Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Kot, studnia, telefony i brak żony, czyli Książka Czterdziesta Czwarta

Autor: Haruki Murakami
Tytuł: Kronika Ptaka Nakręcacza
Rok wydania: 1995
Liczba stron: 621
Lubię okładki jego książek.
Są takie specyficzne....

W miniony czwartek, kiedy stawałam przed dylematem jakie książki zabrać ze sobą do Śląskiego Domu, zdecydowałam się wreszcie powrócić do Murakamiego. Dzisiejszą książkę dnia- "Kronikę Ptaka Nakręcacza" kupiłam jakiś czas temu, jednak zasilała ona jedynie dość przetrzebione szeregi książek, które kiedyś przeczytam. I tym razem, dla odmiany, kiedyś nadeszło dość szybko. Po pierwsze dlatego, że miałam ochotę na coś znajomego. Po drugie dlatego, że jest to dość pokaźne tomiszcze, a nigdzie nie mam tyle czasu na czytanie, co w domu. Po trzecie dlatego, że coś za często ostatnio mi się ta książka obijała o uszy.
Dzisiaj będą ładne ilustracje
nakręcanych ptaków.
link
Z Harukim Murakamim jest tak, że jeśli przeczytało się jedną z jego książek, to przeczytało się je wszystkie. Ktoś nawet stworzył The Haruki Murakami Drinking Game, pod którą jestem gotowa podpisać się obiema rękami i jedną wątrobą. Nie jest więc tajemnicą, że wszystkie książki tego japońskiego autora są do siebie bliźniaczo podobne. Mają podobne motywy, podobne zabiegi stylistyczne, podobnych bohaterów. Po pewnym czasie wszystkie te scenerie, historie, postaci zlewają się w jeden wielki murakamizm, z którego trudno jest wyłowić coś nowego. A jednak mimo wszystko, a może właśnie dzięki temu, Haruki Murakami nieprzerwanie pozostaje jednym z moich ulubionych pisarzy.
Ale też brzydkie ilustracje meduz.
link
Dla mnie czytanie Murakamiego jest jak powrót do domu, jak otwarcie drzwi i zanurzenie się w tej specyficznej woni własnego domu, tej mieszaninie zapachów, która nie powtarza się w mieszkaniu nikogo innego. Czytam pierwsze zdanie jego powieści i już wiem, że jestem u siebie. Być może wiąże się to z faktem, że Murakami towarzyszy mi nieprzerwanie od ponad dekady. "Norwegian Wood", jego moim zdaniem najlepsza książka, sprawiła, że zarwałam kilka nocy w gimnazjum, w liceum przeskakiwałam przez jego powieści jak przez kamienie w rzecze, na japonistyce czytanie Murakamiego było tak powszechne, że aż passe. Innymi słowy bycie fanką Murakamiego tak mocno zszyło się z tym kim jestem, że nawet się nad tym nie zastanawiam. Na pytanie o ulubionego pisarza odpowiadam jego nazwiskiem tak szybko jak na pytanie o własne imię czy też o datę urodzenia.
I dziwne ilustracje przedstawiające głównego bohatera
z kijem baseballowym (ważny motyw oczywiście)
link
Powinnam chyba napisać, o czym jest "Kronika Ptaka Nakręcacza", jednak jeśli kiedyś czytaliście powieści Murakamiego, to wiecie, że są one jak odcinki Doctora Who, każda próba streszczenia fabuły sprawia, że wyglądacie jakbyście postradali zmysły, a znajomi patrzą na was z dogłębnym WTF w oczach. Napiszę więc tylko, że główny bohater Toru Okada zwalnia się z pracy, gubi kota i traci żonę. Jednak wszystko to jest jedynie preludium, a to co później następuje jest prawdziwą uwerturą oniryzmu, absurdu, tajemniczości, zagadek, dziwactw i osobliwości. Nic nie jest takie jak się wydaje, każdą rzecz trzeba kwestionować, a logika i przyczynowo-skutkowość są równie aktualne jak geocentryzm.
Ale głównie będą ładne nakręcane ptaszki
link
Muszę jednak przyznać szczerze, że nie jest to moja ulubiona książka tego autora. Murakami pisze swoje powieści jak kompozytor, każda ma swoją niepowtarzalną linię melodyczną, jednocześnie trzymając się tego specyficznego stylu, który pozwala wyróżnić jego utwory z tysiąca innych. Jednak tym razem w kompozycję wkradło się kilka fałszywych nut. Garść porównań, zdań i epitetów sprawiło, że aż się skrzywiłam i pisałam ołówkiem na marginesie- Haruki dobrze się czujesz? Co więcej, mam wrażenie, że tym razem labirynt historii i opowieści był zbyt rozległy, abym go mogła w pełni docenić. Dziwne osoby pojawiały się i znikały bez wyjaśnienia, przemykały jak cienie nie tłumacząc niczego, jedynie pogłębiając moją konsternację. Nasz bohater miał szesnastoletnią sąsiadkę, która nie chodziła do szkoły tylko liczyła łysych ludzi na ulicach, odwiedzały go siostry Malta i Kreta, które bawiły się w jasnowidzenie i miały obsesję na punkcie wody, później w jego życiu pojawiła się Gałka, która kupowała mu ubrania i leczyła ludzi swoim dotykiem oraz jej niemy syn Cynamon, który też nie był taki znowu zwyczajny. Nie miałam pojęcia skąd się ci ludzie brali i jakie były ich motywy, co ich przyciągało do głównego bohatera. Ogólnie niewiele wiedziałam. Byłam głodna odpowiedzi, a karmiono mnie pytaniami. Chciałam pełne zdania, a dostawałam półsłówka. Potrafię docenić urok niedopowiedzeń, ale chyba tym razem było ich zbyt wiele nawet jak dla mnie.
Ten się nawet rusza.

