ożywają jak zabawki w Toy Story. Nie zmieniają szyku pod naszą nieobecność. Książka, którą otwieramy po kilku latach przerwynadal jest tą samą konstelacją słów. To my się zmieniliśmy. Nie możemy mieć więc pretensji do autora, że jego książka nie zachwyciła nas tak samo teraz jak kiedyś. To nie ona nie przetrwała próby czasu, tylko my. 
...Ale również fakt, że na studniówce tysiąc lat temu,
miałam na sobie zielony worek na ziemniaki.
Jak już wspomniałam, była to kiedyś dla mnie książka wyjątkowa. Byłam zakochana w jej wnętrzu (w fabule i przesłaniu) oraz w jej pięknym obliczu- kształcie zdań, krzywiźnie metafor, uroku porównań. I chociaż czar aparycji dalej działa na mnie jak zapach szarlotki, to jednak sama treść straciła nieco ze swojej magicznej mocy. Chyba po prostu za wiele książek już w swoim życiu przeczytałam, aby dać się złowić na tę przynętę.
Oglądając ten film zawsze zastanawiam się, kto jest piękniejszy
James...
"Pokuta" składa się z trzech części. Ma troje głównych bohaterów. Trzy różne punkty widzenia. Trzy odmienne historie przeplatające się ze sobą, wzajemnie połączone i stanowiące jedność niczym Święta Trójca. W pierwszej części trzynastoletnia Briony, dziewczynka obdarzona zbyt dużą fantazją, wyobraźnią i skłonnością do fantazjowania obserwuje dziwną scenę rozgrywającą się pomiędzy dwoma pozostałymi osobami dramatu- jej starszą siostrą Cecilią i synem ich gospodyni Robbie'm. Briony jako niespełniona pisarka dopisuje wszystkiemu zbyt duże i mylne znaczenie. Pozbawiona doświadczenia, rodzące się wzajemne uczucie bierze za jednostronną obsesję. I gdy jej rodzinę dotyka tragedia (mini spoiler: ktoś gwałci jej kuzynkę), wyciąga błędne wnioski i niszczy życie dwojga zupełnie niewinnych osób. 
... czy Keira
Muszę przyznać, że lektura pierwszej części książki przypominała mi dlaczego tak bardzo byłam w tej powieści zakochana. Czułam się jak gdybym ponownie spotkała się ze swoim byłym ukochanym. Odżyły dawne wspomnienia, zwracałam uwagę tylko na zalety, cieszyłam się z powrotu. Jednak szybko nadeszła część druga. Część drug, która traktuje o wojnie. Ostatnio za dużo czytam książek o wojnie, więc trochę spadły mi klapki z oczu. Zrozumiałam, że książka ta nie jest tak nieskazitelna jak uśmiech Anne Hathaway. Ma tendencję do przeintelektualizowań, momentami jest pretensjonalna, sam opis wojny również nie jest jakiś wybitny. Innymi słowy- przypomniałam sobie dlaczego "zerwałam" z tą powieścią. Trzecia część była przyjemna, na pewno przyjemniejsza od drugiej, ale już nie tak uwodzicielska jak pierwsza. Opowiadała o dalszych losach Briony, o tym jak starała się naprawić swój błąd oraz o tym jak ten błąd zmienił ją samą. Ta część utwierdziła mnie w przekonaniu, że chociaż moja miłość do "Pokuty" raczej się wypaliła, to jednak możemy pozostać przyjaciółkami.
Chyba po prostu są równie piękni.
Tyle jeśli chodzi o to, czym jest ta książka dla mnie. Jednak może skoncentrujmy się może przez chwilę na tym, czym ona jest w ogóle. Jest opowieścią o dziewczynce, która podjęła złą decyzję. Która zbytnio zatraciła się w swoich literackich wynaturzeniach i straciła kontakt z rzeczywistością. Która słysząc tętent kopyt zobaczyła dwurożca. Która chcąc pomóc zaszkodziła. Ogólnie gdyby nie ta mała smarkula wszystko by się skończyło zupełnie inaczej. W teorii powinnam jej współczuć, jednak nie umiem. Za bardzo nabruździła w życiu innych, żebym była w stanie obdarzyć ją sympatią. Jedyne czym ją mogę obdarzyć to chłodne spojrzenie i kilka całkiem zgrabnych przekleństw. Lubię za to bardzo jej starszą siostrę. Cecilia, chociaż mniej skomplikowana i nakreślona dużo cięższą ręką, ma w sobie coś, co chwyta mnie za serce. Może chodzi o to, że ona nie ogarnia życia równie mocno jak ja. Może o to, że w jej pokoju jest większy bałagan niż w moim. Może o to, że pali ile wlezie, tłucze wazony i bez zastanowienia wskakuje do fontanny. Takich właśnie ludzi lubię. Wskakujących do fontanny i tłukących wazony. Jest również Robbie, jej ukochany. Robbie'go też lubię, bo pomógł stłuc wazon, a zamiast przeprosin omyłkowo wysłał coś, co można nazwać tylko i wyłącznie listownym sextem. Ludzi którzy zamiast przeprosin przypadkowo piszą o lizaniu cipki lubię jeszcze bardziej od tych, którzy wskakują do fontann. Robbie to mój typ człowieka.
Briony też jest ładna, ale dopiero jak dorośnie i zacznie piec ciastka
do Grand Budapest Hotel.
Jak widać historia miłosna dla odmiany przypadła mi do gustu. Głównie dlatego, że nie była cukierkowa, lukrowana, przesłodzona. Była ciastem marchewkowym, a nie watą cukrową Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, raczej miłość w stylu: "znam cię całe życie, graliśmy razem w piłkę, a teraz nagle mam na ciebie chcicę i nie wiem co z tym zrobić". Cecilia i Robbie są niezręczni, zakłopotani, doznają wstrząsu z powodu zetknięcia się z wysokim napięciem seksualnym. I chociaż to wszystko jest nieco przekombinowane i przemielone przez literacką maszynkę idealizującą, to wcale nie jest ciężkostrawne. Przynajmniej nie dla mnie.
Wojna, wojną, ale Pan Tumnus w lesie zawsze będzie wyglądał godnie.
Podumowując. "Pokuta" jest wielowarstwowa. Nie jest opowieścią płaską i jednostronną. Ma mnogość morałów. Można ją czytać wiele razy, koncentrując się na innym jej aspekcie. Wszystkiego w niej trochę. Trochę wojny. Trochę miłości. Trochę potęgi wyobraźni. Trochę roli twórczości. Trochę małych głupich dziewczynek i trochę patosu. Mi się trochę podobało. Wam może trochę wcale się nie podobać, trudno mi przewidzieć. Póki co jednak poleciłam tę książkę kilku osobom i wszyscy byli na tak. Jednak jak nie chce wam się zarywać sześciu godzin, możecie śmiało obejrzeć film. Jest równie dobry i (jakbyście nie zauważyli) ma w sobie Jamesa McAvoya.
Już nawet nie wiem, co pisać. Ci ludzie są za piękni, wyżera mi mózg. 

