Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata 40'. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lata 40'. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wino, kobieta i most, czyli Książka Numer Pięćdziesiąt Trzy

Autor: Ernest Hemingway
Tytuł: Komu bije dzwon
Rok wydania: 1940
Liczba stron: 576
Bardzom rada, że nie musiałam tej książki kupować.

Moja rodzicielka-żywicielka i ja zgadzamy się w wielu kwestiach. Obie uważamy, że Aidan Turner jest piękny, Sherlock BBC jest darem niebios, a ćwiczenia Ewy Chodakowskiej to kara za preferowanie frytek od strąków fasoli. Niestety jednak w kwestiach stricte literackich mamy równie odmienne poglądy co papież Franciszek i Jerzy Urban. Dlatego, gdy poinformowała mnie, że Dzisiejsza Książka Dnia należy do jej ulubionych i czytała ją trzy razy wiedziałam, że nie czeka mnie nic dobrego. Miałam rację. 
W dzisiejszych ilustracjach do wpisu szukam odpowiedzi na nurtujące mnie
i najwyraźniej również Ernesta pytanie: Komu bije dzwon?
"Komu bije dzwon" stawiana jest przez wielu na piedestale. Często określa się ją mianem "najlepszej powieści Hemingwaya". Szczerze? Kompletnie nie pojmuję, o co tyle szumu, hałasu i wrzawy. To wcale nie jest dobra książka. Ośmielę się nawet uznać, że musi się z całej siły starać, aby nie spaść w przepaść książek tak przeciętnych, że aż miernych. Jeśli coś ją wyróżnia to raczej jej mankamenty, a nie zalety.
Jeśli dzwonem dzwoni Quasimodo, to pewnie bije Esmeraldzie.

Zacznijmy od początku. Po pierwsze jest to książka o wojnie. O zwykłej, domowej, hiszpańskiej, komunistyczno-faszystowskiej. Logiczne może się więc wydawać, że skoro cała akcja dzieje się w kraju pięknych Południowców, to głównym bohaterem książki powinien być jakiś Pedro albo inny Juan, czyż nie? Otóż właśnie nie, głównym bohaterem (i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo oczywiście heroizm wycieka mu porami silniej niż pot) jest Amerykanin- Robert Jordan (imię zrośnięte z nazwiskiem, nigdy się bez niego nie pojawia). Robert Jordan jest wykładowcą języka hiszpańskiego na uniwersytecie w Montanie, ale jakimś cudem uznaje za dobry pomysł pchanie się w nie swoją wojnę. Przyczyny takiej decyzji w książce nie zostały podane, więc nie mogę wam ich podać. Moim osobistym zdaniem stężenie heroizmu przekroczyło dopuszczalne normy i facetowi zwyczajnie odbiło. Tak czy inaczej, Robert w całej książce ma tylko jedno zadanie- wysadzić most. Tylko to ma zrobić. Nic więcej. Niestety zajmie mu to całe 576 stron...
A jeśli to Dzwon Wolności to pewnie Barney'owi, bo go polizał

... czyli około 3 dni (które ciągnęły się jak stulecia, lekcje fizyki i rozgrywki golfa). Co ciekawe, Robert zamiast siąść zrobić jedno wielkie bum i gotowe, prosi o pomoc bandę partyzantów pod wodzą Pabla- rozchwianego emocjonalnie miłośnika koni oraz jego kochanki Pilar (która jest jedyną inteligentną postacią w całej powieści). W bandzie jest Cygan, Augustin i kilku innych bohaterów, którzy byli tak niezwykle ważni, że dzień po przeczytaniu książki nie pamiętam ich imion, ale jest też Maria. Domyślacie się do czego zmierzam?
A może temu Panu, który zabrał Phoebe pieniądze z dobroczynnego wiaderka?

Tak właśnie tak. Znowu jak na minę, trafiłam na ten koszmarny topos miłości natychmiastowej, od pierwszego wejrzenia i głębokiej. Co z tego, że nic o sobie nie wiedzą, a Maria niespełna miesiąc temu została brutalnie zgwałcona, ogolona na łyso i sponiewierana. Co z tego, że zamordowali jej całą rodzinę. Nagle pojawił się przystojny Amerykanin i trzask! cała w pąsach. On głaszcze ją po głowie, nazywa króliczkiem (znalazł się Hugh Hefner od siedmiu boleści), a ona planuje ślub. 
Metallica też się zastanawiała komu on bije, więc może...
może właśnie jej...