Nie chcę, aby mnie źle zrozumiano. To była dobra książka. Solidna, gęsta od fabuły, sześciuset stronicowa kobyła. To był typowy Murakami z jego wadami i zaletami. W tej książce nie byłoby nic, co mogłoby mnie rozczarować albo zaskoczyć. Miałam ochotę na sorbet czekoladowy i dostałam sorbet czekoladowy. Nie będę więc płakać, że zabrakło w nim rozmarynu. Czytałam w pociągu, w samochodzie, w środku nocy i w środku dnia. Udawałam, że robię coś arcyważnego, aby móc dalej czytać. Nie odbierałam telefonów. Po raz pierwszy od dłuższego czasu odkładałam świat na bok dla książki, a nie odwrotnie. I właśnie z tego powodu uważam, że jest to jedna z lepszych książek jakie ostatnio sobie wybrałam. Mogę ją wam polecić z czystym sumieniem (no chyba, że miałby to być wasz pierwszy Murakami, wtedy zacznijcie od czegoś "lżejszego").
A ta ilustracja jest tak dziwna, że nie mogłam
jej nie wrzucić.
link
Dawno nie było cytatów, więc bez zbytniego przedłużania:
  • Gdyby miało się zawsze, zawsze tak po prostu żyć, nikt nie zastanawiałby się poważnie nad życiem. Nie byłoby takiej potrzeby. A nawet gdyby była, można by sobie powiedzieć: „Mam jeszcze mnóstwo czasu. Pomyślę o tym kiedy indziej”. Ale tak nie jest. Musimy myśleć teraz, tutaj, w tej chwili. 
  •  Jak się człowiek przyzwyczai, że nie dostaje tego, czego pragnie, to stopniowo sam nie wie już, czego naprawdę chce. 
  •  Los to coś, co się wspomina, gdy już minie, a nie poznaje się naprzód. 
  •  Ludzie myślą, że wyjęcie z kuchenki gorącej zupy to naturalny rezultat włożenia jej tam i wciśnięcia guzika, ale ja uważam, że to jedynie przypuszczenie. Poczułabym chyba ulgę, gdybym kiedyś po włożeniu do kuchenki zupy i podgrzaniu wyjęła z niej zapiekankę z makaronem. Oczywiście zdziwiłabym się, ale ulgę też bym poczuła. 
  • Na pewno czas nie płynie jak litery w alfabecie A, B, C…, tylko tu sobie popłynie, to tam…

