niedziela, 18 stycznia 2015

3,141592 czyli Książka Trzydziesta Trzecia

Autor: Yann Martel
Tytuł: Życie Pi
Rok wydania: 2001
Liczba stron: 399
Ta okładka będzie mnie nawiedzać w koszmarach
do końca życia.

Nie lubię książek o rozbitkach, bezludnych wyspach i dryfowaniu po oceanie. Jeżeli nie nazywasz się Tom Hanks i nie przedzierasz się przez błękitną toń z piłką do siatkówki o imieniu Wilson to nie jestem zainteresowana twoją historią. Dlatego dzisiejszą Książkę Dnia omijałam szerokim łukiem. Za każdym razem, gdy zabierałam moją współlokatorkę P. na buszowanie po księgarniach, "Życie Pi" prześladowało mnie swoją tygrysią okładką. Za każdym jednak razem oświadczałam, że prędzej kupię biografię Kim Kardashian niż tę powieść. Skończyło się na tym, że P. nie wytrzymała psychicznie i podarowała mi ją jako podarunek z okazji "Zamknij się i zacznij czytać". No więc zaczęłam.
W ilustracjach nie będzie wielkiej różnorodności tematycznej.
Większość będzie przedstawiała tygrysa, chłopca i łódkę.
W tej kolejności.
Link
Muszę przyznać, że początek czyta się zgrabnie. Przez początek mam na myśli te rozdziały, które nie dotyczą Bycia Rozbitkiem. Okej, łówny bohater gada dużo o wszystkich religiach jakie wyznaje (hinduizm, islam i chrześcijaństwo JEDNOCZEŚNIE! w końcu posiadanie jednej religii jest dla frajerów, prawda?), ale mówi też dość dużo o zwierzętach. A to dlatego, że jego rodzice posiadają ZOO. Właśnie te fragmenty dotyczące dobrodziejstwa inwentarzu podobały mi się najbardziej.  Lubię zwierzęta, mam nawet darmową przepustkę do naszego lokalnego zoo, gdzie od czasu do czasu badam kapucynki, koczkodany i szympansy. Z tego powodu rozdzialiki opowiadające o nosorożcach, kozach i słoniach rozbudziły moje nadzieje. Może ta książka wcale nie będzie taka zła, myślałam, zacierając ręce. Potem jednak nastąpiła KATASTROFA (dosłownie i w przenośni). Jak pewnie wiecie rodzice głównego bohatera postanawiają przeprowadzić się do Kanady, zwierzęta sprzedają do USA i jak NeoNoe zabierają to wszystko na statek. Statek, który niestety nie jest niezatapialną arką, a reinkarnacją Titanica. Innymi słowy wszystko i wszyscy idą na dno szybciej niż kariera Lady Gagi. Katastrofy cudem unika Pi oraz jego nowa wesoła kompania przypominająca połączenie bohaterów "Króla Lwa" i "Księgi Dżungli". Mamy więc orangutana, zebrę, tygrysa i hienę. A za kilka stron orangutana, tygrysa i hienę. W następnym rozdziale jedynie tygrysa i hienę. W połowie książki zostaje już tylko sam tygrys o wdzięcznym imieniu Richard Parker.
W wieku trzynastu lat moim największym
marzeniem było posiadanie tygrysa albinosa.
Teraz wystarczy mi pies.
(z wiekiem zmniejszają się oczekiwania)
link
W tym właśnie momencie książka staję się, przynajmniej dla mnie, śmiertelnie nudna. Bądźmy szczerzy ileż można czytać, o tym że ktoś jest głodny (ja to na przykład jestem zawsze). Albo, że dopada go choroba morska? Albo, że brakuje mu wody. Przysięgam, że gdyby wyciąć z tej powieści wszystkie zdania ze słowem woda, to ze stu rozdziałów zostałyby ze cztery. Może pięć. Więc jeśli będziecie czytać tę książkę przygotujcie się na powtarzane do znudzenia opisy pałaszowania ryb i żółwi. Picia deszczówki. Unikania tygrysa. Krótko mówiąc ziew, ziew, ziew i nuda. Przydałaby się jakaś katastrofa, aby ożywić tę fabułę. Ach nie, zapomniałam, ta już miała miejsce.
Jakoś nikomu nie przyszło do głowy
zilustrowanie wymiotów, o których czytałam
w co drugim rozdziale.
Ciekawe dlaczego.
ilustracja Polki
Wiem, jestem rudą marudą, jak zwykle zresztą, ale naprawdę tego dryfowania po wodzie jest o sto stron za dużo. W czytaniu nie pomaga też fakt, że w książce nie ma zbytnio dialogów. Ja wiem, biedaczysko Pi nie ma zbytnio z kim gadać, w końcu wszyscy inni pasażerowie statku śpią już z rybkami, ale przecież jest majestatyczny tygrys! Tom Hanks gadał z piłką, wydaje mi się, że tygrys jest równie sprawny w uskutecznianiu konwersacji co gumowy balon powleczony skórą. Krzyś z Kubusia Puchatka przecież nie miał oporów gadać do pasiastego kocura. Dżasmina z Aladyna też nie. Ale gdzie tam, nasz dzielny rozbitek jest ponad to. W dodatku pod koniec tej swojej iście Odysejskiej tułaczki doświadcza on tak zupełnie odrealnionych historii, że aż zasłaniałam oczy dłonią w geście zażenowania, jednocześnie czując chorą satysfakcję, że wreszcie zaczął bredzić!
A tu ktoś nie doczytał i myślał, że
ziomeczek płynął przez Morze Czerwone
link
Co do strony formalnej to niespecjalnie jest o czym pisać. Poprawna narracja, zgrabne zdania, ale nic co by wprawiło nas w ekstazę świętej Teresy. Da się czytać. Chociaż mi osobiście brakowało chociaż niewielkich fragmentów poczucia humoru. To chyba mój największy problem dotyczący tej powieści. Ona jest jak Kokoum- taka poważna! Mówi o wzniosłych rzeczach, o Bogu, o przetrwaniu, o prawdzie. Żadnych śmichów chichów, żarcików przy koszu, nic. Bardzo widać, że pan Autor chce nauczać, jednak chyba nikt mu nie powiedział, że najlepiej naucza się przez zabawę.
Nie dajcie się oszukać ilustracjom
To NAPRAWDĘ nie jest książka dla dzieci.
link
Na koniec jednak muszę chyba powiedzieć coś dość ważnego i nie wiem jak to zrobić... Nie chcę wam spoilerować, naprawdę nie chcę, a jednocześnie uważam, że powinnam. Bo "Życie Pi" jest przykładem takiej powieści, która przez 98 rozdziałów opowiada jedną historię, tylko po to, żeby zupełnie ją zniszczyć/zmienić/przekręcić w ostatnich dwóch rozdziałach. Tak, tuż przed zakończeniem mamy plot twist tysiąclecia. Nie powiem wam jaki, wiem, że to byłoby podłe z mojej strony. Jednak przygotujcie się. Każda opowieść ma dwie wersję. I zazwyczaj podoba nam się ta pierwsza. Choćby dlatego, że ma w sobie tygrysa.
Nie jest to też niestety powieść o romansie człowiek-tygrys