Żegnam cytatami:
  • To dość jasne - sytuacja, w której jedna osoba czeka na drugą przypominała arytmetyczną sumę i była tak samo jak ona wyprana z emocji. Czekanie. Jedna osoba po prostu nic nie robi przez cały czas, a druga się do niej zbliża.
  •  Ceną snów na jawie był zawsze moment powrotu - przeciwstawienie się temu, co było przedtem i co teraz wydawało się jeszcze gorsze.
  • Jak dotkliwie poczucie winy rafinowało metody autotortury, nizając paciorki detali na wieczną pętlę różańca, który przez całe życie miała przesuwać między palcami.

Więcej grzechów nie pamiętam,
 M.




sobota, 31 stycznia 2015

Bo troje to już tłok, czyli Książka Trzydziesta Szósta

Autor: Jeffrey Eugenides
Tytuł: Intryga Małżeńska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 491
Moja znajoma po spojrzeniu na okładkę:
"czy to jest o gejach?"
otóż nie, nie jest.
Czasami zdarza nam się czytać książki, które w pewien sposób rezonują z naszym nastrojem. Takie książki często uważamy wtedy za fantastyczne majstersztyki nawet, kiedy tak naprawdę trudno je włączyć w kanon literatury pięknej. No ale moi drodzy, w końcu piękno leży w oku patrzącego, więc wcale nie będę się źle czuła pisząc, że dzisiejsza książka dnia mi się podobała, chociaż obiektywnie rzecz biorąc podobać mi się nie powinna.
Jak komuś się nie chce czytać wpisu,
to tu jest piękne streszczenie fabuły.
link
Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie wiem co ta książka robi na Liście. Okej, jej autor jest dość poważany, pisze ładnie i dumnie, ale żeby aż dwie z jego powieści wsadzić do Biblii? Bez przesadyzmu proszę. Jednak niezbadane są wyroki autorów, więc morda w kubeł. Zresztą, to nie jest tak, że książka, którą będę wam za chwilę zachwalać jest monstrualnym wytworem grafomańskiej obsesji o właściwościach usypiających. Nie jest zbiorem pomyłek, po prostu ma jedną zasadniczą wadę, która może was do niej zrazić- jest niesamowicie pretensjonalna. Pretensjonalna w ten sposób w jaki pretensjonalni są młodzi studenci przesiadujący w BUWie otoczeni murem warownym z grubych woluminów, chroniącym ich zbyt drogie fryzury, telefony i okulary. Innymi słowy- ta książka chce uchodzić za mądrzejszą niż jest. W tym celu zarzuca nas nazwiskami i nazwami superturbo wybitnych ludzi i rzeczy licząc, że ta zasłona dymna sprawi, że nie zauważymy, czym ta książka naprawdę jest. A jest zwykłym czytadłem o trójce w miarę inteligentnych ludzi, którzy nie mają pojęcia, gdzie zmierza ich życie. Więc jeżeli jak ja, jesteście osobą mniej lub bardziej inteligentną, która nie ma pojęcia, gdzie zmierza jej życie, to pewnie wam się ta książka spodoba (jak już wspominałam rezonanse, magnetyczne przyciąganie i te sprawy).
Trójca Święta tej powieści.
link
Główną bohaterką książki jest Madeline, absolwentka studiów w zakresie literatury angielskiej. Fanka Jane Austin i powieści wiktoriańskich. Bohaterka z wszech miar sympatyczna. W Madeline zakochują się dwaj młodzi mężczyźni- Mitchell, student religioznawstwa z burzą loków i twarzą niczym młody Tom Waits oraz Leonard, który niczym prawdziwy piękny umysł studiuje biologię i filozofię. Mitchell pochodzi z normalnej rodziny i świata prócz Madeline nie widzi. Leonard pochodzi z popapranej rodziny i cierpi na zaburzenia dwubiegunowe (uznałam czytanie o jego objawach za wystarczające przygotowywanie się do zbliżającego się egzaminu z psychopatologii). Jak pewnie się domyślacie Madeline nie wybiera wiernego jak pies Mitchella, zamiast tego sadzając go na karną matę friendzone'u. Wbrew samej sobie zakochuje się w buntowniku z wyboru, barczystym Leonardzie o spojrzeniu bardziej podchmurnym niż to, którym obdarzono Wiktora Kruma. Ich miłość jest trudna, pełna wzlotów upadków, rzucania a)siebie siebie nawzajem, b)leków c)słów na wiatr. Ciśnięty w kąt Mitchell wyjeżdża w Indoeuropejską podróż ciągle jednak czekając, aż nadejdzie jego moment- ten w którym zmiecie Madeline z ziemi, a samym swoim uśmiechem doprowadzając ją do stanu istnej ekstazy, uwielbienia i wyznań miłosnych przy akompaniamencie melodii Alana Menkena.
