Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 listopada 2015

Obiecanki cacanki, czyli Książka Numer Sześćdziesiąt Jeden

Autor: Graham Greene
Tytuł: Koniec romansu
Rok wydania: 1951
Liczba stron: 160
Przyjrzyjcie się dokładnie, tak wygląda największe
rozczarowanie sezonu.

Wróciłam. Mam w głowie wielki powrót, mniej więcej rozmiarów Backstreet Boys. Wiecie trasa koncertowa, zbieranie staników ze sceny, odgrzewanie starych kotletów, takie tam.
Doskonale wiem ile mnie nie było, mam miliony wymówek, wszystkie słabe. Więc bez zbędnego przedłużania, skupmy się na książce, którą przeczytałam prawie dwa miesiące temu. Książce, która była tak miałka, że do pisania tego wpisu podchodziłam przynajmniej cztery razy za każdym razem zwiększając potrzebne dawki alkoholu.
Właśnie się dowiedziałam, że jest ekranizacja.
Z Julianne Moore i Ralphem Fiennesem w rolach głównych.
Założę się, że film będzie mi się podobał
tak bardzo jak książka mi się nie podobała.
Podejście pierwsze: Blablabla ta książka jest taka nudna. Ciekawe, czy gdyby były w niej zombie nie miałabym ochoty jej oddać do okna życia elureowihfkdlslq. ieruihjak.

Podejście drugie: Przeczytałam kolejną książkę. Jestem taka super, że czytam książki. To takie unikatowe zainteresowanie. Znacie kogoś kto czyta książki? Bo ja nie. Och jaka jestem wyjątkowa, chyba należy mi się medal. Kij tam ludzie którzy wchodzą na Everest, ja czytam książki. Kij tam ludzie którzy potrafią zrobić w swoim życiu coś pożytecznego, ja czytam książki. I w dodatku jeszcze piszę bloga wow wow.

Podejście trzecie: Ok, teraz już napiszę ten wpis. Od tego mam przeciwstawne kciuki. Ciekawe co by było jakby ludzie nie mieli przeciwstawnych kciuków. Jak otwieralibyśmy puszki z colą? Albo pisalibyśmy smsy? Czy gdybyśmy nie mieli kciuków to cokolwiek by powstało? Czy istniałyby piramidy? Jak mocno wszystko by się zmieniło dzięki tej jednej jedynej zmianie? Czy Ziemia byłaby podporządkowana innemu gatunkowi? Na przykład psom z przeciwstawnymi kciukami?

Całowanie się w deszczu jest fajne, póki ktoś nie dostanie
zapalenia płuc i nie umrze.