Czas na dość pretensjonalne cytaty:
  • My, ludzie pracujący w tym fachu, mawiamy, że najniebezpieczniejszym zwierzęciem w zoo jest człowiek
  •  Powodem, dla którego śmierć tak mocno trzyma się życia, nie jest biologiczna konieczność, lecz zawiść. Życie jest tak piękne, że śmierć się w nim zakochała zazdrosną, zaborczą miłością, która zagarnia wszystko, co się da. 
  •  Wybierać zwątpienie jako filozofię życia to tak, jak wybierać bezruch jako sposób przemieszczania się w przestrzeni. 
  •  Im niżej upadniesz, tym wyżej pragnie się wzbić twoja świadomość. 
Pozdrawiam,
M. (μ)

środa, 14 stycznia 2015

Genesis Inaczej, czyli Książka Numer Trzydzieści Dwa

Autor: José Saramago
Tytuł: Kain
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 168

Nie podoba mi się ta okładka.
Dzisiaj będą herezje. Mocne herezje. A to za sprawą książki pod tytułem Kain, której autorem jest portugalski noblista o wdzięcznym nazwisku Saramago. Nie jest to jego najbardziej znana książka. Nie jest to jego najstarsza książka. Jest to jego ostatnia książka. Oczywiście kupując ją nie miałam o tym pojęcia. Na Liście są cztery pozycje, kupiłam pierwszą z brzegu. Okazało się, że mam do czynienia z czymś co chyba mogę nazwać fanficiem. Albo nawet antyfanficiem, bo z tonu książki wnioskuję, że Saramago wielkim fanem Biblii nie jest.
Od razu mówię, że dzisiaj cierpiałam
na niedobór ilustracji, więc...
sami zobaczycie.

Jak się pewnie domyślacie po tytule głównym bohaterem powieści jest Kain. Tak TEN Kain, który ukatrupił swojego brata z zazdrości. Rozsądnie byłoby więc mniemać, że Kain jest antagonistą powieści. Tym razem jednak rozsądek należy wyrzucić za okno, gdyż autor postawił wszystko na głowie i Kain pomimo tej jednej małej bratobójczej wpadki jest wzorem cnót, a czarnym charakterem powieści jest nie kto inny, a nasz ukochany Bóg Ojciec. (Ha! Ale plot twist nie sądzicie?). Ogólnie rzecz biorąc opowiadanie historii z perspektywy "tego złego" jest całkiem zgrabnym i ostatnio dość popularnym zabiegiem- mieliśmy Meleficient z Angeliną, mieliśmy mój cudowny, ukochany musical Wicked, a teraz mamy Kaina. I muszę przyznać, że Kain totalnie daje radę.
Na poczatek- Ładny portret pisarza.
Autor: Kyle T. Webster
Zacznijmy może od grząskiego tematu Starego Testamentu, na którego kanwie Saramago tka swoją narrację. Otóż, aby w pełni cieszyć się dzisiejszą Książką Dnia należy albo a)być ateistą b)odłożyć na bok religijne sentymenty i przyjąć, że Pismo Święte, szczególnie Stary Testament jest takim trochę mitologicznym zbiorem legend (bądźmy szczerzy, historia z jabłkiem RACZEJ się nie wydarzyła). Kiedy więc wyłączymy mentalność wodzireja marszu oburzonych i zrozumiemy, że czasami Stary Testament nie jest Objawieniem, a fikcją literacką, możemy zacząć czytać Kaina.
A tu wychodzi ze mnie studentka historii sztuki
(tak studiuję nie tylko psychologię)
Tintoretto i jego wersja Kaina i Abla.
Wszystko zaczyna się "po Bożemu" Adam i Ewa zostają wygnani z raju, Kain zabija brata, Bóg skazuje go na wieczną tułaczkę naznaczając go jednocześnie piętnem na czole, aby nikt go przypadkiem nie kropnął. I tutaj fantazja autora (która dawała o sobie znać we wcześniejszych rozdziałach) rozwija skrzydła. Otóż prócz tego koszmarnego paskudztwa na ryjku Kain dostaje (chociaż ponoć nie od Boga) jeszcze jeden prezent- otóż nagle zaczyna Podróżować w Czasie! Tak właśnie tak! Oczywiście jednak kompletnie nie ogarnia tego jak nad tym zapanować, więc po prostu raz na jakiś czas niczym Billy Pilgrim "wypada z czasu". Dzięki temu może sobie odwiedzić takie ważne persony jak Mojżesz, Abraham, Hiob czy Noe oraz być świadkiem zniszczenia Sodomy i Gomory, czy też Budowy Wieży Babel. Innymi słowy tuła się biedak przez pierwszą połowę Starego Testamentu patrząc jak to Bóg znęca się nad ludźmi skazując ich na wszelkie możliwe klęski. Nie żartowałam, kiedy pisałam, że Bóg w tej książce nie jest Miłością.
A tu jeden z moich ulubionych malujących ziomeczków- Tycjan.