Dawno, ale to dawno nie czytałam tak koszmarnie szowinistycznego opisu relacji damsko-męskich. Już pomińmy fakt, że wyznają sobie miłość po mniej niż 12 godzinach spędzonych razem. Oraz to, że zamienili ze sobą może z trzy zdania. Ta relacja przypomina mi bardziej relację Zgredek-Harry Potter (plus seks) niż normalną relację zakochanych w sobie ludzi. Maria łazi za Robertem Jordanem jak mały szczeniak. Wiecznie pyta go, jak może mu pomóc, jak może go uszczęśliwić, co może dla niego zrobić. Pierze mu skarpetki, karmi go, błaga aby ją kochał. A Robert co? Robert traktuje ją jak skrzyżowanie prostytutki ze służąca ("Poszukaj mi skarpetek Maria", "Uważaj żeby nie spalić moich trepów przy suszeniu Maria", "Podaj mi wino Maria"). W pewnym momencie mówi nawet "Nie mogłabyś mi wysuszyć stóp włosami?" Przysięgam, że gdyby kiedykolwiek jakiś facet tak do mnie powiedział, to może i wysuszyłabym mu stopy, ale z krwi, która ściekałaby z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się jego przyrodzenie. Oczywiście u Hemingwaya jest to opatrzone dużym natężeniem wyznań miłosnych rodem z Harlequinu, tak aby nikt się nie skumał, że to seksizm jak w mordę strzelił.
Chyba, że to Dzwon Piekielny.
Wtedy bije AC/DC
Ale pomińmy już ten godny pożałowania wątek miłosny. Skupmy się przez chwilę na warstwie literackiej. Swego czasu czytałam dużo fanficów opartych na anime. W takich fanficach osoby bez biegłej znajomości języka japońskiego wrzucały w dialogi randomowe japońskie słowa, ot tak, żeby przypomnieć, że akcja dzieje się w Japonii. Hemingway zrobił dokładnie to samo tylko, że z hiszpańskim. Co więcej nawet konstrukcje zdań ułożył w ten sposób, aby przypominała dosłowną translację z hiszpańskiego. Niestety, chociaż można pomalować cebulę tak, aby wyglądała zupełnie jak jabłko, to zdradzi ją zapach. Niektóre słowa są źle przetłumaczone na zasadzie podobieństwa fonetycznego. Inne są zupełnie wyjęte z kontekstu. Jeszcze inne brzmią śmiesznie i groteskowo ujęte w klamrę słów typowo angielskich. Mnie jednak najbardziej irytowały hiszpańskie wstawki. Skoro cała konwersacja odbywa się po hiszpańsku, po co zostawiać jedno słowo bez tłumaczenia? Albo po co cokolwiek tłumaczyć? Czemu nie napisać wszystkich dialogów po hiszpańsku? Przynajmniej nic bym nie zrozumiała i nie załamywałabym rąk nad ich jakością.
Enrique ma całą piosenkę o tym, żeby zadzwonić w jego dzwon,
czyżby to właśnie jemu?

Jak widać książka ma kilka kardynalnych błędów. Jednak najgorsze jest to, że niesamowicie się przy niej nudziłam. Na tyle mocno, że wyłączał mi się mózg podczas czytania niektórych rozdziałów. W pewnym momencie orientowałam się, że nie wiem co się właściwie dzieje- zupełnie jakbym przespała środek filmu, który właśnie oglądam. To chyba najlepsze porównanie- ja zasypiałam przy tej książce pomimo wodzenia oczami po literkach. Z letargu budziły mnie jedynie kolejne bezsensowne wyznania miłości albo zdania, które były tak złe, że aż dobre. Nie mówię, że książka ta nie ma niezłych momentów, ma ich dość pokaźną ilość. Ale są one wysypane jak perły przed wieprze. Wpadają jak słoik nutelli w cysternę ekskrementów. Innymi słowy, koniec końców nic nie zostaje z ich wartości.
Ewentualnie Lindsay i reszcie plastików....

Jak widać Ernest niezbyt przypadł mi do gustu. Jednak można się było tego spodziewać. Dam mu jeszcze szansę podczas czytania innych książek z listy, ale wątpię, żeby szowinista-alkoholik-zabójca wszystkich możliwych zwierząt zdobył moje serce. Naprawdę w to wątpię...
Przeczytałam całą książkę i nikomu nie zabił dzwon.
Kilka razy ktoś kogoś zabił. Ale nie dzwonem.
Czuję się oszukana. 