Jak widać wszystkie moje podejścia były wybitnie merytoryczne i bardzo skoncentrowane na przekazaniu wam treści książki. Problem w tym, że ten wpis nie będzie lepszy. Głównie dlatego, że książkę przeczytałam dwa miesiące temu i mało co z niej pamiętam. Ale również dlatego, że książka jest moim zdaniem nudna, bez polotu i żadnych zalet.
Ogólnie fabuła przedstawia się tak: Czasy okołowojenne, główny bohater Maurice Bendrix (pisarz, dlaczego to zawsze są pisarze, czemu nigdy nie jest to na przykład taksydermista?) ma romans z żoną swojego znajomego wojskowego- Sarą. Romans ten jest określany mianem wielkiej miłości i kończy się(przynajmniej dla Bendrixa) nagle, niespodziewanie i bez wyjaśnienia. Po kilku latach, które Maurice spędza na rozmyślaniu nad tym co poszło nie tak (akceptowalne) nasz wzgardzony kochanek wynajmuje detektywa, który ma za zadanie śledzenie Sary (nieakceptowalne).
By trudne sprawy zniknęły gdzieś
Niech twoje serce rozwiąże je
Trudne Sprawy!
Gdybyście się kiedyś zastanawiali nad wynajęciem detektywa, który miałby śledzić waszą wielką miłość, mam dla was jedną radę: NIE RÓBCIE TEGO. Nawet jeśli nie rozumiecie dlaczego związek się skończył. Nawet jeśli wasza potrzeba domknięcia poznawczego przekracza wszelkie dopuszczalne skale. Nie róbcie tego. To nie Ukryta Prawda ani Kiepski Film W Stylu Fatalnego Zauroczenia. Takie rzeczy świadczą tylko o zaburzeniach psychicznych, a nie o uczuciu. Martwe rzeczy pozostawia się martwe nawet jeśli umarły z niewiadomych przyczyn. Sekcja zwłok ich nie ożywi.  Trzeba zrozumieć, że coś się skończyło. Niestety główny bohater troszkę tego nie rozumie i bawi się w stalkera.
Koniec romansu to trochę w sumie smutne.
Niektóre rzeczy nie powinny się nigdy kończyć.
Jak na przykład magic starsy w paczce.
Albo kawałki pizzy.
Albo odcinki dobrego serialu.
Albo pieniądze.
Jednak mimo, że Bendrix wykazuje się totalnym skretynieniem i skrzywieniami prześladowczymi, to nie jemu należy się Złoty Medal Idioty. Na ten medal zasługuje Sara, czyli ukochana głównego bohatera. Oglądaliście kiedyś latynoamerykańskie telenowele? (Nie udawajcie, że nie, bo zaraz wszyscy razem zaczniemy nucić Cambio Dolor por Libertaaaar). Otóż w tych telenowelach jest jeden stały zabieg, który scenarzyści używają, aby rozdzielić głównych bohaterów (nie, nie mam na myśli bycia własnym dawno zagubionym rodzeństwem). Chodzi mi o przysięgę złożoną Bogu. Przysięgę o treści: "Jeśli on przeżyje, przestanę żyć w grzechu i skończę nas romans".
Swoją drogą gdybym się wdała w romans z Ralphem
to żadne znaki od Boga by mnie nie zmusiły żebym go zakończyła.
Nawet jeśli ciskałby piorunami.
Nawet jeśli napadła mnie szarańcza.
Nawet jeśli Ralphowi odpadłby nos...
Nie krytykuję ludzi wierzących. Krytykuję za to ludzi głupich. Ludzi, którzy wierzą, że jeśli drogę przejdzie im czarny kot, to czeka ich kiepski dzień. Ludzi, którzy wierzą, że jeśli winda zatrzyma się na szóstym piętrze to ukochany wyzna im miłość. Ludzi którzy wierzą, że jeśli nie wyślą tej wiadomości do kolejnych dziesięciu osób to w ciągu tygodnia umrze im matka. Takie myślenie, jak pewnie wiecie, prowadzi krętą i dość wymagającą drogą na sam szczyt głupoty. A Sara, główna bohaterka Dzisiejszej Książki Dnia wybrała się na niego bez przewodnika, pionierek i namiotu. Nic więc dziwnego, że nie skończyła dobrze. (Ale nie będę spoilować, nie będę spoilować).
A ten kadr jest taki ładny, że nie chcę go psuć żadnym sucharem.
Dzisiejsza książka prócz głupiego wątku miłosnego ma też w sobie dużo rozkmin teologicznych. Nie lubię książek o Bogu. Nie lubię jak mi się wciska religię doustnie, dożylnie i drogą wzrokową. Nie lubię, gdy moralizatorstwo ubiera się w piórka literatury. A najbardziej to nie lubię jak miłość do Boga porównuje się do miłości do mężczyzny. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Równie dobrze można porównywać Charmandera do Drogona, w końcu jedno i drugie jest smokiem. Serio, ja rozumiem, że "Pieśń nad Pieśniami" może nieco namieszać w głowie. Rozumiem też, że można przedawkować piosenkę Marii Magdaleny z "Jesus Christ Superstar", ale naprawdę nie mieszajmy Boga z Seksem. Błagam nie. Oddajmy Bogu co Boskie a Cezarowi co Seksowne. Błagam. Panie Grahamie, Błagam.
To takie niesprawiedliwe, że nawet ze złamanym sercem Julianne
wygląda pięknie jak Śpiąca Królewna.
Ostatnim razem jak mi ktoś złamał serce oczy zaropiały mi tak,
że straciłam połowę rzęs próbując je rozkleić.
Gdzie sprawiedliwość ja się pytam!
Można powiedzieć, że nie rozumiem tej książki. Że pokazuje ona jak ważny jest Bóg. Jak jest wszechmogący. Jak potrafi zmienić czyjeś życie. Być może moja wiara jest zbyt słaba, aby poruszyła mnie ta powieść. I tak naprawdę nie jest to jakaś horrendalnie zła książka. Mimo wszystko jednak, to właśnie z jej powodu porzuciłam tego bloga na niemalże wieki. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, a przypominam, że pisałam już o takich kwiatkach jak "Miłość w czasach Zarazy" i "Weronika postanawia umrzeć". Wybierając tę książkę liczyłam na coś z mięsem, mrocznego, z obsesją i stalkerem na poziomie pro. A dostałam jakieś bajdurzenie o miłości, o Bogu i o moralności ludzkiej. Nie taką książkę zamawiałam! Reklamacja!
Droga Julianne idź być naturalnie piękna, gdzieś indziej.
Przepraszam, że ten wpis jest tak chaotyczny. Z pisaniem jest jak z jazdą na rowerze, niby się nie zapomina, ale jednak do wprawy wrócić trzeba. Cytatów brak, bo inaczej bloger by płakał jak cytował.
Ekhem Bendrix, to nie jest dobra skala!
To nie jest dobra skala!
Chyba że mierzysz stopień popaprania.

Kończąc romans pozdrawiam,
M.

niedziela, 30 sierpnia 2015

O małych dziewczynkach, ładnych widokach i topieniu kociaków, czyli Książka Numer Pięćdziesiąt Dziewięć