Pozdrawiam,
Nakręcona,
M.

wtorek, 6 stycznia 2015

Hobbit i trzynastu krasnoludków, czyli Książka Trzydziesta

Tytuł: Hobbit, czyli tam i z powrotem
Autor: J.R.R. Tolkien
Rok wydania: 1937
Liczba stron: 364
Lotnisko w Luton: zaoopatrujące M. w książki od 2008 roku
Pierwszy (dość spóźniony) wpis w tym roku nadchodzi! Jako, że w sobotę wybieram się do kina, aby ostatni raz spotkać się z mieszkańcami Śródziemia, postanowiłam, że dzisiejszą Książką Dnia będzie właśnie Hobbit. Jednak okazało się, że ktoś podwędził mi moją kopię, którą sama podwędziłam mojemu wujkowi wiele lat temu, i musiałam ratować się angielskojęzyczną wersją kupioną, a jakże, na lotnisku. Więc, tym razem czytałam Tolkiena, tak jak się go ponoć czytać powinno- w oryginale.
There ain't no party like a Baggins party!
link
Zacznijmy może jednak od tego, czym jest Hobbit. Otóż po pierwsze jest idealną książką dla dzieci. Ma prawie wszystko, co takie książki powinny posiadać: smoki, przygody, niepozornych lecz wielkich bohaterów, przyjaźń, odwagę, poświęcenie, magię. Jedyne czego Hobbitowi brakuje, to postaci kobiecej w jakiejkolwiek formie. Autentycznie czasami się zastanawiam jak oni się w tym Śródziemiu rozmnażali skoro najwidoczniej cierpieli na dość spory deficyt istot z dwoma chromosomami X (prawie jak Smerfy). No, ale jeśli uciszyć wewnętrzną feministkę domagającą się płci pięknej wszędzie gdzie tylko się da, to tak naprawdę w tej książce nawet braku kobiet aż tak nie widać. Czytelnik za bardzo skupia się na próbie spamiętania wszystkich imion krasnoludów, aby zastanawiać się, gdzie podziały się wszystkie krasnoludzice. Monstrualna dygresja numer jeden: koniec.
Po drugie "Hobbit" jest cudownym klasykiem fantastyki. Może nie jej Świętym Graalem (nim jest oczywiście "Władca Pierścieni"), ale świętą relikwią na pewno. Nie można być fanem gatunku nie przeczytawszy tej powieści. To tak jakby lubić wampiry, a nie mieć pojęcia kim jest Drakula (chociaż w czasach "Zmierzchu", jest to nader prawdopodobne).
Po trzecie "Hobbit" jest idealną książką do czytania podczas podróży. Tak się składa, że tym razem czytałam ją zarówno w samolocie jak i w pociągu. I chociaż moja podróż nie miała się zakończyć ani odnalezieniem pierścienia (z brakiem pierścionka na moim palcu pogodziłam się już nie tylko ja, ale i moja biedna czekająca na wnuki mama), ani nawet żadnego skarbu (chyba, że skarbem nazwać można ostatni listek gumy do żucia jaki znalazłam po powrocie na dnie swojej torebki), Niemniej jednak podczas odmrażania sobie kończyn na lotnisku/dworcu/przystanku doskonale rozumiałam tęsknotę za ciepłym łóżkiem jaką odczuwał biedny Bilbo. 
A tutaj jest Thorin, który bardziej niż krasnoluda
przypomina Wikinga.
link
Nie ma sensu zbytnio opisywać fabuły, ot pewnego dnia mały hobbit zostaje wysłany w podróż w towarzystwie jednego czarodzieja i trzynastu krasnoludów. Celem podróży jest pozbycie się smoka i zagarnięcie góry złota. Nic prostszego prawda?