Kończę cytatami:
  • Nigdy niczego sobie nie wmawiaj na temat miłości. Po prostu większość ludzi nie ma szczęścia tego przeżyć. Sam jeszcze nigdy tego nie miałeś, a teraz masz. To, co masz z Marią – obojętne, czy będzie trwało przez dziś i kawałek jutra, czy przez całe długie życie – jest najważniejszą sprawą, jaka może się zdarzyć człowiekowi. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą twierdzili, że to nie istnieje, ponieważ sami nie mogą tego zaznać. Ale ja ci powiadam, że to jest prawdziwe, że to już masz i że spotkało cię wielkie szczęście, nawet gdyby ci jutro przyszło umrzeć.
  • Śmierć powinno się brać jak aspirynę.
  • Inteligentni ludzie są często zmuszani do picia, by bezkonfliktowo spędzać czas z idiotami.
  • Nie jest tchórzostwem poznać się na tym, co głupie. Ani nie jest głupie poznać się na tchórzostwie.
  • W niebezpieczeństwie bezpieczeństwem jest wiedzieć, ile można ryzykować.
Żegnam.
Ani nie zabita, ani nie zadzwoniona,
M. 

środa, 6 maja 2015

Ruda Złota, czyli Książka Numer Czterdzieści Siedem

Autor: Astrid Lindgren
Tytuł: Pippi Pończoszanka
Rok wydania: 1945
Liczba stron: 149
dziwnie się kupuje książki dla dzieci...

Wiem, znowu dopuściłam się grzechu zaniedbania, moje książki płaczą po kątach i domagają się uwagi, ale ostatnio mam trochę życiowej żonglerki i nie nadążam z podrzucaniem piłek. I pewnie dalej pozwalałabym im wszystkim spadać na głowę, ale z pomocą, jak zawsze, przyszła mi  literatura dziecięca. Na Liście nie zostało jej już dużo, ale jedną pozycję zachowałam sobie na czarną godzinę i jako że ta najwyraźniej właśnie nadeszła, nie zawahałam się po nią sięgnąć. Także, dzisiejszy wpis zawdzięczamy odsieczy rudowłosej Szwedki.
I znów nie muszę się martwić o niedostatek ilustracji.
Losy Pippi były mi mniej więcej znane z czasów dzieciństwa, mam gdzieś na półce domu nawet drugą lub trzecią (nie pamiętam dobrze) książkę z serii. Zresztą trudno przejść przez życie nie spotykając się z najsłynniejszym chyba wytworem szwedzkiej literatury. Jednak tę dzisiejszą czytałam po raz pierwszy, co dało mi możliwość spojrzenia na książkę, bądź co bądź dla młodszej gawiedzi, z perspektywy starej i zgorzkniałej istoty dorosłej.
Któż z nas w dzieciństwie nie chciał mieć własnego
konia i małej małpki?
A Pippi miała.
Czytając tę książkę zastanawiałam się, co pomyślałabym o niej w czasach, gdy sztruksy były jeszcze super modne. I niestety nie byłam w stanie sobie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem, że inne przygody Pippi mnie nie poruszyły. Wiem, że nie byłam w stanie skończyć Dzieci z Bulerbyn. Wiem też jednak, że inna, dużo mniej znana książka Astrid- "Karlsson z dachu lata znów" była jedną z moich ukochanych książek czasów dziecięcych (a może i wszechczasów, kto wie). Nie mogę więc ustalić, czy podstawowa wersja mnie byłaby zachwycona przygodami Pończoszanki. Za to studencka wersja trochę jest.

Miała też rude włosy, o których marzyłam
smętnie, przez cały okres dorastania.
link
Nie będę wam tutaj słodzić i polewać czekoladą- główna bohaterka książki działami na nerwy. Bywa nieokrzesana, uparta, kłamliwa, butna i niesforna. To taki typ dziecka, z którym wolałabym, żeby moje przyszłe młode się nie zadawały, pomimo że pamiętam, że w dzieciństwie sama otaczałam się takimi właśnie znajomumi.
Jako osoba bądź co bądź prawnie dorosła wiem jak bardzo kłopotliwa może być taka dziewczynka, ale jako osoba wciąż pamiętająca, co znaczy być dzieckiem, jestem oczarowana dziwacznością Pippi, która potrafi podnieść konia jedną ręką, kłamie zręczniej i częściej niż wszyscy nasi politycy razem wzięci i w dodatku potrafi świetnie piec, gotować i szyć. Pończoszanka to bohaterka tak nietuzinkowa, że trudno jest nie paść ofiarą jej tajemniczego czaru. W dodatku jest to dziecko niezwykle samotne, pozbawione matki i ojca, mieszkające samiuteńkie z małpką i koniem w dużej willi. Z jakiegoś powodu chwyciło mnie to za serce tak mocno, że nie byłam w stanie krzywo patrzeć na jej dzikie wybryki.
Plus miała dwie różne pończochy
i zwisała sobie z drzew do woli.
(hasztag zazdrość)
link
Urok tej powieści, moim zdaniem tkwi w jej humorze. W absurdalnym, abstrakcyjnym, wolnym jak ptak humorze, który może niektórym przelecieć nad głową tak wysoko, że nawet go nie zauważą. Być może jest to humor wybitnie dziecięcy, taki który się zrzucamy niczym wąż skórę w momencie wejścia w dorosłość i który zakładamy ponownie właśnie w tych krótkich momentach regresji w stronę swojego dziecięcego ja. Bo trudno jest czytać książkę dla dzieci i nie czuć się znowu dzieckiem. Ja natychmiastowo chciałam zapleć swoje lisie włosy w dwie kitki, założyć pończochy i pójść szukać skarbów w dziuplach drzew (powstrzymał mnie jedynie fakt, że mieszkam w Warszawie i w dziuplach drzew mogę znaleźć jedynie potłuczone butelki po wódce). Książka Pani Astrid zaraża chęcią  ignorowania głupich dorosłych i ich zasad, obowiązków i powinności. Po co pisać pracę zaliczeniową skoro można opychać się cukierkami i rysować po ścianach? (No ale nie każdy odziedziczył walizkę pełną złotych monet po ojcu marynarzu, więc chyba jednak odłożę te cukierki i wrócę do nauki).
zdecydowanie moja ulubiona ilustracja
link