Ja jednak (pomimo dość dobrej znajomości Biblii i stricte katolickiego wychowania) chyba jestem bardzo tolerancyjna, gdyż nie czułam się oburzona, zgorszona, czy zniesmaczona. W moim nastroju dominowało raczej rozbawienie. Cała historia jest bowiem opowiedziana z dość dużym przekąsem, dystansem i poczuciem humoru. Rzadko kiedy ktoś podchodzi do świętości w ten sposób. Autor balansuje na granicy dobrego smaku, ani razu jej nie przekraczając. Nie da się nie uśmiechnąć, gdy Kain poucza "Boga", że nie, arka nie uniesie się na wodzie, gdyż po zabraniu na jej pokład całego panteonu zwierząt będzie ważyć tony i halo, halo istnieje coś takiego jak grawitacja, istnieje coś takiego jak prawo Archimedesa, halo, halo to wszystko przecież momentalnie pójdzie na dno. Ogólnie autor doskonale potrafi wyszukać w Piśmie Świętym, które jest bądź co bądź dość wiekowe, pewnych hm... naukowych anachronizmów? Na przykład Bóg nie może zatrzymać słońca w opowieści o Jozuem, bo akszyli Słońce mniej lub bardziej jest już zatrzymane i to Ziemia się wokół niego kręci (dzięki Miki, za to odkrycie). Gdy autor wplata takie wątki do swojej powieści, naprawdę trudno nazywać go heretykiem i palić powieść na stosie.
A tak malował pan Chagall

Co do samej narracji, ostrzegam- na początku będzie ciężko. Saramago interpunkcję traktuje dość swobodnie, chyba nie za bardzo lubi stawiać kropki, przecinki, cudzysłowy i inne znaki przestankowe. Nie widzi mu się też zaznaczanie imion i miejsc wielkimi literami, od czasu do czasu jasne, ale żeby robić z tego zasadę? Nie ma mowy. Dlatego też, troszkę zajmie nam wyłapanie rytmu, wychwycenie, czy coś jest dialogiem i, jeżeli jest, kto w nim uczestniczy. Jednak, gdy już się przyzwyczaimy narracja płynie jak łzy zwyciężczyni Miss Polonia. Autentycznie widać, że autor wie jak pisać, zdania pomimo swojej rozciągłości są piękne i nie zgrzytają niczym piasek w zębach. Dużo jest też wulgaryzmów, dosadnego języka i współczesnych zwrotów, stosowanych oczywiście, z premedytacją. A taki rodzaj narracji to to, co jednoliterowa autorka tego wpisu lubi najbardziej.
Jest też mistrz Blake i... ja nawet nie próbuję tego tłumaczyć.

Kain ma też jeszcze jeden plus, który jak przypuszczam jest plusem tylko dla mnie jednak to mój blog, mój wpis, moje zasady, więc nie omieszkam o tym wspomnieć. Otóż wreszcie, wreszcie, po kilku miesiącach zabawy z Listą trafiłam na książkę w której pojawia się, uwaga... JEDNOROŻEC!!! Tak! Okej są o nim tylko ze dwa zdania, ale są! Oficjalnie jest to powieść z jednorożcem w tle! Czego można chcieć więcej? No właśnie- nic więcej do szczęścia nie trzeba.
Jednorożec w książce= arcydzieło literatury. True story.
Dzisiaj cytatów będzie mniej, gdyż pora późna i sił już brak:
  • Mylisz się, nigdy nie jest przeciwieństwem późno, przeciwieństwem późno jest za późno.
  • Ziemia jest ta sana, tak, ale teraźniejszości się zmieniają, jedne są teraźniejszościami przeszłymi, inne teraźniejszościami przyszłymi, to proste, każdy to zrozumie.
  • Historia ludzi to historia ich niezrozumienia z bogiem, ani on nas nie rozumie, ani my jego nie rozumiemy.
Amen,
m.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Kukułeczka kuka, czyli Książka Numer Trzydzieści Jeden.

Autor: Ken Kesey
Tytuł: Lot nad kukułczym gniazdem  
Rok wydania: 1962
Liczba stron: 283 
kolejna z moich lotniskowych perełek.

Czas na kolejny amerykański klasyk, w naszym kraju bardziej kojarzony z powodu adaptacji filmowej. Jest to książka, którą z jednej strony bardzo chciałam przeczytać, z drugiej jednak zawsze sprytnie ją omijałam. Z tego właśnie powodu, przeczytanie 283. stron zajęło mi cały prawie tydzień (to znaczy, bądźmy szczerzy chodzenie na mecze, do kina i na imprezy wcale nie przyspieszyło tego procesu).
Ilustracja jak z horroru. I szczerze mówiąc dobrze.
Ta książka momentami przypomina horror.
link

Żeby w pełni zrozumieć, dlaczego tak źle czytało mi się powieść trzeba zaznaczyć, że w czasie wolnym od marnowania czasu, studiuję psychologię. I z wszystkich super przydatnych rzeczy, których mnie tam uczą najbardziej kręci mnie kliniczna strona psychopatologii z zabarwieniem neuro. Czyli mózgi, szwankujące mózgi. Takie, które można znaleźć pogrzebane w szpitalach psychiatrycznych w zalewie z grubych dragów. A właśnie o psychiatryku traktuje dzisiejsza Książka Dnia. I bynajmniej nie przedstawia go jako SPA dla szarych komórek. Gdzie tam, szpital, który opisuje Ken Kesey bardziej przypomina Guantanamo, Azkaban albo Szósty Krąg Piekielny. W żadnym stopniu nie jest to instytucja mająca na względzie dobro pacjenta. Dlatego przeczytanie tej książki było dla mnie dość traumatycznym przeżyciem.
Jak już wiecie "Nie przeczytajmy książki,
zilustrujmy tytuł" to mój ulubiony rodzaj ilustracji
link