Jak widać trójkąt wzajemnych relacji nie uszedł uwadze
czujnych ilustratorów
link
I w sumie o tym właśnie jest ta książka. Możecie w spokoju siedzieć pod kocem z kubełkiem lodów i wałkami na włosach, nie czując się przygnieceni WAGĄ powieści. Możecie być Team Mitchell albo Team Leonard Możecie być Team Leochell hasztagując, shipując i rysując fanarty. A prócz tego chyba nie macie zbytniego pola do popisu. W tej książce wszystko się kręci wokół tych lekko niezdrowych relacji jakie nawiązały się między głównymi bohaterami, więc jeżeli nie bawi was kto z kim i dlaczego to chyba nie będziecie tak zachwyceni jak byłam ja.
Tutaj to oni wyglądają jak ze "Zmierzchu" na serio.
Ilustracja: Isabel Korman
Chociaż nie, to nie jest prawda, pisząc takie słowa krzywdzę tę książkę. Bo tak naprawdę ta powieść traktuje również, o tym jak trudno jest znaleźć swoje miejsce w życiu. Bohaterowie są niemalże moimi rówieśnikami mają 22-23 lata, napisali licencjaty i zostają wypuszczeni w szeroki świat, z którym sobie totalnie nie radzą. I chyba właśnie dlatego ta książka mi się podobała, bo jestem w tym momencie mojego życia, w którym dość sztampowa postać Madeline, dziewczyny zakochanej w książkach i niewłaściwym facecie jest mi bliska. Jej problemy są moimi problemami. Jej rozterki moimi rozterkami. To emocjonalne przywiązanie do postaci przysłoniło mi większość braków tej książki pozwalając się cieszyć z tej rzadkiej okazji, kiedy nie miałam poczucia, że kompletnie nie rozumiem głównych bohaterów. Wizja bezrobocia, poczucie, że marnuje się swoje i tak niespecjalnie wybitne zdolności, strach przed wielkim światem odpowiedzialnych dorosłych odbijają się czkawką nie tylko mi, ale i bohaterom jej powieści. Jesteśmy na tym samym wózku, który jak wagonik w banku czarodziejów jedzie za szybko, nie zwalniana zakrętach i przyprawia nas o mdłości.



Jak już pewnie zauważyliście trzy jest tu liczbą kluczową.
Obiecałam sobie jednak, że nie będę nigdy nikogo tu oszukiwać. Z tego właśnie powodu nie mogę polecić tej książki z czystym (mniej lub bardziej) sumieniem. Gdyby ta książka była tylko i wyłącznie o tej trójce nieudaczników spoko, polecam, bawcie się dobrze. Jednak ta książka kłamie. Udaje coś czym nie jest. Między wyznania miłosne wciska pseudotraktaty o semiotyce, religii, semiotyce religii i religii semiotyki. I chociaż czasami dobrze mi się czytało grube akapity na temat Derridy, tudzież Matki Teresy, to jednak miałam bolesną świadomość, że te fragmenty są wpisane w historię tylko po to, żeby podnieść jej intelektualną wartość. Oczywiście osiągnęło to podobny efekt jak zakładanie zerówek i sweterka w romby, zamiast wyglądać mądrze wyglądamy sztucznie. Nie będę owijać w jedwab i bawełnę- ta książka trąci fałszem.
Seth Cohen o trójkątach miłosnych.
(Wybaczcie, musiałam)
Jak widać moja opinia na temat tej powieści jest dość nierówna- z jednej strony mi się podoba, ma klasę i wdzięk, z drugiej strony jest jednak pozbawiona głębszego przekazu, jest pusta w środku. Taka z niej malowana wydmuszka. Ja jako osoba płytka estetka, lubię ładne rzeczy. Jednak przypuszczam, że wy od książek oczekujecie czegoś więcej. Mam nadzieję, że kolejna książka z Listy autorstwa Eugenidesa (książka na podstawie, której powstał jeden z moich ulubionych filmów) będzie równie ładna, ale nieco... pełniejsza.
Chyba najsłodsza okładka tej książki z jaką
się spotkałam.
link