Tytuł: Pejzaż w kolorze sepii
Autor: Kazuo Ishiguro
Rok wydania: 1982
Liczba stron: 183
Wszystkie okładki kłamią.
Ta kłamie wyjątkowo mocno.
Debiuty literackie są jak pierwsze pocałunki. Jasne, bywają takie, które wbijają w ziemię i na zawsze zostają w pamięci, ale jednak większość naznaczona jest piętnem niedoświadczenia i błędów niedoświadczenia. Czasami wystarczy przeczytać pierwszy rozdział, żeby wiedzieć, że jest to książka dziewicza, czasami dowiadujemy się o tym, gdy punkt kulminacyjny raczej nie zwala z nóg, czasami orientujemy się dopiero po skończeniu lektury. Niemniej jednak debiuty literackie to zupełnie odmienny okaz gatunku Ficcium literatum i właśnie ta specyfika sprawia, że podchodzę do nich zarówno z większą tolerancją jak i większą ostrożnością. Tym razem jednak wszelkie moje środki ostrożności zawiodły. Nowy okaz przyszedł i totalnie namieszał mi w łepetynie. Przeczytałam bowiem książkę, z której chyba nic nie zrozumiałam.
troszkę żałuje, że to nie jest okładka
mojej kopii, ta jest dużo bardziej creepy.
"Pejzaż w kolorze sepii" to książka niezwykle specyficzna. Autorstwa Kazuo Ishiguro, brytyjskiego pisarza o japońskim pochodzeniu, łączy w sobie te dwie kultury w dziwny, chociaż organiczny sposób. Mimo iż jest napisana po angielsku, ma w sobie coś z kultury języka japońskiego, który jest językiem niedopowiedzeń i czytania między wierszami. I właśnie taka jest ta książka- pełna niedopowiedzeń i zmuszająca do czytania, nie tylko między wierszami, ale i między słowami, akapitami, literami i znakami interpunkcyjnymi. Wszystko po to, aby odpowiedzieć sobie na jedno, egzystencjalne wręcz pytanie: O co w tym wszystkim do jasnej cholery chodzi?!
ta zresztą też, ale bądźmy szczerzy,
wszystko jest lepsze od sztampowego
obrazka laski w kimonie. 
Zacznijmy jednak może od początku. Opis książki wydaje się prosty jak kąt. Otóż Etsuko, zamieszkała w Anglii Japonka kontempluje samobójczą śmierć swojej córki jednocześnie wspominając pewne lato w Nagasaki, tuż po wojnie, kiedy wszystko było inne, a jej świat oscylował między własnymi problemami (mąż, ciąża, teść) a problemami jej sąsiadki Sachiko (niesforna córka, brak pieniędzy, chęć wyjazdu do Ameryki).
Nawet sztampowe dwie
rozmazane figury
Wszystko wydaje się dość banalne prawda? W dodatku książka ma niewiele ponad 180 stron. Jak skomplikowana może być książka krótsza od pierwszej części Harry'ego Pottera, myślałam. Czeka mnie lekka, przyjemna lektura o typowo japońskich rozkminach, myślałam. Wreszcie się zrelaksuje, myślałam. Tymczasem "Pejzaż w kolorze sepii" miał wobec mnie zupełnie inne plany. I zamiast intelektualnego SPA zaoferował mi średnio odprężający drenaż mózgu.
A teraz, bo skończyły mi się ilustracje, wrzucę kilka
pejzaży w kolorze sepii.
(haha, jestem taka zabawna)
Od pierwszego rozdziału wiadomo, że coś jest nie tak. Coś nie pasuje. Niby sielanka o domu, ciąży, nowej sąsiadce, wizycie teścia, ale fałszywa nuta wibruje w powietrzu i mrozi krew w żyłach. W dodatku narracja ciągle przeskakuje od tamtego lata w Nagasaki, do innego lata w Anglii, już po śmierci Keiko (córki głównej bohaterki). Te zmiany miejsca i czasu akcji wybijały mnie z rytmu i wzbudzały skrajny niepokój- co łączy zwykłe lato w Japonii z samobójczą śmiercią młodej dziewczyny? Dlaczego główna bohaterka się tak dziwnie zachowuje? Skąd się biorą te dziwne osoby- jakaś tajemnicza kobieta, którą widzi tylko córka Sachiko, nieznajoma dziewczynka na huśtawce, która zapada w pamięć Etsuko? Co ma piernik do wiatraka i dlaczego mam wrażenie, że jedno i drugie jest żądne krwi? Oraz dlaczego w tej książce jedna z bohaterek topi skrzynkę pełną małych kotków?! Jak potworną osobą trzeba być, żeby topić małe kotki! Nawet Umbridge lubiła kotki! Nawet ona!!!