Dla tych, którzy nie widzieli filmu, ani nie czytali książki- narratorem powieści jest Wódz, pół-Indianin i pacjent na oddziale psychiatrycznym. Uważany za głupiego i głuchego nie jest ani głuchy, ani głupi, tylko po prostu inny. Jego życie jest, delikatnie rzecz biorąc do bani. Jednak pewnego dnia szarą szpitalną rutynę przerywa przybycie McMurphy'ego- kolejnego z pacjentów, który jednak nie cierpi na żadną poważną chorobę, no chyba, że za chorobę uznamy chroniczne lenistwo połączone z byciem ostrym cwaniakiem. McMurphy osoba obdarzona dość dużym intelektem, jeszcze większym poczuciem humoru i doskonałym talentem do pakowania się w kłopoty, szybko orientuje się, że na oddziale jest coś nie halo. Nie przypada mu do gustu reżim, jaki wprowadziła Główna Pielęgniarka, postać jakby wyciągnięta z szeregu krewnych i znajomych Hitlera. Razem z innymi pacjentami, którzy szybko się do niego przekonują stają się buntownikami z wyboru i usiłują obalić system. Nie jest to jednak takie proste. Trzeba grać nieczysto. Bardzo nieczysto.
Na szczęście nie tylko mojej,
więc przykładów mam multum.
link

Muszę przyznać, że trzeba dość długo czekać aż coś w tej powieści w ogóle się zacznie dziać. Akcja rozkręca się mniej więcej gdzieś w połowie. Czytałam ją wszędzie, gdzie się dało i nadal byłam na jej początku. Dopiero dzisiaj, podczas oglądania Złotych Globów udało mi się ją skończyć. Tak więc jak już wspomniałam- ta powieść to bomba o opóźnionym zapłonie. Niemniej jednak jest bombą- kiedy już wreszcie wybuchnie to rozwala wam mózg, serce jelito grube i dwunastnice czym tak w ogóle jest dwunastnica? Taka jest mocna. Autor stosuje stary dobry trik, wszystkich popularnych pisarzy- najpierw sprawia, że twoje serce topnieje pod wpływem uroczych bohaterów, a potem ,jak już będzie wystarczająco miękkie rozrywa je na milion kawałków i rzuca na pożarcie psom.
A tutaj mamy bardzo dobrze skrojony,
anatomicznie poprawny rysunek mózgu
człowieka chorego psychicznie.
Autor, w przeciwieństwie do niektórych
nie ominął nawet najmniejszej zapałki.
link

Ja osobiście popełniłam dość duży błąd, który odradzam wszystkim idącymi w moje ślady podróży przez korytarze tego psychiatryka. Otóż (spoiler?) nie nastawiajcie się na szczęśliwe zakończenie. Nie wiem jak to zrobiłam, ale ja zaczęłam czytać tę powieść przekonana, że mam do czynienia z czymś pokroju "Uśmiechu Mony Lisy", "Stowarzyszenia Umarłych Poetów" albo tego filmu, gdzie Michelle Pfeiffer uczy typowych młodych gangsterów doceniać Szekspira. To znaczy... ja widziałam adaptację filmową z Jackiem Nicholsonem, ale chyba zasnęłam w połowie i do dzisiaj tkwiłam w przekonaniu, że kończy się on w środku. Dlatego, kiedy minęłam w książce to co w mojej głowie było "zakończeniem", to coś we mnie umarło. Wiedziałam już bowiem, że na końcu nie będzie ani tęczy ani jednorożców ani nawet zachodzącego słońca. Nadal jednak finisz książki uderzył mnie obuchem w głowę i tylko radosna twarz Eddiego Redmayne'a odbierającego statuetkę na ekranie mojego laptopa, powstrzymała mnie przed zalaniem się łzami w pozycji embrionalnej. Także ostrzegam- przed przeczytaniem "Lotu nad kukułczym gniazdem" należy się uzbroić (po pierwsze w cierpliwość, po drugie w chusteczki, po trzecie w jakiegoś przystojnego mężczyznę/ładną kobietę)
Przez chwilę myślałam, że to Lord Voldemort,
ale obecność nosa na rysunku rozwiała moje wątpliwości.
link

Ciekawe jest jednak to, że nie jest to jednak tak dobra książka jak się spodziewałam. Oczekiwałam, że odmieni moje życie. Liczyłam na arcydzieło ponad wszystkie. Myślałam, że przeczytam Książkę Wszechczasów. Chciałam przeczytać książkę wszechczasów. Jednak dostałam po prostu książkę dobrą. Bardzo dobrą nawet. Jednak w żadnym wypadku nie idealną. Narracja chociaż dość przyjemna momentami przypominała przedzieranie się przez zaspy śniegu- ciężko, zimno i wolno. Bohaterowie są cudowni, są, ale jest ich dużo, wszyscy pojawiają się jednocześnie i mi osobiście się mieszali (może dlatego, że jednocześnie oglądałam Złote Globy, może dlatego, że jestem głupia, jednak fakt pozostaje faktem). Nie znalazłam też zbyt wiele pięknych zdań, wszystko było raczej toporne i ciężkie, pozbawione finezji.
Zapomniałam dodać, że Wódz dużo zamiatał, co jeśli chcecie znać
moje zdanie wyraźnie wskazuje na chorobę psychiczną.
Kto normalny lubi zamiatać?
link

Jednak pomimo tych mankamentów trudno znaleźć książkę, która mocniej (choć nie do końca prawdziwie) przedstawi to, co działo się w szpitalach psychiatrycznych u progu rewolucji związanej z wprowadzeniem neuroleptyków. Mamy tu nadużywanie władzy, zastraszanie pacjentów. Mamy tu odwieczny problem- czym jest choroba psychiczna? Kto jest już chory, a kto jeszcze po prostu dziwny? Mamy też dwie kontrowersyjne i chyba nawet nieco czarne karty historii leczenia psychiatrycznego, czyli Źle Stosowane Elektrowstrząsy i Lobotomię. Są to takie tematy, które może do mnie jako małej psycholożki przemawiają bardziej niż do Innych. Ale z drugiej strony, każdy z nas ma mózg, o który mniej lub bardziej dba mając nadzieję, że nic złego się z nim nie stanie prawda? Dlatego właśnie chyba warto powieść przeczytać i dziękować swoim bogom, że w dzisiejszych czasach, nawet jak coś tam tam pod kopułą czaszki zacznie szwankować, to nikt nie pobawi się w szatkowanie naszych płatów mózgowych. Plus zdecydowanie lepiej czytać "Lot..." niż też już opisywaną przeze mnie "Weronikę" Coelho.
to tak jak i ja Jack.
(Gif oczywiście z adaptacji filmowej)