Oczywiście jak wszyscy wiemy nie. Bilbo i jego wesoła kompania ma więcej problemów niż nasz fundusz zdrowia, zarząd dróg i transportu oraz drużyna piłkarska razem wzięte. Czystym prawem Murphy'ego nie udaje im się praktycznie wszystko. Co chwila gubią swoje zapasy, konie oraz sami siebie. Denerwują wszystko co ma dwie nogi i ćwierć mózgu (gobliny, trolle, elfy itp.) i ogólnie wykazują się przezornością i pomyślunkiem równym zeru. Równie dobrze mogliby być garstką niemowlaków, taki sam mają współczynnik samozachowawczości.
Idealnie zilustrowany Bilbo jest idealny
Jeśli chodzi o samą narrację, to Hobbit swoje źródło ma w opowiadaniach, którymi Tolkien raczył swoje dzieci przed snem. I doskonale widać to w sposobie prowadzenia fabuły. Tę książkę czyta się jak bajkę na dobranoc. Osobiście uwielbiam taki styl konstruowania zdań, dzięki niemu przez powieść przechodzi się szybko i przyjemnie jednocześnie mając wrażenie, że ktoś do nas mówi (przynajmniej ja mam takie wrażenie, ale może to tylko prodromy schizofrenii). Jednocześnie jednak stary dobry John ma koszmarną tendencję do wrzucania piosenek wszędzie, gdzie tylko się da I nie są to dwuzwrotkowce z refrenem lalala, nie te pieśni mają czasami po trzy bite strony. Autentycznie w "Hobbicie" jest więcej piosenek niż w każdej chyba bajce Disneya włączając "Piękną i Bestię". Chyba nie należę do wrażliwych lirycznie osób, bo późniejsze pieśni omijałam bez mrugnięcia okiem. W końcu ILEŻ MOŻNA ŚPIEWAĆ?!! Jest nam zimno i źle? ZAŚPIEWAJMY! Ukradli nam konie? ZAŚPIEWAJMY! Prawie umieramy z głodu? ZAŚPIEWAJMY! Panie Tolkien to nie jest Glee!
A tutaj mamy Golluma, delikatne i pełne
uroku z niego stworzenie.
link
A skoro już gładko przeszłam do moich ulubionych skarg i zażaleń, to jeszcze wypowiem się na jeden temat. Otóż ŻADEN Z KRASNOLUDÓW NIE MA OSOBOWOŚCI. Jest ich trzynastu, a odzywają się może ze trzy razy. Jestem wręcz pewna, że kilku z nich nie odzywa się wcale. Jest z nich taki bohater zbiorowy BalinDwalinOinGloinNoriDoriOriFiliKiliBifurBofurBomburThorin. Trudno jest mi przywiązać się do któregokolwiek z nich i płakać nad jego losem, skoro jedyne co o nim wiem to jak ma na imię, jaki ma kolor kaptura i ewentualnie  w jakim stanie jest jego broda. Na szczęście w tym miejscu z pomocą przyszedł mi film (wiem, wiem to okropne z mojej strony). Jednak to właśnie dzięki ekranizacji za każdym razem, gdy widziałam te cztery niepozorne litery składające się na imię Kili przed moimi oczami stawał Aidan Turner ze swoimi roześmianymi oczami i pucułowatymi policzkami sprawiając, że wszystko wracało do normy (o ile przez normę rozumiemy, że aż kręciło mi się w głowie od nadmiaru piękna). Jednak, gdyby nie to, że przy dzisiejszej lekturze byłam już zaznajomiona z filmem, to nie udałoby mi się zapamiętać kto jest kim. Ja wiem, że nadanie trzynastu postaciom wyrazistych cech charakteru jest trudne, ale jeżeli jednym z niewielu krasnoludów, których lubię jest Bombur i to tylko dlatego, że jak ja jest gruby i wiecznie myśli o jedzeniu, to coś tu jest chyba nie tak.
Taki ładny smok.
Taki ładny.
Dlaczego ktoś chciałby go skrzywdzić?
Jest taki ładny.
Link