Szczerze. to nawet nie wiem, czemu ta książka ma taki tytuł.
Chyba autentycznie NIC z niej nie zrozumiałam.
Mądry czytelnik szybko się zorientuje, że mamy do czynienia z narratorem niewiarygodnym. Etsuko, która snuje swoją opowieść jest równie godna zaufania jak staruszka z wyłupiastymi oczami i wielką krostą na nosie oferująca nam czerwone jabłko. Jej historia jest tak pogmatwana, tak pełna dziwnych skojarzeń i symboli, że nasz wbudowany wykrywacz kłamstw brzęczy, piszczy i świeci wszystkimi kolorami tęczy. Jakby tego było mało w tej książce nic nie jest powiedziane, mało co jest pokazane, wszystko natomiast jest zasugerowane. Dialogi są fasadowe, wydarzenia rozmyte i pourywane, postaci tajemnicze i fantasmagoryczne. Czytając tę książkę czułam się trochę jakby jakiś przychlast pomieszał ze sobą dwa pudełka wieloelementowych puzzli przedstawiających dwa czarne kwadraty i śmiejąc się w głos powiedział: a teraz układaj szmato! 
THIS
Jak widać z chaotycznego charakteru tego wpisu ta książka pozostawiła mnie w stanie stuporu i wewnętrznej konfuzji. Samo zakończenie także nie pomogło. Pamiętacie tę rozkminę, po zakończeniu "Incepcji", kiedy każdy się zastanawiał, czy to był sen czy nie? W porównaniu do epilogu "Pejzażu..." tamto zakończenie wydaje mi się jednoznaczne. Dzisiaj trzy razy sprawdzałam, czy przypadkiem nie przeoczyłam jakiegoś rozdziału. Chciałam nawet iść do mojej Mekki, gdzie ową książkę kupiłam i złajać Przystojnego Księgarza, że po raz pierwszy w ciągu naszej znajomości sprzedał mi wadliwy egzemplarz. Jednak Internet mówi, że tak nie jest. Że jest to jedyne i oficjalne zakończenie, nie ma żadnej sceny po napisach, a ruganie Przystojnego Księgarza powinnam sobie zostawić na inny dzień.
and this
Pozostaje pytanie, czy książka mi się podobała. Szczerze mówiąc, nie wiem. Z jednej strony miała coś w sobie, coś co wciągnęło mnie na tyle, że pomimo tego jak bardzo mi zasupłała moje szare komórki, starałam się ten węzeł gordyjski rozwiązać. Z drugiej jednak strony, mocno widać, że jest to pierwsza powieść autora. Za mocno się starał stworzyć tajemnicę. Przecenił zdolności intelektualne czytelnika. Sama narracja jest też nieco nieopierzona, brak jej polotu, gracji, taki trochę literacki żółtodzioby pisklak z niej. Jednak dobrze rokuje na przyszłość. Na tyle dobrze, że gdyby nie moja zasada "nie czytaj dwóch książek tego samego autora pod rząd" już byłabym w drodze do Mekki, po kolejną biblijną książkę Ishiguro. 
A tu mamy gif z jednego z moich ulubionych filmów.
Jest on na podstawie innej książki Ishiguro.
Tej książki nie ma w Biblii.
Typowe.
Kilka cytatów, w które moim zdaniem, ta książka była uboga:
  • Pamiętam wszakże wyczuwalną tam atmosferę tymczasowości, jak gdyby każde z nas wyczekiwało dnia, kiedy przeniesie się w jakieś lepsze miejsce
  • Niczym z raną na własnym ciele, możliwe jest utworzenie intymnej więzi z niesamowicie niepokojącymi rzeczami. 
  • Wspomnienia, zdaję sobie z tego sprawę, mogą być zawodne, często bywają mocno barwione okolicznościami podczas których nas nachodzą.
Pozdrowienia w kolorze sepii śle,
M.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Bez rozgrzeszenia, czyli Książka Pięćdziesiąta Szósta