Tym optymistycznym akcentem (i kilkoma cytatami kończę)
  • Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu
  • Wiem tylko, że choć wszyscy mają swoje braki, nic im nie sprawia takiej frajdy, jak wyśmiewanie i poniżanie innych.
  • Pierwszy umiera optymizm, po nim miłość, na końcu nadzieja.
  • Nic tak nie irytuje ludzi, którzy chcą ci obrzydzić życie, jak to, że zachowujesz się, jak gdybyś tego nie zauważał.
  • Jeśli człowiek nie ma się na baczności, ludzie zmuszą go do robienia tego, czego chcą, albo – jeśli jest uparty – do robienia czegoś wręcz odwrotnego, po prostu im na złość.
Z kukułczego gniazda odmeldowuję się,
M.

wtorek, 6 stycznia 2015

Hobbit i trzynastu krasnoludków, czyli Książka Trzydziesta

Tytuł: Hobbit, czyli tam i z powrotem
Autor: J.R.R. Tolkien
Rok wydania: 1937
Liczba stron: 364
Lotnisko w Luton: zaoopatrujące M. w książki od 2008 roku
Pierwszy (dość spóźniony) wpis w tym roku nadchodzi! Jako, że w sobotę wybieram się do kina, aby ostatni raz spotkać się z mieszkańcami Śródziemia, postanowiłam, że dzisiejszą Książką Dnia będzie właśnie Hobbit. Jednak okazało się, że ktoś podwędził mi moją kopię, którą sama podwędziłam mojemu wujkowi wiele lat temu, i musiałam ratować się angielskojęzyczną wersją kupioną, a jakże, na lotnisku. Więc, tym razem czytałam Tolkiena, tak jak się go ponoć czytać powinno- w oryginale.
There ain't no party like a Baggins party!
link
Zacznijmy może jednak od tego, czym jest Hobbit. Otóż po pierwsze jest idealną książką dla dzieci. Ma prawie wszystko, co takie książki powinny posiadać: smoki, przygody, niepozornych lecz wielkich bohaterów, przyjaźń, odwagę, poświęcenie, magię. Jedyne czego Hobbitowi brakuje, to postaci kobiecej w jakiejkolwiek formie. Autentycznie czasami się zastanawiam jak oni się w tym Śródziemiu rozmnażali skoro najwidoczniej cierpieli na dość spory deficyt istot z dwoma chromosomami X (prawie jak Smerfy). No, ale jeśli uciszyć wewnętrzną feministkę domagającą się płci pięknej wszędzie gdzie tylko się da, to tak naprawdę w tej książce nawet braku kobiet aż tak nie widać. Czytelnik za bardzo skupia się na próbie spamiętania wszystkich imion krasnoludów, aby zastanawiać się, gdzie podziały się wszystkie krasnoludzice. Monstrualna dygresja numer jeden: koniec.
Po drugie "Hobbit" jest cudownym klasykiem fantastyki. Może nie jej Świętym Graalem (nim jest oczywiście "Władca Pierścieni"), ale świętą relikwią na pewno. Nie można być fanem gatunku nie przeczytawszy tej powieści. To tak jakby lubić wampiry, a nie mieć pojęcia kim jest Drakula (chociaż w czasach "Zmierzchu", jest to nader prawdopodobne).
Po trzecie "Hobbit" jest idealną książką do czytania podczas podróży. Tak się składa, że tym razem czytałam ją zarówno w samolocie jak i w pociągu. I chociaż moja podróż nie miała się zakończyć ani odnalezieniem pierścienia (z brakiem pierścionka na moim palcu pogodziłam się już nie tylko ja, ale i moja biedna czekająca na wnuki mama), ani nawet żadnego skarbu (chyba, że skarbem nazwać można ostatni listek gumy do żucia jaki znalazłam po powrocie na dnie swojej torebki), Niemniej jednak podczas odmrażania sobie kończyn na lotnisku/dworcu/przystanku doskonale rozumiałam tęsknotę za ciepłym łóżkiem jaką odczuwał biedny Bilbo. 
A tutaj jest Thorin, który bardziej niż krasnoluda
przypomina Wikinga.
link
Nie ma sensu zbytnio opisywać fabuły, ot pewnego dnia mały hobbit zostaje wysłany w podróż w towarzystwie jednego czarodzieja i trzynastu krasnoludów. Celem podróży jest pozbycie się smoka i zagarnięcie góry złota. Nic prostszego prawda?
Oczywiście jak wszyscy wiemy nie. Bilbo i jego wesoła kompania ma więcej problemów niż nasz fundusz zdrowia, zarząd dróg i transportu oraz drużyna piłkarska razem wzięte. Czystym prawem Murphy'ego nie udaje im się praktycznie wszystko. Co chwila gubią swoje zapasy, konie oraz sami siebie. Denerwują wszystko co ma dwie nogi i ćwierć mózgu (gobliny, trolle, elfy itp.) i ogólnie wykazują się przezornością i pomyślunkiem równym zeru. Równie dobrze mogliby być garstką niemowlaków, taki sam mają współczynnik samozachowawczości.
Idealnie zilustrowany Bilbo jest idealny
Jeśli chodzi o samą narrację, to Hobbit swoje źródło ma w opowiadaniach, którymi Tolkien raczył swoje dzieci przed snem. I doskonale widać to w sposobie prowadzenia fabuły. Tę książkę czyta się jak bajkę na dobranoc. Osobiście uwielbiam taki styl konstruowania zdań, dzięki niemu przez powieść przechodzi się szybko i przyjemnie jednocześnie mając wrażenie, że ktoś do nas mówi (przynajmniej ja mam takie wrażenie, ale może to tylko prodromy schizofrenii). Jednocześnie jednak stary dobry John ma koszmarną tendencję do wrzucania piosenek wszędzie, gdzie tylko się da I nie są to dwuzwrotkowce z refrenem lalala, nie te pieśni mają czasami po trzy bite strony. Autentycznie w "Hobbicie" jest więcej piosenek niż w każdej chyba bajce Disneya włączając "Piękną i Bestię". Chyba nie należę do wrażliwych lirycznie osób, bo późniejsze pieśni omijałam bez mrugnięcia okiem. W końcu ILEŻ MOŻNA ŚPIEWAĆ?!! Jest nam zimno i źle? ZAŚPIEWAJMY! Ukradli nam konie? ZAŚPIEWAJMY! Prawie umieramy z głodu? ZAŚPIEWAJMY! Panie Tolkien to nie jest Glee!
A tutaj mamy Golluma, delikatne i pełne
uroku z niego stworzenie.
link
A skoro już gładko przeszłam do moich ulubionych skarg i zażaleń, to jeszcze wypowiem się na jeden temat. Otóż ŻADEN Z KRASNOLUDÓW NIE MA OSOBOWOŚCI. Jest ich trzynastu, a odzywają się może ze trzy razy. Jestem wręcz pewna, że kilku z nich nie odzywa się wcale. Jest z nich taki bohater zbiorowy BalinDwalinOinGloinNoriDoriOriFiliKiliBifurBofurBomburThorin. Trudno jest mi przywiązać się do któregokolwiek z nich i płakać nad jego losem, skoro jedyne co o nim wiem to jak ma na imię, jaki ma kolor kaptura i ewentualnie  w jakim stanie jest jego broda. Na szczęście w tym miejscu z pomocą przyszedł mi film (wiem, wiem to okropne z mojej strony). Jednak to właśnie dzięki ekranizacji za każdym razem, gdy widziałam te cztery niepozorne litery składające się na imię Kili przed moimi oczami stawał Aidan Turner ze swoimi roześmianymi oczami i pucułowatymi policzkami sprawiając, że wszystko wracało do normy (o ile przez normę rozumiemy, że aż kręciło mi się w głowie od nadmiaru piękna). Jednak, gdyby nie to, że przy dzisiejszej lekturze byłam już zaznajomiona z filmem, to nie udałoby mi się zapamiętać kto jest kim. Ja wiem, że nadanie trzynastu postaciom wyrazistych cech charakteru jest trudne, ale jeżeli jednym z niewielu krasnoludów, których lubię jest Bombur i to tylko dlatego, że jak ja jest gruby i wiecznie myśli o jedzeniu, to coś tu jest chyba nie tak.
Taki ładny smok.
Taki ładny.
Dlaczego ktoś chciałby go skrzywdzić?
Jest taki ładny.
Link