Podsumowując, jeśli pada deszcz, stresujące czasy nadchodzą nieuchronnie jak zima w Winterfell, a nawał roboty staje się lawiną, proponuję wyjęcie Pippi z zakurzonej szafy i zanurzenie się w dzikich odmętach utraconego dzieciństwa. Uwierzcie mi, ono stęskniło się za wami równie mocno co wy za nim.
Jednak Pippi może mieć swoje złote monety,
zwierzęta i niedopasowane pończochy,
moją ulubioną rudą bohaterką książek dla dzieci
zawsze będzie Ania z Zielonego Wzgórza
(KTÓREJ O ZGROZO NIE MA NA LIŚCIE!!!)
link
Na zachętę, cytaty:
  • Coś podobnego! (...) To trzeba płacić za to że się patrzy?! A ja chodzę wszędzie i gapię się całymi dniami! Bóg raczy wiedzieć ile już pieniędzy przepatrzyłam!
  •  Zaśpiewajcie coś, a ja sobie przez ten czas trochę odpocznę (...) Zbyt wiele nauki może zaszkodzić najzdrowszemu.
  • Nie wychodząc stąd, raczej trudno będzie wam znów tu przyjść
Rudo i dziecięco pozdrawia,
M.

czwartek, 26 lutego 2015

Ani be ani me ani kukuryku, czyli Książka Czterdziesta

Autor: George Orwell
Tytuł: Folwark Zwierzęcy
Rok wydania: 1945
Liczba stron: 123
W tej książce nie ma królików, ale co tam.

Czas na kolejny klasyk, który czytali wszyscy. Jak już chyba pisałam, nie lubię pisać o takich książkach. Gdy wszystko zostało już powiedziane, co można jeszcze powiedzieć? Szczególnie w przypadku książki z tak oczywistym przesłaniem jak "Folwark Zwierzęcy"?
To jest jedna z tych książek, do których powstają najlepsze ilustracje. link

Czytałam tę książkę dawno temu, chyba na samym początku gimnazjum. I pamiętam jak mną wstrząsnęła, byłam wtedy dużo wrażliwsza niż jestem teraz. Chyba miałam jeszcze jakieś zasady i ideały, czy coś, myślałam, że zmienię świat (pusty śmiech). Teraz czytało się ją zupełnie inaczej. Wiedziałam jak się wszystko skończy, wiedziałam, że pomimo tego, że głównymi bohaterami są zwierzęta, to nie mam do czynienia z bajką, wiedziałam to wszystko, więc nie przeżywałam tak mocno, gdy wielki sen o wolności zmienił się w koszmar.
A tutaj mamy świnię na drabinie
link