Autor: Ian McEwan
Tytuł: Pokuta
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 399
Kolejna książka z Keirą na okładce...
Dzisiaj będzie o mojej byłej wielkiej miłości. Takiej, która zwala z nóg, sprawia, że przestajemy oddychać i usiłujemy sami zaprojektować swoją studniówkową sukienkę. Nie, nie musicie się martwić, to nie jest wpis o żadnym facecie, to nadal jest blog o książkach. Jednak moja dzisiejsza przygoda z Książką Dnia, przypominała trochę próbę powrotu do swojego byłego. Jakieś tam uczucia nadal są, ale nie jest to już to samo co wtedy.
Dzisiaj ilustracje będą z ekranizacji.
Ekranizacji której zawdzięczam nie tylko moją miłość
do McAvoya...
Książki się nie zmieniają. Należy o tym pamiętać. Zapisane rozdziały nie są ruchome jak obrazy w Hogwarcie, nie ożywają jak zabawki w Toy Story. Nie zmieniają szyku pod naszą nieobecność. Książka, którą otwieramy po kilku latach przerwynadal jest tą samą konstelacją słów. To my się zmieniliśmy. Nie możemy mieć więc pretensji do autora, że jego książka nie zachwyciła nas tak samo teraz jak kiedyś. To nie ona nie przetrwała próby czasu, tylko my. 
...Ale również fakt, że na studniówce tysiąc lat temu,
miałam na sobie zielony worek na ziemniaki.
Jak już wspomniałam, była to kiedyś dla mnie książka wyjątkowa. Byłam zakochana w jej wnętrzu (w fabule i przesłaniu) oraz w jej pięknym obliczu- kształcie zdań, krzywiźnie metafor, uroku porównań. I chociaż czar aparycji dalej działa na mnie jak zapach szarlotki, to jednak sama treść straciła nieco ze swojej magicznej mocy. Chyba po prostu za wiele książek już w swoim życiu przeczytałam, aby dać się złowić na tę przynętę.
Oglądając ten film zawsze zastanawiam się, kto jest piękniejszy
James...
"Pokuta" składa się z trzech części. Ma troje głównych bohaterów. Trzy różne punkty widzenia. Trzy odmienne historie przeplatające się ze sobą, wzajemnie połączone i stanowiące jedność niczym Święta Trójca. W pierwszej części trzynastoletnia Briony, dziewczynka obdarzona zbyt dużą fantazją, wyobraźnią i skłonnością do fantazjowania obserwuje dziwną scenę rozgrywającą się pomiędzy dwoma pozostałymi osobami dramatu- jej starszą siostrą Cecilią i synem ich gospodyni Robbie'm. Briony jako niespełniona pisarka dopisuje wszystkiemu zbyt duże i mylne znaczenie. Pozbawiona doświadczenia, rodzące się wzajemne uczucie bierze za jednostronną obsesję. I gdy jej rodzinę dotyka tragedia (mini spoiler: ktoś gwałci jej kuzynkę), wyciąga błędne wnioski i niszczy życie dwojga zupełnie niewinnych osób. 
... czy Keira
Muszę przyznać, że lektura pierwszej części książki przypominała mi dlaczego tak bardzo byłam w tej powieści zakochana. Czułam się jak gdybym ponownie spotkała się ze swoim byłym ukochanym. Odżyły dawne wspomnienia, zwracałam uwagę tylko na zalety, cieszyłam się z powrotu. Jednak szybko nadeszła część druga. Część drug, która traktuje o wojnie. Ostatnio za dużo czytam książek o wojnie, więc trochę spadły mi klapki z oczu. Zrozumiałam, że książka ta nie jest tak nieskazitelna jak uśmiech Anne Hathaway. Ma tendencję do przeintelektualizowań, momentami jest pretensjonalna, sam opis wojny również nie jest jakiś wybitny. Innymi słowy- przypomniałam sobie dlaczego "zerwałam" z tą powieścią. Trzecia część była przyjemna, na pewno przyjemniejsza od drugiej, ale już nie tak uwodzicielska jak pierwsza. Opowiadała o dalszych losach Briony, o tym jak starała się naprawić swój błąd oraz o tym jak ten błąd zmienił ją samą. Ta część utwierdziła mnie w przekonaniu, że chociaż moja miłość do "Pokuty" raczej się wypaliła, to jednak możemy pozostać przyjaciółkami.
Chyba po prostu są równie piękni.
Tyle jeśli chodzi o to, czym jest ta książka dla mnie. Jednak może skoncentrujmy się może przez chwilę na tym, czym ona jest w ogóle. Jest opowieścią o dziewczynce, która podjęła złą decyzję. Która zbytnio zatraciła się w swoich literackich wynaturzeniach i straciła kontakt z rzeczywistością. Która słysząc tętent kopyt zobaczyła dwurożca. Która chcąc pomóc zaszkodziła. Ogólnie gdyby nie ta mała smarkula wszystko by się skończyło zupełnie inaczej. W teorii powinnam jej współczuć, jednak nie umiem. Za bardzo nabruździła w życiu innych, żebym była w stanie obdarzyć ją sympatią. Jedyne czym ją mogę obdarzyć to chłodne spojrzenie i kilka całkiem zgrabnych przekleństw. Lubię za to bardzo jej starszą siostrę. Cecilia, chociaż mniej skomplikowana i nakreślona dużo cięższą ręką, ma w sobie coś, co chwyta mnie za serce. Może chodzi o to, że ona nie ogarnia życia równie mocno jak ja. Może o to, że w jej pokoju jest większy bałagan niż w moim. Może o to, że pali ile wlezie, tłucze wazony i bez zastanowienia wskakuje do fontanny. Takich właśnie ludzi lubię. Wskakujących do fontanny i tłukących wazony. Jest również Robbie, jej ukochany. Robbie'go też lubię, bo pomógł stłuc wazon, a zamiast przeprosin omyłkowo wysłał coś, co można nazwać tylko i wyłącznie listownym sextem. Ludzi którzy zamiast przeprosin przypadkowo piszą o lizaniu cipki lubię jeszcze bardziej od tych, którzy wskakują do fontann. Robbie to mój typ człowieka.
Briony też jest ładna, ale dopiero jak dorośnie i zacznie piec ciastka
do Grand Budapest Hotel.
Jak widać historia miłosna dla odmiany przypadła mi do gustu. Głównie dlatego, że nie była cukierkowa, lukrowana, przesłodzona. Była ciastem marchewkowym, a nie watą cukrową Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, raczej miłość w stylu: "znam cię całe życie, graliśmy razem w piłkę, a teraz nagle mam na ciebie chcicę i nie wiem co z tym zrobić". Cecilia i Robbie są niezręczni, zakłopotani, doznają wstrząsu z powodu zetknięcia się z wysokim napięciem seksualnym. I chociaż to wszystko jest nieco przekombinowane i przemielone przez literacką maszynkę idealizującą, to wcale nie jest ciężkostrawne. Przynajmniej nie dla mnie.
Wojna, wojną, ale Pan Tumnus w lesie zawsze będzie wyglądał godnie.
Podumowując. "Pokuta" jest wielowarstwowa. Nie jest opowieścią płaską i jednostronną. Ma mnogość morałów. Można ją czytać wiele razy, koncentrując się na innym jej aspekcie. Wszystkiego w niej trochę. Trochę wojny. Trochę miłości. Trochę potęgi wyobraźni. Trochę roli twórczości. Trochę małych głupich dziewczynek i trochę patosu. Mi się trochę podobało. Wam może trochę wcale się nie podobać, trudno mi przewidzieć. Póki co jednak poleciłam tę książkę kilku osobom i wszyscy byli na tak. Jednak jak nie chce wam się zarywać sześciu godzin, możecie śmiało obejrzeć film. Jest równie dobry i (jakbyście nie zauważyli) ma w sobie Jamesa McAvoya.
Już nawet nie wiem, co pisać. Ci ludzie są za piękni, wyżera mi mózg. 