Kończę ładnymi dla oka cytatami:
  • Mogłaby zostać starą panną, jak Emili Dickinson i pisać wiersze pełne myślników i błyskotliwości nigdy nie przybierając na wadze.
  • Chcieli żeby książka, ta z trudem wywalczona transcendentna rzecz, była tekstem przypadkowym, nieokreślonym i otwartym na sugestie. Chcieli by główną rolę odgrywał czytelnik. Bo sami byli czytelnikami.
  • I wzniósł się brontozaurowo do swego miejsca między czubkami drzew.
  • Są książki, które przebijają się przez zgiełk świata, chwytają cię za kołnierz i opowiadają tylko o rzeczach najprawdziwszych.

Pozdrawiam,
Małżeńsko zaintrygowana,
M.

niedziela, 18 stycznia 2015

3,141592 czyli Książka Trzydziesta Trzecia

Autor: Yann Martel
Tytuł: Życie Pi
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 399
Ta okładka będzie mnie nawiedzać w koszmarach
do końca życia.

Nie lubię książek o rozbitkach, bezludnych wyspach i dryfowaniu po oceanie. Jeżeli nie nazywasz się Tom Hanks i nie przedzierasz się przez błękitną toń z piłką do siatkówki o imieniu Wilson to nie jestem zainteresowana twoją historią. Dlatego dzisiejszą Książkę Dnia omijałam szerokim łukiem. Za każdym razem, gdy zabierałam moją współlokatorkę P. na buszowanie po księgarniach, "Życie Pi" prześladowało mnie swoją tygrysią okładką. Za każdym jednak razem oświadczałam, że prędzej kupię biografię Kim Kardashian niż tę powieść. Skończyło się na tym, że P. nie wytrzymała psychicznie i podarowała mi ją jako podarunek z okazji "Zamknij się i zacznij czytać". No więc zaczęłam.
W ilustracjach nie będzie wielkiej różnorodności tematycznej.
Większość będzie przedstawiała tygrysa, chłopca i łódkę.
W tej kolejności.
Link
Muszę przyznać, że początek czyta się zgrabnie. Przez początek mam na myśli te rozdziały, które nie dotyczą Bycia Rozbitkiem. Okej, łówny bohater gada dużo o wszystkich religiach jakie wyznaje (hinduizm, islam i chrześcijaństwo JEDNOCZEŚNIE! w końcu posiadanie jednej religii jest dla frajerów, prawda?), ale mówi też dość dużo o zwierzętach. A to dlatego, że jego rodzice posiadają ZOO. Właśnie te fragmenty dotyczące dobrodziejstwa inwentarzu podobały mi się najbardziej.  Lubię zwierzęta, mam nawet darmową przepustkę do naszego lokalnego zoo, gdzie od czasu do czasu badam kapucynki, koczkodany i szympansy. Z tego powodu rozdzialiki opowiadające o nosorożcach, kozach i słoniach rozbudziły moje nadzieje. Może ta książka wcale nie będzie taka zła, myślałam, zacierając ręce. Potem jednak nastąpiła KATASTROFA (dosłownie i w przenośni). Jak pewnie wiecie rodzice głównego bohatera postanawiają przeprowadzić się do Kanady, zwierzęta sprzedają do USA i jak NeoNoe zabierają to wszystko na statek. Statek, który niestety nie jest niezatapialną arką, a reinkarnacją Titanica. Innymi słowy wszystko i wszyscy idą na dno szybciej niż kariera Lady Gagi. Katastrofy cudem unika Pi oraz jego nowa wesoła kompania przypominająca połączenie bohaterów "Króla Lwa" i "Księgi Dżungli". Mamy więc orangutana, zebrę, tygrysa i hienę. A za kilka stron orangutana, tygrysa i hienę. W następnym rozdziale jedynie tygrysa i hienę. W połowie książki zostaje już tylko sam tygrys o wdzięcznym imieniu Richard Parker.
W wieku trzynastu lat moim największym
marzeniem było posiadanie tygrysa albinosa.
Teraz wystarczy mi pies.
(z wiekiem zmniejszają się oczekiwania)
link
W tym właśnie momencie książka staję się, przynajmniej dla mnie, śmiertelnie nudna. Bądźmy szczerzy ileż można czytać, o tym że ktoś jest głodny (ja to na przykład jestem zawsze). Albo, że dopada go choroba morska? Albo, że brakuje mu wody. Przysięgam, że gdyby wyciąć z tej powieści wszystkie zdania ze słowem woda, to ze stu rozdziałów zostałyby ze cztery. Może pięć. Więc jeśli będziecie czytać tę książkę przygotujcie się na powtarzane do znudzenia opisy pałaszowania ryb i żółwi. Picia deszczówki. Unikania tygrysa. Krótko mówiąc ziew, ziew, ziew i nuda. Przydałaby się jakaś katastrofa, aby ożywić tę fabułę. Ach nie, zapomniałam, ta już miała miejsce.
Jakoś nikomu nie przyszło do głowy
zilustrowanie wymiotów, o których czytałam
w co drugim rozdziale.
Ciekawe dlaczego.
ilustracja Polki
Wiem, jestem rudą marudą, jak zwykle zresztą, ale naprawdę tego dryfowania po wodzie jest o sto stron za dużo. W czytaniu nie pomaga też fakt, że w książce nie ma zbytnio dialogów. Ja wiem, biedaczysko Pi nie ma zbytnio z kim gadać, w końcu wszyscy inni pasażerowie statku śpią już z rybkami, ale przecież jest majestatyczny tygrys! Tom Hanks gadał z piłką, wydaje mi się, że tygrys jest równie sprawny w uskutecznianiu konwersacji co gumowy balon powleczony skórą. Krzyś z Kubusia Puchatka przecież nie miał oporów gadać do pasiastego kocura. Dżasmina z Aladyna też nie. Ale gdzie tam, nasz dzielny rozbitek jest ponad to. W dodatku pod koniec tej swojej iście Odysejskiej tułaczki doświadcza on tak zupełnie odrealnionych historii, że aż zasłaniałam oczy dłonią w geście zażenowania, jednocześnie czując chorą satysfakcję, że wreszcie zaczął bredzić!
A tu ktoś nie doczytał i myślał, że
ziomeczek płynął przez Morze Czerwone
link
Co do strony formalnej to niespecjalnie jest o czym pisać. Poprawna narracja, zgrabne zdania, ale nic co by wprawiło nas w ekstazę świętej Teresy. Da się czytać. Chociaż mi osobiście brakowało chociaż niewielkich fragmentów poczucia humoru. To chyba mój największy problem dotyczący tej powieści. Ona jest jak Kokoum- taka poważna! Mówi o wzniosłych rzeczach, o Bogu, o przetrwaniu, o prawdzie. Żadnych śmichów chichów, żarcików przy koszu, nic. Bardzo widać, że pan Autor chce nauczać, jednak chyba nikt mu nie powiedział, że najlepiej naucza się przez zabawę.
Nie dajcie się oszukać ilustracjom
To NAPRAWDĘ nie jest książka dla dzieci.
link
Na koniec jednak muszę chyba powiedzieć coś dość ważnego i nie wiem jak to zrobić... Nie chcę wam spoilerować, naprawdę nie chcę, a jednocześnie uważam, że powinnam. Bo "Życie Pi" jest przykładem takiej powieści, która przez 98 rozdziałów opowiada jedną historię, tylko po to, żeby zupełnie ją zniszczyć/zmienić/przekręcić w ostatnich dwóch rozdziałach. Tak, tuż przed zakończeniem mamy plot twist tysiąclecia. Nie powiem wam jaki, wiem, że to byłoby podłe z mojej strony. Jednak przygotujcie się. Każda opowieść ma dwie wersję. I zazwyczaj podoba nam się ta pierwsza. Choćby dlatego, że ma w sobie tygrysa.
Nie jest to też niestety powieść o romansie człowiek-tygrys