Jednak to takie moje narzekanie rudej marudy, tak naprawdę książka ma tytuł Hobbit, jest o hobbicie i ów hobbit jest dobrze opisany, ma wady, zalety, dziwactwa (lub jak ja je nazywam kwirki). Bilbo Baggins jest cudowną postacią, która chwyta za serce już na pierwszej stronie i nie wypuszcza go nawet po zamknięciu przeczytanej książki. Jest jedyną (prócz Gandalfa i Golluma oczywiście) udaną postacią, która pokazuje, że jak Tolkienowi się coś udaje, to udaje mu się na maksa.
Dlaczego warto również obejrzeć film?
Powód numer jeden.
Zresztą, czy Tolkiena czyta się dla doskonale skonstruowanych, trójwymiarowych postaci krasnoludów? Nie, jego czyta się dla monstrualnych pająków, trolli, przygód, wielgachnych orłów i ludzio-niedźwiedzi. Lub też, jeżeli jest się mną, czyta się go, gdyż, pomimo tego, że mieszkamy w norze, lubimy leżeć w łóżku, jeść dwa śniadania dziennie i mamy kręcone włosy i owłosione stopy (autentycznie powinniście widzieć mój duży palec u nogi), nikt nie puka do naszych drzwi z zapytaniem: czy masz ochotę wstąpić do świadków Jehowy na przygodę? Ale może to i dobrze, w końcu moje zdolności skradania się przypominają te jakie posiada nosorożec, nie jestem właścicielką chusteczki do nosa, a jedyna zagadka jaką znam brzmi: po wodzie pływa i kaczka się nazywa. Dlatego właśnie poskramianie smoków zostawiam hobbitom i szewczykowi Dratewce. Swoją drogą smoki należy oswajać i tresować, jak w tej kreskówce, a nie poskramiać. Ale to już nie temat na dzisiaj.
Oraz numer dwa
Jezu, jestem taka płytka
Cytaty Dnia:
  • Dziwna rzecz: o tym, co najlepsze, i o dniach najmilej spędzonych niewiele się ma do opowiadania, a słuchanie o tym nie tak bawi słuchacza; za to o rzeczach przykrych, niepokojących czy wręcz groźnych można opowiadać wspaniałe historie i starczy tematu na długo. 
  •  Jeśli się chce coś znaleźć, trzeba po prostu szukać (…). Rzeczywiście, kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba. 
  •  Mówiłem. Nie bądź głupi, Bilbo. Idź lepiej do łóżka, bo widzę, że ci już rozum usnął w głowie. 
  •  Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad. 
Ze swojej hobbiciej norki pozdrawia was,
M.

środa, 31 grudnia 2014

Bajki Robotów, czyli Książka Numer Dwadzieścia Dziewięć

Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Ja, Robot
Rok wydania: 1950
Liczba stron: 232
Wydawnictwo Rebis znowu daje radę. Duża okejka dla nich.

Jak widać ostro baluję w sylwestra otoczona stadem rozszalałej gawiedzi jak na super imprezowiczkę przystało. (Tak naprawdę siedzę w łóżku, a towarzyszy mi mój udomowiony motyl-zombie zwany Łazarzem. O ile znowu nie umarł, trudno rozeznać u motyla). Ostatni wpis w tym roku podobnie jak pierwszy będzie o science-fiction. Nie był to oczywiście zabieg celowy, gdzie tam, moje zdolności planowania ograniczają się do przygotowania sobie outfitu na następny dzień (tylko po to, aby stwierdzić, że wyglądam w nim grubo i przebrać się 7 razy). Ale nie jestem szafiarką tylko półkarką, więc wróćmy do meritum. Dzisiejsza Ksiażka Dnia, czyli "Ja, Robot" Asimova to niestety coś czego osobiście nienawidzę. Jest to mianowicie (dramatyczna pauza) zbiór opowiadań.
Roboty to taki wdzięczny temat.
link