Żegnam cytatami:
  • To dość jasne - sytuacja, w której jedna osoba czeka na drugą przypominała arytmetyczną sumę i była tak samo jak ona wyprana z emocji. Czekanie. Jedna osoba po prostu nic nie robi przez cały czas, a druga się do niej zbliża.
  •  Ceną snów na jawie był zawsze moment powrotu - przeciwstawienie się temu, co było przedtem i co teraz wydawało się jeszcze gorsze.
  • Jak dotkliwie poczucie winy rafinowało metody autotortury, nizając paciorki detali na wieczną pętlę różańca, który przez całe życie miała przesuwać między palcami.

Więcej grzechów nie pamiętam,
 M.




środa, 29 lipca 2015

Człowiek Dwie Twarze, czyli Książka Numer Pięćdziesiąt Pięć

Autor: Robert Louis Stevenson
Tytuł: Doktor Jekyll i pan Hyde
Rok wydania: 1886
Liczba stron: 57
To nie Dracula.
W książce nie ma ani jednego nietoperza.

Dzisiaj kolejny wpis o klasyku, który chociaż sam w sobie jest niewielkich rozmiarów, to odcisnął duży ślad w historii literatury. To kolejna książka, którą mniej lub bardziej kojarzą wszyscy. WSZYSCY. Bohaterowie dzisiejszej Książki Dnia w naszym kraju znani nawet największym ignorantom dzięki cudownej, wybitnej i jakże rytmicznej piosence zespołu Ich Troje (i nie, nie kręćcie głową, dobrze wiem, że nucicie sobie teraz "i nie wiem jak bez ciebie mógłbym żyć ołijeee). 

Tym razem dużo ładnych ilustracji wpadło mi w oczy.
link
Jednak nawet jeśli odłożymy klasyki polskiej muzyki rozrywkowej na bok, musimy przyznać, że podobnie jak w przypadku Frankensteina (o którym już pisałam) lub Draculi (o którym dopiero będę pisać) dzisiejsza książka przemigrowała z krainy ściśle literackiej do szerokiego świata popkultury. Jest to jedna z tych książek, której tak naprawdę wcale nie trzeba czytać, bo wszyscy wiemy o co chodzi. Wiemy, że jest Doktor Jekyll, który nagle odcina się od znajomych, zmienia swój testament i zapisuje wszystko typowi z pod ciemnej gwiazdy. Wiemy, że prawnik i przyjaciel doktora Jekylla robi wszystko, aby się dowiedzieć, co go skłoniło do tej decyzji. Wiemy, że po drodze umiera jakiś niewinny człowiek. I co najważniejsze wiemy jakie jest clou całej opowieści 
Nie wiem, czemu ci wszyscy naukowcy zawsze
muszą być szaleni. Jakby nie mogli swojego
intelektu użyć w jakiejś słusznej sprawie.
Na przykład wynaleźć nietuczące frytki.
link

Czasami możemy znać fabułę od A do Z, od końca do początku, a wybrane fragmenty cytować z pamięci jak dialogi ze Shreka, a nadal będziemy odczuwać przyjemność z czytania. Tym razem jednak tak nie jest. W przypadku noweli Stevensona, świadomość, że wiemy jak to wszystko się kończy jest jak cierń w oku, drzazga między palcami, czy nawet wrzód na... żołądku. Opowiadanie ma za zadanie wzbudzić naszą ciekawość, powinniśmy się zastanawiać kim jest ten okropny, skarlały, brutalny morderca Pan Hyde i na czym zasadza się jego relacja z dobrym, uczonym i rozważnym doktorem Jekyllem. W momencie, kiedy wiemy, że jest to (SPOILER) jedna i ta sama osoba, cała zabawa z lektury pryska. To nie jest Fight Club, żeby rajcować się stylem pisania, zawiłą fabułą i mnóstwem innym smaczków. Tu nie ma nic co nam osłodzi gorzki posmak zepsutego zakończenia. Opowiadanie jest skonstruowane na zasadzie budowania napięcia na fundamentach tajemniczności. W momencie, kiedy owa tajemniczość zupełnie nie istnieje, fundamenty są dziurawe, a nasze napięcie, a co za tym idzie również zainteresowanie spada szybciej niż poparcie Kukiza w sondażach OBOPu.
Mi cała ta książka została zaspoilowana zanim jeszcze
zaczęłam czytać.
Wielkie dzięki Looney Tunes.
Jasne sam koncept opowieści, wizja dualizmu tak polaryzującego, że aż rozrywającego człowieka na dwie istoty jest strzałem w dziesiątkę. Jest genialna w swojej prostocie i uderza w sedno ludzkiej natury. Ogólnie nowelę tę można analizować z kilkunastu super intelektualnych punktów widzenia. Można pisać, że ukazuje ona zwierzęcą i ludzką część człowieka. Można gadać, że jest to personifikacja id i ego. Można pisać traktaty, elaboraty i inne aty o tym jak skomplikowana jest duszą człowieka albo też udowadniać paragraf po paragrafie, objaw po objawie, że doktor Jekyll cierpiał na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości (aka rozdwojenie jaźni). Ale ja nie jestem od tego, nie lubię rozkładać powieści na czynniki pierwsze i robić na nich wiwisekcji tylko po to, aby później móc wrzucić z siebie jakiś pseudointelektualny bełkot. Ja czytam, żeby czerpać przyjemność z lektury. A tym razem żadna przyjemność nie została mi dostarczona. Nawet sama idea totalnej zmiany osobowości spowodowanej jakimś związkiem chemicznym mnie nie ruszyła, gdyż no cóż, jestem kobietą i wiem co to PMS.
A w tym roku ITV będzie emitować serial oparty o tę nowelę.
Serial, który obejrzę z powodów czysto intelektualnych.
Wcale nie dlatego, że mężczyzna ze zdjęcia powyżej gra główną rolę...