Czas na dość pretensjonalne cytaty:
  • My, ludzie pracujący w tym fachu, mawiamy, że najniebezpieczniejszym zwierzęciem w zoo jest człowiek
  •  Powodem, dla którego śmierć tak mocno trzyma się życia, nie jest biologiczna konieczność, lecz zawiść. Życie jest tak piękne, że śmierć się w nim zakochała zazdrosną, zaborczą miłością, która zagarnia wszystko, co się da. 
  •  Wybierać zwątpienie jako filozofię życia to tak, jak wybierać bezruch jako sposób przemieszczania się w przestrzeni. 
  •  Im niżej upadniesz, tym wyżej pragnie się wzbić twoja świadomość. 
Pozdrawiam,
M. (μ)

środa, 14 stycznia 2015

Genesis Inaczej, czyli Książka Numer Trzydzieści Dwa

Autor: José Saramago
Tytuł: Kain
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 168

Nie podoba mi się ta okładka.
Dzisiaj będą herezje. Mocne herezje. A to za sprawą książki pod tytułem Kain, której autorem jest portugalski noblista o wdzięcznym nazwisku Saramago. Nie jest to jego najbardziej znana książka. Nie jest to jego najstarsza książka. Jest to jego ostatnia książka. Oczywiście kupując ją nie miałam o tym pojęcia. Na Liście są cztery pozycje, kupiłam pierwszą z brzegu. Okazało się, że mam do czynienia z czymś co chyba mogę nazwać fanficiem. Albo nawet antyfanficiem, bo z tonu książki wnioskuję, że Saramago wielkim fanem Biblii nie jest.
Od razu mówię, że dzisiaj cierpiałam
na niedobór ilustracji, więc...
sami zobaczycie.