Jeśli książka znajduje się w mojej biblii i widzę ją na półce w księgarni, to nie tracę czasu na studiowanie obwoluty, tylko pakuję ją do koszyka. W końcu chcąc nie chcąc i tak muszę ją przeczytać. Dlatego rozczarowanie nadeszło dopiero w domu. I nie było to małe rozczarowanie w stylu: "och spóźniłam się na tramwaj i muszę marznąć przez kolejne dwanaście minut", raczej rozczarowanie podobne do: "och spóźniłam się na tramwaj, którym jechał rozdający pączki i swój numer telefonu Justin Timberlake". 
Nie potrafię wytłumaczyć co mi się nie podoba w zbiorach opowiadań, po prostu to trochę tak jakby zamiast jednego wielkiego burgera z mnóstwem dodatków dostać kilka miniburgerów, niby to samo, ale wcale nie. Kiedy czytam opowiadanie, ciągle czuję jakiś niedosyt- za mało opisów, za mało głębi postaci, za mało stron. Zanim wszystko się na dobre rozkręci, już każą mi schodzić z karuzeli. 

Dziecko i robot w moherowym berecie- istna sielanka.
link

Niemniej jednak przemogłam się i zaczęłam czytać. Pozory powieści "Ja, Robot" utrzymuje dzięki postaci Susan Calvin, która wszystkie historie przytacza dziennikarzowi prowadzącemu z nią wywiad. Historii jest dziewięć, niektórzy bohaterowie się powtarzają, a każdą opowieść łączy również temat- wszystkie tyczą się robotów oraz trzech praw robotyki. Oto one: 
- prawo pierwsze: robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
- prawo drugie: robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z pierwszym prawem.
- prawo trzecie: robot musi chronić sam siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z pierwszym lub drugim prawem
I tyle w kwestii fabuły całej powieści. Same historię prezentują różny poziom, kilka z nich jest fantastycznych, kilka nudzi bardziej niż niedzielne kazanie w kościele parafialnym. Do najlepszych należy opowiadanie pierwsze pod tytułem "Robbie", poświęcone "przyjaźni" dziewczynki z robotem, trzecie, traktujące o robocie z urojeniami mesjanistycznymi oraz opowiadanie pod tytułem "Kłamca" o maszynie, która rzekomo potrafi czytać w myślach. Właśnie te trzy historie wychodziły przed szereg i nadawały ton ogólnemu wydźwiękowi książki.
Nie ma nic smutniejszego niż smutny robot
(prócz smutnego szczeniaczka oczywiście)
link
Jak już wspomniałam opowiadania nie prezentują równego poziomu, nie oznacza to jednak, że znajdują się wśród nich kompletne gnioty. Myślę nawet, że gdyby wyciągnąć z nich średnią nadal utrzymywałaby się ona na poziomie powyżej przeciętnej. Nie będę was jednak oszukiwać- Asimov jest mistrzem budowania światów nie zdań. Te drugie pozostawia proste, przezroczyste i pozbawione jakichkolwiek ozdobników. Nie jest również wirtuozem tworzenia postaci, które zazwyczaj są w jego opowiadaniach bardziej plastikowe niż korpus lalki Barbie. Jednak sposób w jaki kreśli on roboty i problemy jakie stawia robotyka... matko jedyna, przygotujcie armaty, umarłam z zachwytu. Pomysłowość autora, naukowe podejście do dziedziny, która w latach 50' XX wieku nawet zbytnio nie pełzała, to wszystko zasługuje na zdjęcie czapek z głów i chylenie czół. Nikt wcześniej nie zastanawiał się nad wyzwaniami jakie mogą sprawiać zabawy ze sztuczną inteligencją. Nikt nie rozważał konfliktów człowiek versus maszyna. Asimov w tej kwestii był pionierem, torującym drogę przyszłym pokoleniom. Zapalił pochodnię, która w tym momencie świeci jaśniej niż fajerwerki, którymi za kilka godzin zostanie zbombardowana stratosfera.
Zaczyna mi być przykro, że w dzieciństwie
nie miałam przyjaciela-robota.
 Miałam tylko zwykłych nudnych przyjaciół,
którzy się męczyli i mieli mamy, które wołały
ich do domu na obiad.Pff.
link

Nie jestem pewna jaki mam stosunek do tej książki- polubiłam Susan, która choć posiadała zaledwie szkielet osobowości, wzbudzała sympatię. W dodatku była robopsychologiem. Też chcę być robopsychologiem, ale z jakiegoś powodu na moim wydziale nie otworzyli jeszcze takiej specjalizacji. Polubiłam też Donovana i Powella, dwóch bardzo pechowych specjalistów, którym wiecznie coś się przytrafia (zostają randomowo wysłani w kosmos, umierają, wracają do życia, umierają, wracają do życia, to się chyba nazywa ryzyko zawodowe). Najbardziej jednak za serce chwyciły mnie same roboty. Były takie urocze! Logiczne do bólu (nawet jeśli im odbijało, to zawsze był ku temu jakiś powód), przestrzegały reguł, były bardziej kumate niż większość ludzi, nie mogły nikogo skrzywdzić ani zranić. Czego chcieć więcej? W porównaniu z nimi homo sapiens wypadają dość blado jeśli mam być szczera. Jestem pewna, że żaden robot nie rzuciłby we mnie ogryzkiem od jabłka podczas jazdy autobusem (w przeciwieństwie do jednego dresa kilka lat temu). Nie jestem pewna, czy to właśnie było zamiarem Pana Isaaca, ale po przeczytaniu tej książki stałam się robotofilką. Już planuję wydrukować sobie koszulkę I serduszko robot.
A tutaj mamy obraz autora, który siedzi sonie na tronie.
Like a boss.
(autorka: Rowena Morill)
Koniec końców, jak na zbiór opowiadań "Ja, Robot" daję radę. Jednak nadal uważam, że gdyby z tych świetnie skonstruowanych części złożyć jedną, dobrze naoliwioną całość, to mielibyśmy produkt nie do pobicia. Nie oszukujmy się, chociaż w Power Rangers pojedyncze zordy były spoko, to dopiero megazord rozwalał system. I tak właśnie jest też z tymi opowiadaniami. Na szczęście biblia nakazuje przeczytanie jeszcze jednej książki Asimova i ta (tym razem sprawdziłam) jest już powieścią z krwi i kości. Więc trzymajcie się mocno, bo czekać nasz będzie ostra jazda.
Jeśli nadal zastanawialiście się po co nam roboty, właśnie zobaczyliście odpowiedź.
link