Przypuszczam, że wszyscy znają fabułę, nie widzę więc sensu w streszczaniu jej. Świnie to źli komuniści, psy to ich organ ścigania i zastraszania, owce to ślepa propaganda, ogólnie role zwierząt obsadzone w punkt. Brawa dla genialnego pana Orwella za bazowanie na archetypach zakorzenionych w kulturze. Ogólnie brawa dla pana Orwella za wszystko. Czasami czytając książkę zachodzę w głowę, dlaczego ta grafomania spełniona uznawana jest za klasyk. W przypadku "Folwarku Zwierzęcego" doskonale wiedziałam dlaczego. Ta książka jest genialna. Jasne jej przesłanie wali po oczach jak światła przeciwmgielne i zęby Krzysztofa Ibisza, ale akurat w tym przypadku nie jest to wada. Takie książki nie muszą być subtelne, to nie jest ich cel. Ich celem jest zwrócenie uwagi na pewien problem poprzez przystrojenie go w jarmarczny strój i wystawienie na pośmiewisko. Śmiech i szydera jest najlepszą bronią, szczególnie gdy walczy się za pomocą pióra. I Orwell to wiedział. Udało mu się zabalansować na cienkiej linie zawieszonej pomiędzy kpiną i przestrogą, operuje jednocześnie przerażającymi opisami i karykaturalnymi wstawkami. Wszystko zaczyna się tak niewinnie a kończy w tak przykry sposób. Stopniowe przejście z jasności w ciemność udało się autorowi jak najlepszemu malarzowi. Nic nie dzieje się nagle tylko stopniowo, w sposób, którego nie zauważają główni bohaterowie. Zaczyna się banalnie- od przywłaszczenia sobie jabłek, kończy się na mordowaniu i wyzysku. Ten dysonans między początkiem a końcem jest chyba najbardziej przerażającą częścią tej powieści.
A tutaj ktoś wziął sobie imię świnki za bardzo
do serca.
link


Gdy czytałam tę książkę po raz pierwszy płakałam jak bóbr przy śmierci Boxera. Byłam wściekła na niesprawiedliwość, czułam się osobiście dotknięta. Tym razem nie uroniłam ani jednej łzy. I to nie dlatego, że nie było mi go szkoda, jasne że było, nie jestem socjopatą! Po prostu wiem już, że takie rzeczy dzieją się na porządku dziennym. I nie, nie oznacza to, że są okej, ani że się z tym pogodziłam, ja tylko najnormalniej w świecie wiem, że łzy w takich sprawach nic nie zdziałają. Co im wszystkim po moich łzach? (właśnie tak uderzyłam w patos, że aż głowa mnie rozbolała). Chyba po prostu z wiekiem coraz bardziej przypominam osła Benjamina, który niczym jego brat Kłapouchy wie, że świat jest do bani i nic z tym nie zrobisz.
Niczym Skaza i jego hieny.
link


Nie wiem co jeszcze mogłabym napisać. Tej książki nie trzeba polecać, czytają ją wszyscy, bo jest cienka i ważna. Bo jest klasykiem. Bo bawi, smuci, uczy i przeraża. I co chyba najgorsze, bo dalej jest aktualna. Mija siedemdziesiąt lat od jej wydania, a ona nadal jest aktualna...
Żeby nie było że jestem jakąś świnistką, macie tu ładną
świnkę przebraną za jednorożca.

Żeby było jeszcze smutniej, czas na cytaty:
  • Dobry człowiek to martwy człowiek.
  •  Naszym jedynym celem jest zachowanie zdrowia. Mleko i jabłka (dowiodła tego nauka, towarzysze) zawierają substancje niezbędne dla dobrego samopoczucia świń. My, świnie, pracujemy bowiem umysłami. Całe zarządzanie folwarkiem i jego organizacja spoczywają na naszych głowach. Dzień i noc trwamy na straży waszego dobrobytu. To dla waszego dobra pijemy mleko i zjadamy jabłka.
  • Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.
  • Osły mają długie życie. Żadne z was nigdy nie widziało martwego osła.
  •  Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł się połapać, kto jest kim.
Pozdrawiam,
Wasz osioł,
M.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

W maleńkiej róży kochał się, czyli Książka Numer Dwadzieścia Sześć

Autor: Antoine de Saint-Exupéry
Tytuł: Mały Książę
Rok wydania: 1943
Liczba stron: 68
Ta książka jest już ze mną naprawdę długo i wiele przeszła.
Ale jeszcze się trzyma.
Dzisiaj lekka zmiana klimatu. Zajęta wąchaniem choinki, tyciem i kupowaniem prezentów (głównie dla siebie oczywiście), postanowiłam przeczytać coś lekkiego i przyjemnego, a że Ulissesa dopiero dopadłam w księgarni, padło na "Małego Księcia".
chociaż jest to jedna z tych powieści, które wręcz
TRZEBA czytać z oryginalnymi ilustracjami,
nie byłabym sobą, gdybym nie poszukała alternatyw.
link

Mały Książę to taka powieść, którą zna każdy, czytali wszyscy, a cytują więcej niż wszyscy. Jeżeli należeliście, jak ja, do grona uroczych dziewczynek z perfumowanym pamiętnikiem zamykanym na kłódkę, gdzie wpisywały się przyjaciółki ze szkolnych lat (a raczej bądźmy szczerzy- ich mamy) to cytaty z Małego Księcia wisiały dumnie na każdej ze stron. To były te czasy, kiedy Róża faktycznie była różą, Lis lisem, a słowo metafora miało zbyt wiele sylab, żeby go zapamiętywać. I jeżeli mam być szczera to jest to chyba najlepszy okres na czytanie tej książki.Tak wiem, że tak naprawdę jest to książka dla dorosłych przebrana za bajkę, ale jednak najbardziej zapada w pamięć zanim nasze głowy zrobią się zbyt ciężkie od głębokich myśli.