Jednak to takie moje narzekanie rudej marudy, tak naprawdę książka ma tytuł Hobbit, jest o hobbicie i ów hobbit jest dobrze opisany, ma wady, zalety, dziwactwa (lub jak ja je nazywam kwirki). Bilbo Baggins jest cudowną postacią, która chwyta za serce już na pierwszej stronie i nie wypuszcza go nawet po zamknięciu przeczytanej książki. Jest jedyną (prócz Gandalfa i Golluma oczywiście) udaną postacią, która pokazuje, że jak Tolkienowi się coś udaje, to udaje mu się na maksa.
Dlaczego warto również obejrzeć film?
Powód numer jeden.
Zresztą, czy Tolkiena czyta się dla doskonale skonstruowanych, trójwymiarowych postaci krasnoludów? Nie, jego czyta się dla monstrualnych pająków, trolli, przygód, wielgachnych orłów i ludzio-niedźwiedzi. Lub też, jeżeli jest się mną, czyta się go, gdyż, pomimo tego, że mieszkamy w norze, lubimy leżeć w łóżku, jeść dwa śniadania dziennie i mamy kręcone włosy i owłosione stopy (autentycznie powinniście widzieć mój duży palec u nogi), nikt nie puka do naszych drzwi z zapytaniem: czy masz ochotę wstąpić do świadków Jehowy na przygodę? Ale może to i dobrze, w końcu moje zdolności skradania się przypominają te jakie posiada nosorożec, nie jestem właścicielką chusteczki do nosa, a jedyna zagadka jaką znam brzmi: po wodzie pływa i kaczka się nazywa. Dlatego właśnie poskramianie smoków zostawiam hobbitom i szewczykowi Dratewce. Swoją drogą smoki należy oswajać i tresować, jak w tej kreskówce, a nie poskramiać. Ale to już nie temat na dzisiaj.
Oraz numer dwa
Jezu, jestem taka płytka
Cytaty Dnia:
  • Dziwna rzecz: o tym, co najlepsze, i o dniach najmilej spędzonych niewiele się ma do opowiadania, a słuchanie o tym nie tak bawi słuchacza; za to o rzeczach przykrych, niepokojących czy wręcz groźnych można opowiadać wspaniałe historie i starczy tematu na długo. 
  •  Jeśli się chce coś znaleźć, trzeba po prostu szukać (…). Rzeczywiście, kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba. 
  •  Mówiłem. Nie bądź głupi, Bilbo. Idź lepiej do łóżka, bo widzę, że ci już rozum usnął w głowie. 
  •  Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad. 
Ze swojej hobbiciej norki pozdrawia was,
M.

niedziela, 9 listopada 2014

Bo Polacy nie gęsi, tylko kondory, czyli Książka Jedenasta

Autor: Bruno Schulz
Tytuł: Sklepy Cynamonowe
Rok wydania: 1933
Liczba stron: 56
Moje (i pewnie wasze też) wydanie książki.
Wydawnictwo GREG nigdy nie zawodzi.
Najlepsza cena, najlepsze okładki, najlepsze ilustracje.
Dzisiaj mamy wpis "awaryjny". Cały weekend poświęciłam ludziom a nie książkom, zajmując się mniej ambitnymi rozrywkami takimi jak- picie alkoholu, nakładanie pudru, nabieranie tkanki tłuszczowej, żałowanie swoich decyzji. Z tego powodu mój romans z książką, o której pierwotnie miał być ten wpis tkwi wciąż na jakże obiecującym etapie pierwszej randki (a chcę do jutra dojść chociaż do trzeciej bazy). Zależało mi jednak na tym, aby moja przerwa w prowadzeniu bloga nie trwała więcej niż trzy dni. Z prośbą o pomoc udałam się więc do starego, dobrego znajomego- B. Schulza.