"Doktor Jekyll i Pan Hyde" jest książeczką krótką i treściwą. Utrzymaną w charakterystycznym stylu brytyjskich klasyków XIX wieku. Wszystko było dokładne, wyważone, spokojne i suche jak trzytygodniowa bułka. Owszem bywało klimatycznie, troszkę wiktoriańsko, troszkę gotycko, ale nic nie wyróżniało się na tyle, abym mogła wam tę powieść polecić. Jeśli macie godzinę do zabicia- na przykład czekacie w kolejce do dentysty, a pod ręką do przeczytania macie tylko tę książkę i Chwilę dla Ciebie to, jasne możecie sami sprawdzić czy mam rację. Możecie też przeczytać Chwilę dla ciebie i przynajmniej pokręcić się na karuzeli śmiechu wybitnie zabawnych historyjek.
No ale bez tej książki nie byłoby pewnie też tego Pana.
A ja bardzo lubię tego Pana...

Dzisiaj nie ma cytatów, więc żegnam
Ani J ani H,
M.

piątek, 24 lipca 2015

Rolnik szuka żony, czyli Książka Numer Pięćdziesiąt Cztery

Autor: Thomas Hardy
Tytuł: Z dala od zgiełku
Rok wydania:1874
Liczba stron: 476
Filmowa okładka lepsza od żadnej.
Plus tym razem nie ma Keiry, ciekawa odmiana. 

Aktualnie w kinach można obejrzeć film "Z dala od zgiełku" z właścicielką najbardziej uroczego uśmiechu na świecie Carey Mulligan w roli głównej. Jako, że mam w planach wybranie się na najbliższy seans, postanowiłam wpierw przeczytać książkę na podstawie której ów film zrealizowano. Coś w mojej głowie (intuicja albo omamy słuchowe) podpowiadało mi, że ta książka przypadnie mi do gustu. W końcu na trailerze widziałam a)owce b)kobietę odrzucającą zaręczyny oraz c)przystojnych mężczyzn, czyli trzy z moich ulubionych rzeczy (nie było pączków i jednorożców, ale cóż, nie można mieć wszystkiego). 
W książce jest dużo rozmów, koni i ludzi
chodzących o lasce.
(Nie dlatego, że są jak House,
tylko taka była moda)

Jeśli chodzi o książkę, to sama fabuła nie jest trudna do wytłumaczenia. Mamy główną bohaterkę Betsabę Everdeen, która dziedziczy po zmarłym wuju farmę i zwalniając ekonoma postanawia wszystkim zarządzać sama. Niestety, ten prawie feministyczny wybryk jest tylko preludium do wydarzeń właściwych. Wydarzeń, które przypominają trochę Randkę w Ciemno, a trochę mój absolutnie ulubiony program "Rolnik szuka żony". Podobieństwa są uderzające. O naszą główną bohaterkę stara się trzech zakochanych w niej kandydatów. Oto ich sylwetki:
Kandydat Numer Jeden: Gabriel Oak pasterz/farmer, biedny, średnio przystojny, ale bystry i ze złotym sercem. Zakochany w głównej bohaterce niemalże od pierwszego wejrzenia. Zainteresowania: owce i granie na flecie.
Kandydat Numer Dwa: Pan Boldwood, stary kawaler, który dotychczas nie zwracał na żadne kobiety uwagi. Dość bogaty. Zakochany w naszej bohaterce niemalże od pierwszego wejrzenia. Zainteresowania: jego farma i stalkowanie naszej głównej bohaterki.
Kandydat Numer Trzy: Frank Troy, przystojny i charyzmatyczny żołnierz. Podrywacz jakich mało. Zainteresowania: alkohol i hazard.
Jest też dużo owiec. Bardzo dużo owiec.
link

Tak wyglądają trzy bramki w które może strzelać nasza bohaterka, jednak co można powiedzieć o niej? Jaka jest ta cudowna kobieta, która bez żadnego problemu podbiła serca, nie jednego, nie dwóch, ale trzech wybitnych kandydatów? Po pierwsze i najważniejsze, jest piękna. Bohaterki tego typu książek zawsze są piękne. Betsaba jest tak piękna, że trzeba o tym pisać w każdym rozdziale. Jest też niesamowicie pewna siebie i nieco próżna. Ma silny charakter, jest odważna i niezależna. W pewnym momencie nawet ruga jednego ze swoich adoratorów, za to że wyznaje jej miłość po pierwszym spotkaniu. (Four for you Betsaba Everden! You go Betsaba Everden!). Później jednak, gdzieś mniej więcej w połowie książki nasza dumna, uprzedzona, rozważna i romantyczna się zakochuje i staje się po prostu wkurzająca. Ale hej! udało jej się zachować zdrowy rozsądek przez połowę książki, to chyba rekord jeśli chodzi o bohaterki tego typu powieści.
Są też klify, wielkie rozmyślania i egzystencjalizm.

Oczywiście możecie się domyślić z samego opisu postaci jak wszystko się potoczy- kto naszej bohaterce złamie serce, komu odbije na jej punkcie, z kim będzie na końcu. I moim zdaniem nie ma w tym nic złego. Cała przyjemność z czytania tej książki polega na kibicowaniu temu jednemu jedynemu właściwemu bohaterowi w jego próbach zdobycia wybranki swojego serca. Trochę jak oglądanie telenoweli. W sumie jak tak teraz myślę, to ta książka ma z telenowelą wiele wspólnego, włącznie z uczuciami-granatami (wybuchają po trzech sekundach), powłóczystymi spojrzeniami, niechcianymi ciążami, chorobami psychicznymi, morderstwami i uwaga  klejnot w mydlanej koronie włącznie z pozorowaniem własnej śmierci. Tak, ta książka to worek atrakcji rodem z Trudnych Spraw i Esmeraldy. 
Carey i jej uśmiechu tam nie ma,
ale cóż od czego jest wyobraźnia?