dla odmiany nie mam nic "dowcipnego"
do napisania
link
Nie ma sensu opisywać fabuły (dzięki ci Panie, strasznie tego nie lubię), więc mogę od razu przejść do swoich wymysłów. Mam sentymentalny stosunek do tej książki z wielu powodów. Jest to chyba jedyna książka jaką dostałam od mojego ojca. Miałam wtedy 10 lat i były moje urodziny. Pamiętam, że czytałam ją i wyłam na końcu jak bóbr raz po raz pytając mamy "Ale on nie umarł prawda?". Długo, długo nie było drugiej takiej powieści, której zakończenie wzbudziło we mnie podobną frustrację (chyba najbliżej było "Przeminęło z Wiatrem" przeczytane 5 lat później).
Moja reakcja na zakończenie powieści idealnie pokazuje jej największą zaletę, ta książka jest niesamowicie poruszająca. Nie da się nie interesować losem Małego Księcia i jego beznadziejnej miłości. Od samego początku, od randomowego pytania o baranka, ten blondynek chwyta nas za serce i nie puszcza. Jest tak nieziemsko uroczy (no pun intended), że chociaż nie rozumiemy, co tam siedzi w jego łepetynce, to jednak mamy serca w oczach.
Ta ilustracja jest tak traumatyzująca,
że aż PTSD
link
Przyznam jednak, że odczytywanie ukrytych znaczeń, zdzieranie warstwy oczywistej, po to, aby odsłonić symboliczne znaczenie powieści nie do końca leży w mojej naturze. Naprawdę rozumiem wszystkie przenośnie, wiem o jakich prawdach piszę Antoine, ale jakoś nie wszystkie z nich do mnie przemawiają. Oczywiście, że rozpływam się, jak biedak zaczyna kumać, że okej może róż są tysiące, ale Moja Róża jest jedyna na świecie. Jest to zbyt romantyczne, żeby mogło mi się nie podobać. Lubię też jego podróże i spotkania z Latarnikiem, Pijakiem, Królem i innymi wybitnymi archetypami. Ale za żadne skarby nie potrafię się przekonać, do tego monologu lisa i koncepcji oswajania. Jasne Lis ma najlepsze hasła, te które cytuje się często i gęsto, ale jakoś tak strasznie irytuje mnie jego postać, że mam ochotę przerobić go na futro (o Jezu, właśnie zdałam sobie sprawę, że pójdę za to prosto do piekła). Najzwyczajniej w świecie jest dla mnie zbyt pretensjonalny. Zawsze był, nawet w dzieciństwie,to jego gadanie o wyczekiwaniu na kogoś z radością, wywołało u mnie przewracanie oczami omg, get a life will ya?!. Nie podoba mi się też ta koncepcja bycia odpowiedzialnym za osobę, którą się oswoiło. Serio wtf?! Odpowiedzialna to ja jestem tylko za siebie (a raczej za swoje porażki), ewentualnie za moje przyszłe potomstwo, ale jakoś go nigdzie nie widzę. I skoro już narzekam,nie podoba mi się również ta nader opiekuńcza wizja miłości. Może żadna ze mnie róża, raczej kaktus chyba, ale nie potrzebuję nikogo, aby mnie osłaniał od wiatru, tygrysów i baranków. Może dlatego, że jako kaktus mam więcej niż cztery kolce, baranki jadam z frytkami, a tygrysy widuję tylko na zdjęciach z Tajlandii. Sama postać Róży też jakoś nigdy nie wzbudzała u mnie ciepłych uczuć, była jakaś taka próżna i egoistyczna (wiem, wiem, że jej czyny znaczyły więcej niż słowa bla, bla, bla, ale opinię na jej temat wyrobiłam sobie w dzieciństwie i mam zamiar się jej trzymać)