Ta scena jest straszniejsza niż całe "Ptaki" Hitchcocka...
link
Schulza zna każdy z nas, to taki nasz kolega z lat licealnych. "Sklepy Cynamonowe" były wałkowane na języku polskim często, gęsto i ochoczo. ONIRZYM. ONIRYZM!!! Dzięki temu wiedziałam, że będę mogła dość szybko i przyjemnie odhaczyć kolejną pozycję na liście. Szczególnie, że przemyślenia na temat tej książki, gdzieś już w tym moim bardzo małym rozumku były.

Dzisiaj będą tylko polscy ilustratorzy. Nagły wybuch patriotyzmu
spowodowany jest całkowitym brakiem ilustracji zagranicznych.
link
Myślę, że to jakim pisarzem jest Schulz idealnie zilustruje fragment rozmowy jaki przeprowadziłam na ten temat z moją współlokatorką P. (postacią legendarną i mityczną).
M (podczas lektury): Uwielbiam go, jest zajebisty. Te zdania są jak wiersze, kto tak w ogóle pisze?!
P (pełna niesmaku): No właśnie nikt. Mówiłam, że jest pojebany.
I w sumie P. ma rację. Nikt tak nie pisze, sposób budowania zdań jak i świata przedstawionego jest tak oryginalny, że trudno go nawet do kogokolwiek porównać. To jest trochę sałatka słowna. Zrobiona z prawdziwie soczystych, uchodzących za delikatesy słów, ale wciąż sałatka. Bruno faktycznie nie będzie zachwycał każdego, "Sklepy Cynamonowe" to nie jest bestseller, tu akcja nie płynie wartkim strumieniem, raczej sączy się jak z nieszczelnego kranu. Aby opisać jedną czynność, nawet najbanalniejszą, autor używa średnio 3241 słów, w tym 342, których nie rozumiem. I mi jako estetce podoba się ta poetyckość, jednak doskonale rozumiem, że pragmatyczna P. może uważać taki zabieg za zwykłą stratę czasu i popisywanie się swoją elokwencją.


Manekiny pełnią w książce ważną rolę,
ale ja bojkotuję dzisiaj wszystko, co
jest chude, więc nie będę o nich pisać.
link

Lektura "Sklepów Cynamonowych" nie jest porywająca. Nie przysłania nam całego świata, wręcz przeciwnie trzeba się bardzo koncentrować, żeby w środku przepastnego porównania nie zacząć myśleć o tym co zjemy na obiad, czy Bert i Ernie z Ulicy Sezamkowej nie są przypadkiem parą albo czy Benedict Cumberbatch naprawdę się zaręczył. Innymi słowy "Sklepów Cynamonowych" się nie pochłania, nimi się delektuje. Utrzymaniu koncentracji nie pomaga też fakt, że opowieść prawie zupełnie pozbawiona jest fabuły. Mamy tu życie rodzinne widziane oczami dziecka (o czym pomocnie niczym Spinacz w Wordzie, przypomina mi opracowanie mojego wydania), mamy tu mitologizację postaci, jakiś taki magiczny realizm (ONIRYZM, ONIRYZM) i tak naprawdę niewiele więcej. Jeśli chcesz czytać "Sklepy Cynamonowe" dla fabuły to niestety ... Error 404 plot not found.
Tę ilustrację wklejam, bo znam autorkę. Ogólnie polecam jej twórczość,
link
Mi miłośnikowi piękna i absurdu, studentce psychologii smakuje jednak to, czym karmi nas Bruno. Opowieść o chorobie jego ojca (pół godziny się zastanawiałam jaką diagnozę postawić), opisy metamorfozy w ptaka /karalucha, wszystko to jest tak niesamowicie surrealistyczne, że moja wyobraźnia aż omdlewa z zachwytu (jak fanki One Direction na koncertach). To wszystko jest tak piekielnie plastyczne, że mam ochotę sprzedać nerkę, kupić bilet do USA, wystalkować Tima Burtona i, grożąc mu szczotką do włosów, zmusić go, aby wyreżyserował film na podstawie tej książki. Szczególnie, że Burton, podobnie jak Schulz "czuje miasto", potrafi je ożywić, nadać mu cech tajemniczych, ezoterycznych, fantastycznych. Ja sama jestem raczej fanką dialogów, a nie opisów, ale muszę przyznać, że czytając o Ulicy Krokodyli podwinęły mi się palce u stóp (oznaka bookgasmu). Schulz jest iluminatorem zdań- tworzy z każdego z nich miniaturowe dzieło sztuki. Każde zdanie jest cytatem, nie ze względu na treść, a na formę. Czyli klasyczny przyrost formy nad treścią. I jedni tę rozrośniętą formę mogą uznać za kwiat, drudzy za chwast. Ja uznaję za kwiat i wsadzam do wazonu.
Ojciec, który w późniejszej części opowieści zamienia się w ptaka.
Bo niby jest szalony. Ja tam sobie twierdzę, że był animagiem, duh.
link