Jak się pewnie domyślacie po tytule głównym bohaterem powieści jest Kain. Tak TEN Kain, który ukatrupił swojego brata z zazdrości. Rozsądnie byłoby więc mniemać, że Kain jest antagonistą powieści. Tym razem jednak rozsądek należy wyrzucić za okno, gdyż autor postawił wszystko na głowie i Kain pomimo tej jednej małej bratobójczej wpadki jest wzorem cnót, a czarnym charakterem powieści jest nie kto inny, a nasz ukochany Bóg Ojciec. (Ha! Ale plot twist nie sądzicie?). Ogólnie rzecz biorąc opowiadanie historii z perspektywy "tego złego" jest całkiem zgrabnym i ostatnio dość popularnym zabiegiem- mieliśmy Meleficient z Angeliną, mieliśmy mój cudowny, ukochany musical Wicked, a teraz mamy Kaina. I muszę przyznać, że Kain totalnie daje radę.
Na poczatek- Ładny portret pisarza.
Autor: Kyle T. Webster
Zacznijmy może od grząskiego tematu Starego Testamentu, na którego kanwie Saramago tka swoją narrację. Otóż, aby w pełni cieszyć się dzisiejszą Książką Dnia należy albo a)być ateistą b)odłożyć na bok religijne sentymenty i przyjąć, że Pismo Święte, szczególnie Stary Testament jest takim trochę mitologicznym zbiorem legend (bądźmy szczerzy, historia z jabłkiem RACZEJ się nie wydarzyła). Kiedy więc wyłączymy mentalność wodzireja marszu oburzonych i zrozumiemy, że czasami Stary Testament nie jest Objawieniem, a fikcją literacką, możemy zacząć czytać Kaina.
A tu wychodzi ze mnie studentka historii sztuki
(tak studiuję nie tylko psychologię)
Tintoretto i jego wersja Kaina i Abla.
Wszystko zaczyna się "po Bożemu" Adam i Ewa zostają wygnani z raju, Kain zabija brata, Bóg skazuje go na wieczną tułaczkę naznaczając go jednocześnie piętnem na czole, aby nikt go przypadkiem nie kropnął. I tutaj fantazja autora (która dawała o sobie znać we wcześniejszych rozdziałach) rozwija skrzydła. Otóż prócz tego koszmarnego paskudztwa na ryjku Kain dostaje (chociaż ponoć nie od Boga) jeszcze jeden prezent- otóż nagle zaczyna Podróżować w Czasie! Tak właśnie tak! Oczywiście jednak kompletnie nie ogarnia tego jak nad tym zapanować, więc po prostu raz na jakiś czas niczym Billy Pilgrim "wypada z czasu". Dzięki temu może sobie odwiedzić takie ważne persony jak Mojżesz, Abraham, Hiob czy Noe oraz być świadkiem zniszczenia Sodomy i Gomory, czy też Budowy Wieży Babel. Innymi słowy tuła się biedak przez pierwszą połowę Starego Testamentu patrząc jak to Bóg znęca się nad ludźmi skazując ich na wszelkie możliwe klęski. Nie żartowałam, kiedy pisałam, że Bóg w tej książce nie jest Miłością.
A tu jeden z moich ulubionych malujących ziomeczków- Tycjan.

Ja jednak (pomimo dość dobrej znajomości Biblii i stricte katolickiego wychowania) chyba jestem bardzo tolerancyjna, gdyż nie czułam się oburzona, zgorszona, czy zniesmaczona. W moim nastroju dominowało raczej rozbawienie. Cała historia jest bowiem opowiedziana z dość dużym przekąsem, dystansem i poczuciem humoru. Rzadko kiedy ktoś podchodzi do świętości w ten sposób. Autor balansuje na granicy dobrego smaku, ani razu jej nie przekraczając. Nie da się nie uśmiechnąć, gdy Kain poucza "Boga", że nie, arka nie uniesie się na wodzie, gdyż po zabraniu na jej pokład całego panteonu zwierząt będzie ważyć tony i halo, halo istnieje coś takiego jak grawitacja, istnieje coś takiego jak prawo Archimedesa, halo, halo to wszystko przecież momentalnie pójdzie na dno. Ogólnie autor doskonale potrafi wyszukać w Piśmie Świętym, które jest bądź co bądź dość wiekowe, pewnych hm... naukowych anachronizmów? Na przykład Bóg nie może zatrzymać słońca w opowieści o Jozuem, bo akszyli Słońce mniej lub bardziej jest już zatrzymane i to Ziemia się wokół niego kręci (dzięki Miki, za to odkrycie). Gdy autor wplata takie wątki do swojej powieści, naprawdę trudno nazywać go heretykiem i palić powieść na stosie.
A tak malował pan Chagall

Co do samej narracji, ostrzegam- na początku będzie ciężko. Saramago interpunkcję traktuje dość swobodnie, chyba nie za bardzo lubi stawiać kropki, przecinki, cudzysłowy i inne znaki przestankowe. Nie widzi mu się też zaznaczanie imion i miejsc wielkimi literami, od czasu do czasu jasne, ale żeby robić z tego zasadę? Nie ma mowy. Dlatego też, troszkę zajmie nam wyłapanie rytmu, wychwycenie, czy coś jest dialogiem i, jeżeli jest, kto w nim uczestniczy. Jednak, gdy już się przyzwyczaimy narracja płynie jak łzy zwyciężczyni Miss Polonia. Autentycznie widać, że autor wie jak pisać, zdania pomimo swojej rozciągłości są piękne i nie zgrzytają niczym piasek w zębach. Dużo jest też wulgaryzmów, dosadnego języka i współczesnych zwrotów, stosowanych oczywiście, z premedytacją. A taki rodzaj narracji to to, co jednoliterowa autorka tego wpisu lubi najbardziej.
Jest też mistrz Blake i... ja nawet nie próbuję tego tłumaczyć.