Cofam poprzedni komentarz.
TA ilustracja jest tak traumatyzująca,
że aż PTSD.
link
Jednak summa summarum, koniec końców, uwielbiam tę książkę. Jest urokliwa, pełna nostalgii, ma niepowtarzalny klimat. Nie ma chyba drugiej takiej, która posiada tę samą wartość w dzieciństwie co w czasach dorosłości (O Boże jestem dorosła. Jak to się w ogóle stało?). W dodatku ma w sobie wystarczająco dużo paradoksów, ironii i absurdów, żebym była ukontentowana. Szczególnie cenię sobie początkowy fragment dotyczący rysunku boa/rysunku kapelusza, pewnie dlatego, że moje talenty artystyczne spotykały się (a w sumie to nadal się spotykają) z podobną reakcją. Lubię opis czyszczenia wulkanów, strach przed baobabami i motyw podróży międzyplanetarnych z użyciem ptaków. W przeciwieństwie do wywodów Lisa te koncepty rezonują z moją wrażliwością. Uwielbiam również ilustracje, które autor zamieścił w powieści. Mają w sobie tak wiele wdzięku i poczucia humoru! Jest to przykład ilustracji idealnych. Innymi słowy, chociaż w akapicie wyżej nieco sobie ponarzekałam, to kocham tę książkę z całym jej dobrodziejstwem inwentarza, z każdą wadą, z każdym zdaniem i z każdą metaforą. Taka ze mnie romantyczka.
Pff nic dziwnego, że nikogo nie oswoiłam.
U mnie godzina czwarta oznacza, kwadrans po czwartej, czyli wpół do piątej.
link
Czas na te SŁYNNE cytaty:
  • Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu
  •  Gdy się chce być dowcipnym, trzeba czasem skłamać.
  •  Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół.
  • Ludzie z Twojej planety hodują pięć tysięcy róż w jednym ogrodzie… i nie znajdują w nich tego, czego szukają… A tymczasem to, czego szukają, może być ukryte w jednej róży.
  • Jeśli kochasz kwiat, który znajduje się na jednej z gwiazd, jakże przyjemnie jest patrzeć w niebo. Wszystkie gwiazdy są ukwiecone…
Żegnam,
M(ała księżniczka)

sobota, 1 listopada 2014

And I said what about Breakfast at Tiffany's? Czyli Książka Szósta

Autor: Truman Capote
Tutuł: Śniadanie u Tiffany'ego
Rok wydania: 1958
Liczba stron: 138
Wspominałam może, że lubię Audrey?

Dzisiaj będzie miło. Nie będę się wyzłośliwiać, nie będę ciskać gromami, nawet zminimalizuję natężenie sarkazmu. A to dlatego, że dzisiejszy wpis jest o noweli, którą  trudno zakupić bez okładki ze szczerzącą się Audrey Hepburn. Pewnie nie wykażę się indywidualizmem, jeśli powiem, że Królową Audrey uwielbiam (o czym wie każdy, kto chociaż raz był w moim pokoju). I dobrze wiem, że wszystko, co chociaż w pośredni sposób związane jest z Audrey składa się z równej ilości tęczy, uroczego akcentu i czekolady Galaxy.

Holly nie równa się Audrey. Warto o tym pamiętać.
link do ilustracji

"Śniadanie u Tiffany'ego" jest jednak jak kwiecień, Sandra Bullock i zespół T.Love- ciepłe, przyjemne, ogólnie uznawane i lubiane, ale jednak nie wzbudzające skrajnych emocji, czy to w stronę negatywną czy pozytywną. (Znacie kogoś, kogo ulubionym zespołem jest T.Love a ulubioną aktorką Sandra Bullock? No właśnie).

Jak na książkę ze śniadaniem w tytule,
zdecydowanie za mało miejsca poświęca się w niej samemu jedzeniu.
ilustracja stąd
Główną bohaterką powieści, a jednocześnie jej najjaśniejszym punktem jest  Holly Golightly- młoda, niesamowicie piękna dziewczyna, z którą narrator zaprzyjaźnia się w roku 1943. Sam narrator ma na imię... no właśnie jak? (Holly mówi na niego Fred, ale to nie jest jego prawdziwe imię) i jest sąsiadem gwiazdy powieści. Bezimienny narrator zajmuje się pisaniem opowiadań. Holly zajmuje się bywaniem, byciem adorowaną i otrzymywaniem pięćdziesięciu dolarów za każdym razem jak chce iść do toalety. Oraz odwiedzaniem salonu jubilerskiego, tytułowego Tiffany'ego. Dla Holly jest to oaza spokoju, miejsce, które koi nerwy i obietnica czegoś lepszego. Rozumiem doskonale co czuje, ja tak mam podobne odczucia związane ze sklepem ze słodyczami. Ogólnie biedna Holly poszukuje takiego miejsca, które działałoby na nią jak Tiffany i nie zamykałoby się o godzinie 18.00. Bo bądźmy szczerzy sklepy jubilerskie, cukiernie i Abercrombie & Fitch są namiastkami raju, ale zamieszkać się w nich raczej się nie da. (Gdyby się dało pisałabym do was zza stosu idealnie ułożonych koszulek polo pilnowanych przez półnagich greckich bogów)