Jak zwykle żegnam cytatami:
  • Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet. 
  •  Będziemy się wikłali w nieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i podniecenie ulotni się w niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie. 
  •  Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat rodzi niekiedy zdziwaczały czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe, lata wyrodne, którym, jak szósty mały palec u ręki, wyrasta kędyś trzynasty, fałszywy miesiąc. 
  •  Materia jest najbierniejszą i najbezbronnniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować, każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materji są nietrwałe i luźne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Niema żadnego zła w redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem. Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dla nowej apologji sadyzmu. 
  •  Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej przykucniętej pozie, z wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uśmiechniętą trwał godzinami, ażeby z nagła przy czyimś wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać jak kogut.

Pozdrawiam,
Jeszcze nieopierzona,
M.

wtorek, 28 października 2014

Strach się bać, czyli dwie książki w jeden dzień

Dzisiaj odhaczamy dwie pozycje z listy:

Autor: Edgar Allan Poe
Tytuł: Studnia i Wahadło
Rok wydania:1843
Liczba stron: 18

Autor: Edgar Allan Poe
Tytuł: Zagłada domu Usherów
Rok wydania: 1839
Liczba stron: 20


Moja kopia opowiadań Edgara. Chyba nie są takie śmiertelne,
bo jeszcze żyję *badum-tss*
Wpis niejako podwójny nie dlatego, że zainspirował mnie wczorajszy dualizm, ale dlatego, że obie "książki" są krótsze od instrukcji obsługi odkurzacza.

Jak widać wszystkie ilustracje dzisiaj będą kolorowe i pełne jednorożców.
Autor: Harry Clarke

Edgar Allan Poe to postać, którą kojarzą wszyscy, postać tak znana, że już dawno przestała być indywidualną jednostką, a stała się tworem popkultury. Przerabiany na postać fikcyjną w powieściach, umieszczany w internetowych komiksach, przemieniany w strój na Halloween, Edgar Allan Poe stał się synonimiczny z nastrojem grozy. Każdy wie, że gotyk, groza i groteska= Poe. Mając to na uwadze, a także zainspirowana zbliżającym się Halloween postanowiłam sięgnąć po kupiony kilka miesięcy temu zbiór opowiadań autora i przebrnąć przez pozycje z listy. Nastawiona byłam na kilkadziesiąt minut strachu. Zapomniałam jednak, że do strachliwych nie należę.

Tu widzimy jak główny bohater cziluje sobie w otoczeniu wesołych myszek.