Kain ma też jeszcze jeden plus, który jak przypuszczam jest plusem tylko dla mnie jednak to mój blog, mój wpis, moje zasady, więc nie omieszkam o tym wspomnieć. Otóż wreszcie, wreszcie, po kilku miesiącach zabawy z Listą trafiłam na książkę w której pojawia się, uwaga... JEDNOROŻEC!!! Tak! Okej są o nim tylko ze dwa zdania, ale są! Oficjalnie jest to powieść z jednorożcem w tle! Czego można chcieć więcej? No właśnie- nic więcej do szczęścia nie trzeba.
Jednorożec w książce= arcydzieło literatury. True story.
Dzisiaj cytatów będzie mniej, gdyż pora późna i sił już brak:
  • Mylisz się, nigdy nie jest przeciwieństwem późno, przeciwieństwem późno jest za późno.
  • Ziemia jest ta sana, tak, ale teraźniejszości się zmieniają, jedne są teraźniejszościami przeszłymi, inne teraźniejszościami przyszłymi, to proste, każdy to zrozumie.
  • Historia ludzi to historia ich niezrozumienia z bogiem, ani on nas nie rozumie, ani my jego nie rozumiemy.
Amen,
m.

czwartek, 13 listopada 2014

Tak jak malował Pan Chagall, czyli Książka numer Dwanaście.

Autor: Jonathan Safran Foer
Tytuł: Wszystko jest iluminacją
Rok wydania: 2002
Liczba stron: 437
Wolałabym mieć tę książkę w wersji angielskiej.
Nie tylko dlatego, że ma lepszą okładkę.

Piszę mocno przytłoczona rzeczywistością i nawałem obowiązków, jaki na mnie nagle spadł, uszkadzając mi większość kończyn i śledzionę. Osobiście uważam, że czas powinien się zatrzymywać dopóki nie skończę czytać książki, ale niestety prawa fizyki mają inne zdanie, phew.
Zagubiony Amerykanin na Ukrainie.
To o tym powinien śpiewać Sting.
link
"Wszystko jest iluminacją", czyli nasza książka dnia nie jest książką wybitną w ten wyniosły sposób, w jaki wybitne są książki powszechnie uznawane za przełomowe i ambitne. Otwierając ją nie mamy w uszach Dziewiątej Symfonii Beethovena, a anielski chór jakoś nie śpieszy się aby zstąpić z nieba.. Nie znaczy to, że nie jest to książka wybitna. Wybitności nie można jej odmówić. Jest wybitna w ten sam sposób w jaki wybitny jest Odlot Disneya, zdjęcie przedstawiające bezzębną parę staruszków albo sukienka z secondhandu. Czyli, jeżeli jesteście tak sentymentalni jak ja- będziecie płakać.
Bromance jakich mało. Ale niestety nie OTP.
link
Powieść składa się z trzech przeplatających się ze sobą części- pierwszą stanowią listy pisane przez Aleksa, młodego Ukraińca do Jonathana Safrana Foera, drugą część stanowi utrzymana w takim samym stylu (o którym wspomnę później) opowieść tegoż Aleksa streszczająca pobyt Jonathana Safrana Foera na Ukrainie (lub jak kazałaby mi powiedzieć moja profesor od Psychologii Środowiskowej, w Ukrainie), trzecią część stanowi powieść jaką Jonathan Safran Foer pisze o swoich przodkach. Powieść, którą wysyła Aleksowi. Tutaj narracja jest już całkowicie zwyczajna i powszechnie uważana za normalną. Co w takim razie jest "nienormalnego" w pozostałych dwóch?
Otóż narrator. Nie mówię, że narrator jest nienormalny, wśród plejady gwiazd narracji ostatnich Książek Dnia Aleks świeci jasnym światłem klarowności psychicznej. Ma tylko drobny problem z doborem słów. A to głównie dlatego, że Aleks jest Ukraińcem, piszącym w języku, który najprawdopodobniej miał być angielskim. Miał być, bowiem Aleks tak zna się na języku langłidż, jak ja znam się na równaniach kwadratowych- coś tam było gdzieś kiedyś mi do łba tłuczone, ale szybko się skurczyło, aby ustąpić miejsca rzeczom tak ważnym jak imiona wszystkich Kardashianów (Kris, Rob, Khloe, Kourtney, Kim). Dzięki temu Aleks konstruuje takie zdania, takie niezamierzone perełki, że aż chce się z nich robić nadruki na koszulki. Użycie narratora z defektem jest obusiecznym mieczem. Owszem wyróżnia tę książkę z miliona innych, dostarcza masę rozrywki, ale czasami powoduje u czytelnika morze frustracji, która wylewała się ze mnie w postaci trzech słów: PISZŻE PO LUDZKU! Czytanie tej książki jest trochę jak słuchanie wypowiedzi Czesława Mozila, miło przez dwadzieścia minut, ale czterogodzinny monolog doprowadza na skraj szaleństwa. Dlatego jako przyszły psycholog zalecam odpowiednie dawkowanie sobie wypowiedzi Saszy.
Zapomniałam wspomnieć, że jest to trochę książka drogi.
Więc wspominam- jest to trochę książka drogi.
link
Sama fabuła jest dość prosta- Jonathan Safran Foer, Amerykanin żydowskiego pochodzenia przylatuje na Ukrainę, aby odnaleźć Augustynę, kobietę, która rzekomo uratowała jego dziadka w czasie wojny. (Swoją drogą ja zawsze mam problem z książkami, w których występuje fikcyjna wersja autora. Sztuka imitująca życie imitujące sztukę, to dla mnie za wysoki poziom abstrakcji. No chyba, że chodzi o Chmielewską. Ale Chmielewska jest królową świata). W poszukiwaniach pomagają mu: Aleks- tłumacz ledwie mówiący po angielsku (czyli nasz wyżej wspomniany narrator), Dziadek Aleksa, Aleks- "niewidomy" szofer oraz moja ulubienica- suczka imieniem Sammy Davies Junior Junior, która jest kompletnie popaprana. Jednocześnie przez fabułę przeplata się powieść pisana przez Jonathana Safrana Foera o jego przodkach zamieszkujących żydowski sztetl zwany Trachimbrodem. Jak się można domyślać biedny Amerykanin kompletnie nie jest przystosowany do wizyty na Ukrainie- boi się psów, nie jada mięsa, jest przyzwyczajony do wygód i problemów pierwszego świata (mentalność typu: ale jak to ktoś chce mnie okraść?). To zderzenie dwóch kultur Amerykańsko-Żydowskiej i Ukraińsko-Rosyjskiej jest równie absurdalne jak "Kocia Kołyska" i "Autostopem przez galaktykę". Czyli jak się już domyślacie byłam cała w skowronkach i podkreślałam co trzecie zdanie.
Tak w ogóle to zapomniałam wspomnieć, że z książki
dowiedziałam się, że nic tak kobiet nie podnieca
jak niesprawna, niedorozwinięta, prawa ręka u mężczyzny.
Okej.
link