Muszę się jednak przyznać do wstydliwego sekretu. Ta powieść mi się podobała. Podobała mi się w ten sam sposób w jaki podoba mi się "Little Things" One Direction i "Szkoła Uczuć" z Mandy Moore. Chodzi mi o takie typowe guilty pleasure. Uwierzcie mi to, że tak strasznie wkręciłam się w przygody Betsaby sprawia, że chcę usypać wielki stos i spalić się na nim ze wstydu. Nie wiem o co chodzi. Nie wiem dlaczego jestem pod takim urokiem tej powieści. Czym mnie omamiła? Może chodzi o to, że przez większą część powieści Betsaba jest niesamowicie niezależna, odrzuca pomoc mężczyzn i stara radzić sobie sama. Może chodzi o to, że pomimo tego, że głupia miłość rozprzestrzenia się w tej książce jak dżuma, to jednak przynajmniej połowa bohaterów zachowuje się w granicach rozsądku... może... nie wiem, nie mam pojęcia. Czuję się jak wtedy, kiedy w pierwszej klasie gimnazjum usiłowałam wytłumaczyć moim przyjaciółkom, dlaczego podoba mi się chłopak, który nie posiadał prawie żadnych zalet. 
Nie ma też Michaela Sheena i jego cudownej lekko siwiejącej brody...

Nie chcę was okłamywać- to nie jest wybitna książka. To prawdopodobnie nie jest nawet dobra książka. Jest równie przewidywalna jak komedia romantyczna z Katherine Heigl i tak samo jak ona ambitna. Nie porusza trudnych tematów, nie bawi, nie uczy, chyba nawet nie wzrusza. Ot taka, zwykła obyczajowo-romantyczna, historyczna popłuczyna. Ale jednak tak bardzo mi się spodobała, że nie byłam w stanie jej odłożyć, chociaż byłam po dublecie w pracy, dziesięciu kilometrach biegu i godzinnym pilatesie. Szczypałam się w policzki, żeby nie zasnąć, zanim dowiem się czy żyli długo i szczęśliwie. 
Ani Toma Sturridge'a i jego wąsa
(Ale to chyba akurat dobrze)

Jeśli chodzi o styl pisania pana Hardy'ego to mam pewne wątpliwości. Owszem, jest ładny, piękny nawet, ale w ten niesamowicie wymuszony sposób, który trąci fałszem. Czytając tę książkę wyobrażałam sobie autora, który siedział przy kominku i pisał: "Betsaba szła drogą", po czym kręcił nosem i wąsem (nie wiem, czy miał wąsa, ale widzę go z wąsem) i mówił: "za mało poetyckie" i zmieniał to zdanie na: Betsaba kroczyła spokojnie, ścieżką jasną jak pierwsze promienie słońca, stawiając stopa za stopą niczym młoda łania". To nie jest zdanie z książki, ale wiecie o co mi chodzi. I czasami te zdania wychodziły naprawdę ładnie, a czasami przekształcały się w pretensjonalne buble. Jednak byłam tak wkręcona w fabułę (tak w tę nieprzewidywalną, pełną zwrotów akcji fabułę, którą streściłam wcześniej), że przymykałam na te trefne zdania oko. 
Nie ma też tego Pana, którego nazwiska nie pamiętam.
Chociaż w sumie jeśli macie moje wydanie, to jest na okładce...

Podsumowując- jeśli macie ochotę na dobry wieczór z ciepłą herbatą, lekką i przyjemną lekturą o tym, kto z kim i dlaczego w dziewiętnastowiecznej Anglii (serio dlaczego te wszystkie melodramaty zawsze rozgrywają się w dziewiętnastowiecznej Anglii?) to polecam Dzisiejszą Książkę Dnia. Może też wam się spodoba i będziecie w stanie mi wytłumaczyć, co jest w niej takiego wyjątkowego, że nie jestem w stanie napisać wpisu wypełnionego hejtem, jadem i złośliwościami. Wspomnę tylko, że jeden z bohaterów był tak okropnym szowinistą, że umieściłam go na liście Największych Literackich Przychlastów Wszechczasów zaraz obok Wertera. ("Ale on pod moją nieobecność wkradł się w twoje serce i obrabował mnie. (...) Przy pomocy bezczelnego łgarstwa ukradł mi twoje serce!" oraz "Sama pani twierdzi, że powinna mi wynagrodzić krzywdę, więc niech ją pani wynagrodzi wychodząc za mnie" wśród moich ulubionych cytatów tego Pana.)
Nie ma też Matthew Lewisa...
(Okej, w ekranizacji też go nie ma,
ale jest w mojej głowie, więc jest też i tu)

Czas na zgoła inne cytaty:
  • Może Pan pocałować mnie w nóżkę, bo usta zachowuję dla bardziej odpowiedniego konkurenta.
  • Często się zdarza, że przeciętny mężczyzna żeni się dlatego, że nie mógłby posiadać kobiety bez małżeństwa, przeciętne zaś kobiety godzą się oddać mężczyźnie tylko dlatego, że jest to warunkiem małżeństwa,
  • Betsaba miała zbyt dużo rozsądku, by poddać się całkowicie swojej kobiecości, miała jednak zbyt dużo kobiecości, by móc kierować się rozsądkiem w sposób dla siebie korzystny, 
  • Trudno jest kobiecie wyrazić swe uczucia w słowach, które zapewne wymyślili mężczyźni dla określenia swych męskich uczuć. 


Z dala od zgiełku pozdrawia was,
M.