Iście gryfońska odwaga jest w przypadku odbioru dzieł dzisiejszego autora (a także w przypadku oglądania wszystkich możliwych slasherów) jednak wadą. Chciałam się bać. Marzyłam o gęsiej skórce i nerwowym spoglądaniu w stronę okna (raz nawet spojrzałam, domaga się porządnego umycia). Oczekiwałam, że będę się bała zmrużyć oko. Nic z tego. I to nie dlatego, że nowele mają w sobie jakiś defekt, że nie są wystarczająco klimatyczne. Nie- tym razem problem leży we mnie.
Zazwyczaj jak książka nam się nie podoba winimy autora odżegnując go od czci, wiary i talentu. Przypinamy mu łatkę grafomana i żartujemy sobie z niego w sytuacjach towarzyskich. Tym razem jednak autorowi nie można nic zarzucić. Obie nowele są doskonale skonstruowane, obie budują napięcie w perfekcyjny sposób, opisy (chociaż moim zdaniem za długie) są obrazotwórcze, mięsiste i klimatyczne. Naprawdę chciałam żeby mi się podobało. Nic z tego.

Już nawet nie wiem jak to podpisać. Serio.

Zacznijmy od "Studni i Wahadła"- nazwana w serialu "Castle" pierwowzorem "Piły" jest zgrabnie napisaną opowieścią o skazańcu. Skazańcu, którego spotkała nietypowa, delikatnie rzecz biorąc kara. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale główną rolę odgrywa w niej wahadło ostrzejsze od gilotyny (i chyba zdradziłam zbyt wiele). Z opowiadania sączy się atmosfera strachu, przerażenia i paniki jaką odczuwa główny bohater, który jest też narratorem całej historii. Ciemność jaka towarzyszy mu na każdym kroku potęguje poczucie desperacji i beznadziejności. Ogólnie określę to tak: "Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie".

Tu artysta nawet umieścił na ilustracji śmierć.
Jakby gigantyczne ostrze nie było wystarczająco sugestywne.

"Zagłada domu Usherów" to zupełnie inna bajka. Tutaj spotykamy narratora, który wyjeżdża do swojego przyjaciela, ostatniego ze starożytnego i szlachetnego rodu Blacków Usherów. Roderyk Usher i jego siostra, oboje wydają się być zdrowo porąbani trawieni tajemniczymi chorobami. Szczególnie Roderyk, który ma trupiobladą twarz, szklane oczy, problemy z porozumiewaniem się i wszystkie objawy lękowe jakie można znaleźć w DSM IV. Sam dom również wydaje się cierpieć na jakieś zaburzenia psychiczne. A potem jest już tylko gorzej (nie będę spoilerować!).

Znowu Harry Clarke. Ilustracja przedstawia prawdopodobnie powrót z sobotniej imprezy.
Prawdopodobnie.

Chyba wiem jaki jest mój główny problem z obiema nowelami- mam nieodparte wrażenie, że Poe próbuje mnie przerazić na siłę. Każda linijka krzyczy BÓJ SIĘ! BÓJ SIĘ! Próbuje zdzielić mnie grozą po głowie jak dres baseballem. A ja nie odpowiadam dobrze na przymus. Mnie raczej marchewką niż kijem (nawet baseballowym)


Jeśli kiedyś napotkacie taką ścieżkę, to: "Ludwiku Dorn… i Sabo, nie idźcie tą drogą. Nie idźcie tą drogą! "
link

Edgar Allan Poe i jego twórczość są jak dobre wino, wszyscy piją, mało kto lubi, ale każdy chciałby być koneserem. Nawet ja. Szczególnie ja. Szkiełko i oko mówią mi, że jest do dobra proza. Znakomita nawet. Ale moje czucie i wiara... cóż powiedzmy po prostu, że jestem niewierna, niewierząca i brak mi (wy)czucia. Ale ogólnie twórczość tego Pana polecam, bo wiem, że nie wszyscy są tak wyprani z uczuć jak ja.

Tutaj artysta zaryzykował dodanie koloru. Oczywiście jest to czerwony.
Jak wiele rzeczy... na przykład powiedzmy krew. link


Dzisiaj cytatów brak, bo... nic nie podkreśliłam.  Nie będę szukać na siłę.

Poe zobaczenia,
M.