Jednak pomimo komediowych wątków, nie jest to książka lekka, omijająca trudne tematy. Nie. To przecież książka, która cała skąpana jest w cieniu Holokaustu, nie da się więc w niej uciec od tematu poczucia winy, traumy kulturowej, historii. Autor jednak stawia im czoło w dość popularny ostatnio sposób mierzenia się z paraliżującymi nas sprawami, z ranami które chociaż bardzo chcą, nie mogą się zabliźnić. Jego sposobem na konfrontacje z tym co go boli jest brak dosłowności, przy jednoczesnym zachowaniu dosłowności, jest naszpikowanie humorem przy jednoczesnym krytykowaniu go, jest wybaczanie przy jednoczesnym przypominaniu o winie. Taka polityka środka, balansowanie na dwóch przekreślających się wzajemnie liniach argumentacji. I może paradoksalnie jest to sposób najlepszy. Nie wiem, nie mi oceniać, ja tu tylko czytam książki.
Jest też wersja filmowa. Jonathana gra
 Frodo "Wiecznie-w-podróży" Baggins... to znaczy
Elijah Wood .

Zrobiło się smutno, więc wrzucę kilka cudownie pięknych cytatów poligloty Aleksa i innych perełek z książki:
  • Brod odkryła sześćset trzynaście rodzajów smutku, a każdy był jedyną w swoim rodzaju, odrębną emocją, nie bardziej podobną do któregokolwiek spośród pozostałych smutków niż do gniewu, ekstazy, poczucia winy, czy bezsilności.  Był zatem Smutek Lustrzany. Smutek Udomowionych Ptaków. (...) Smutek Humoru. Smutek Miłości Bez Ujścia.
  • Zaobserwowałem, że gieroju zstępują z twarzy małe rzeczułki i chciałem położyć mu rękę na twarz, żeby mu być architekturą. 
  • To tylko Sammy Davies Junior, Junior. Zawsze dostaje strasznej pierdliwości w aucie, bo ono nie ma amortyzatory ani zastrzały, ale jeżeli otworzymy okno ona wyskoczy, a jest nam potrzebna jako Suka Przewodnia, dla naszego ślepego szofera, który jest zarazem mój Dziadek. Czego jeszcze nie wyrozumiasz?
  • Sztuka powstaje jako efekt udanej próby stworzenia dzieła sztuki.
  • (To ty masz duchy?)|
    (No jasne, że mam duchy)
    (A jakie są twoje duchy?)
    (Są po wewnętrznej stronie moich powiek)
    (To tam, gdzie i moje zamieszkują)
    (To ty masz duchy?)|
    (No jasne, że mam duchy)
    (Przecież z ciebie jeszcze dziecko)
    (Żadne dziecko)
    (Ale przecież nie zaznałeś miłości)
    (To właśnie są moje duchy, przestrzenie pośród miłości)\
Tytuł wpisu jest tytułem piosenki, która idealnie pasuje do książki. Google it.

Niewinnie,
M.