Nie ma melonika. Ale jest kapelusz. I klatka. Klatka jest metaforą.
Kapelusz jest kapeluszem.
link
Notka wydawnicza mojej kopii noweli głosi dumnie, że zarówno "Śniadanie..." jak i pozostałe trzy opowiadania znajdujące się w książce mają wspólny motyw jakim jest MIŁOŚĆ. Przeczytałam wszystkie cztery i mam do powiedzenia tylko jedno: HUH?
Nie jest to wpis o pozostałych trzech opowiadaniach (w tym jednym o więźniu, który zbiega z więzienia), ale MIŁOŚĆ nie jest motywem przewodnim, żadnego z opowiadań. Jest nim wolność i poszukiwanie lepszego świata. Jest to tak oczywiste jak to, że Polska nie zostanie mistrzem świata w piłce nożnej. Myślę, że nawet czytając tę książkę od tyłu, do góry nogami i przy akompaniamencie górniczo-hutniczo orkiestry dętej da się to zauważyć. Jednak wolność nie zachęca ludzi do kupna powieści jak MIŁOŚĆ i Audrey Hepburn na okładce.


Wreszcie jakiś kot na moim blogu.
Blog bez kotów to przecież porażka.


Chyba znowu za mocno oddałam się dygresji, powinnam pisać o samej książce, a nie notce wydawniczej... Truman Capote pisze prosto, zdania biegną od punktu A do punktu B linią prostą, omijając niebezpieczne pułapki porównań, metafor i nader wyszukanych epitetów. Nie wkłada w usta narratora głębokich przemyśleń metafizycznych i filozoficznych. Nie próbuje nam wmówić, że posiada wszystkie odpowiedzi. Pisze o osobach prawdziwych, zagubionych, szukających szczęścia i swojego miejsca na Ziemi. Lubię książki o takich ludziach, sprawiają, że lepiej się czuję z tym, że jeszcze nic w swoim życiu nie osiągnęłam (i pewnie już nie osiągnę).

Ta okładka wygrywa internety. Serio.
link
Moim skromnym zdaniem, największym wrogiem takiej książki jak "Śniadanie u Tiffany'ego" jest właśnie ekranizacja. To pewnie z powodu filmu przyklejono jej etykietę KSIĄŻKA O MIŁOŚCI. A przecież między nią a Nie-Frankiem jest jedynie przyjaźń. Żadnych pocałunków, żadnych powłóczystych wspomnień i westchnień przy blasku księżyca, żadnego napięcia seksualnego. Powszechnie uważa się nawet, że narrator (jak i sam Capote) jest homoseksualnej orientacji. Czyli UWAGA SPOILER! jeśli widzieliście film i liczycie na ostatni rozdział pełen deszczu, poszukiwań bezimiennego kota (co z tym brakiem imion Truman?) i pocałunków miążdżacych wargi to... idźcie szukać fanficów, bo nowela wam tego nie zapewni.
Mnie osobiście to cieszy, wystarczająco dużo mamy książek o miłości, odchodzeniu razem w stronę zachodzącego słońca i życiu długo i szczęśliwie. Dobrze, że "Śniadanie u Tiffany'ego" jest czymś nieco mniej ckliwym, bardziej realistycznym i nietuzinkowym

jest też druga. Tego samego autora.
Wybaczcie musiałam

Przeczytajcie, pokochajcie całkowicie pokręconą Holly, a potem możecie obejrzeć film. Jest piękny, ma w sobie Audrey Hepburn i grę na ukulele. Filmy z grą na ukulele zawsze warto obejrzeć. Zawsze.

A ten filmowy plakat to już ikona.

Koniec wpisu=cytaty:
  • Ale nie można oddawać serca dzikim stworzeniom: im bardziej się je kocha, tym silniejsze się stają. Mają siłę, żeby uciec do lasu. Albo polecieć na drzewo. A wreszcie wzlatują pod niebo. I tak to się kończy, panie Bell. Jeżeli pokocha pan dzikie stworzenie, już zawsze będzie się pan wpatrywał w niebo.
  •  - Czwartek! - Wstała- Mój Boże (...) to takie makabryczne (...)
    - Co jest makabrycznego w czwartku?
    - Nic. Poza tym, że nigdy nie pamiętam, kiedy nadchodzi
  • Nie chcę mieć niczego na własność, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym będę wiedzieć, że ja i rzeczy należymy do siebie. Na razie nie za bardzo wiem, gdzie to jest. Ale wiem, jak to jest.
  • Lepiej patrzeć w niebo, niż w nim mieszkać. Tak tam pusto i nijako. Po prostu kraina, gdzie toczą się grzmoty i wszystko znika.
  • Ja się nie przyzwyczajam. Nigdy i do niczego. Kiedy się przyzwyczajasz, to jakbyś umierał.
Zauważyliście, że coś z tymi czwartkami faktycznie musi być nie tak?

Pozdrawiam
Panna M. - w podróży.