Rutynowo już, cytaty (dzisiaj tylko dwa, bo nie za bardzo jest co cytować)
  • Poprzez chłodne, logiczne rozumowanie możesz udowodnić właściwie wszystko... jeśli wyjdziesz z odpowiednich przesłanek.
  •  Wszystkie formy życia, świadomie lub nie, nie znoszą czyjejś dominacji. 
Pozdrawia, wasza robotofilka,
M.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Kac Vegas, czyli Książka Dwudziesta Ósma


Autor: Hunter S. Thompson
Tytuł: Lęk i odraza w Las Vegas
Rok wydania: 1971
Liczba stron: 255
Selfie z prezentem świątecznym musi być.
W jednym z moich ukochanych seriali wszechczasów (mowa oczywiście o "Gilmore Girls") główna bohaterka, totalny mól książkowy daje swojemu pierwszemu chłopakowi "Emmę" Jane Austin (pisałam już o niej) do przeczytania, on natomiast rewanżuje jej się wręczając dzisiejszą Książkę Dnia. Tak, właśnie przebrnęłam przez kultowego Huntera S. Thompsona! L'enfant terrible, autora wyklętego lat siedemdziesiątych.
Oryginalne ilustracje są autorstwa Ralpha Steadmana.
Dobre ilustracje do dobrej książki.

Jeśli nie wiecie, kim jest Hunter S. Thompson i jakiego pokroju dzieła pisał to mam dla was jedno słowo: gonzo. Gonzo to taki styl skrajnie subiektywnego dziennikarstwa, które jest bogate w dygresje, własne przemyślenia i osobiste wycieczki. Ogólnie polecam naszą koleżankę Wiki(pedię), jest bardziej pomocna niż ja w tej kwestii.
Ważne w stosunku do ,szczególnie tej książki autora, jest też drugie słowo: psychodela. Z tej powieści dowiedziałam się więcej o ćpaniu, wciąganiu, jaraniu i paleniu niż z takich klasyków lat młodości jak Pamiętnik Narkomanki, Dzieci z Dworca Zoo, czy Hera Moja Miłość. Główni bohaterowie Książki Dnia (nad)używają chyba wszystkich możliwych substancji psychoaktywnych. Czytając ich przygody czułam się jakbym cały czas żyła pod kloszem, który ktoś nagle rozwalił siekierą. Co chwila zadawałam sobie takie inteligentne pytania jak: Ale że co?! Ale jak to? Huh?!?!? Każda ze stron powieści jest wypełniona motywem ładowania w siebie wszystkiego co jest pod ręką. Dragi i alko są dla bohaterów jak oddychanie, abecadło i pacierz. Paraliż ciała po wtrynieniu andrenochromu? Nihil novi sub sole bejbe.
W tym momencie wspomnę, że książka dedykowana
jest Bobowi Dylanowi.
Mam nadzieję, że wpis dotyczący Watchmanów
nauczył was co to znaczy.
link
Jednak zacznę może od początku. Otóż główny bohater powieści Raoul Duke jest totalnym alterego pisarza. To naprawdę jest autor, po prostu się przechrzcił, żeby nie zamknęli go za harde ćpanie w Las Vegas. Nasz główny bohater i jego samoański adwokat jadą do Miasta Grzechu, aby napisać artykuł (Raoul jest dziennikarzem) na temat jakiegoś wyścigu, zawodów motocyklowych, czy czegoś w tym stylu. Nie jestem pewna, bo sam wyścig utonął w morzu używek, halucynacji i odpałów. Bohaterowie gonią słynny "amerykański sen", błądząc po omacku (lub też jadąc wypasionym cabrio, załadowanym po brzegi dragami) i próbując zrozumieć, co w ogóle się dzieje w tym momencie w Ameryce. Ogólnie ta powieść to takie "W drodze" Kerouaca na sterydach.
Widzę, że nie tylko mi słowo Gonzo kojarzy się tylko z jednym.

W tym momencie ostrzegam- Raoul i jego Adwokat to para zaćpanych dupków. Są nie do zniesienia, na wiecznym haju, wymachują pistoletami, grożą randomowym ludziom, bredzą, mają haluny, paranoje, biją kobiety, kłamią ile wlezie, kradną, łamią wszystkie kości prawa, hejtują Polaków (chyba jesteśmy najmniej lubianym narodem na całym świecie), są wulgarni, nieprzyjemni w obyciu, ogólnie są to ludzie, których należałoby odseparować od społeczeństwa. Jednocześnie jednak czyta się o nich z gwiazdami w oczach, czekając co tym razem wymyślą, jaką manianę odwalą. A robią autentycznie wszystko, czego można się spodziewać od ludzi zachlanych i zaćpanych w trzy... w sensie ostro wciętych. Kradną tysiące mydeł z hotelu, chcą się zabić wrzucając radio do wanny, atakują bogu ducha winną pokojówkę hotelową, rzucają grejpfutami o ściany, wjeżdżają samochodem w jezioro. Główni bohaterowie "Kac Vegas" w porównaniu z Raoulem i jego adwokatem, to przykładni obywatele, święci wręcz. Nie mam pojęcia jakim cudem nasza parka nie wyzionęła ducha na miejscu, ale jak widać nawet szatan bał się wziąć do siebie takich powaleńców. Ja nie żartuje, ci ludzie autentycznie rozprawiali o tym, że mają ochotę posmakować szyszynki, nie szynki, SZYSZYNKI! (dla niewtajemniczonych: to taki dynks, który znajduje się w środku mózgu i produkuje melatoninę i innę niny.).  Hannibal Lecter zaprasza na obiad panowie.
Jeśli widzisz reptilian popijających drinki
nad basenem ludzkiej krwi,
to proszę cię, zmień dilera.
link

Styl pisania autora jest niesamowity, widać, że w przeciwieństwie do Kerouaka, Thompson naprawdę jest mistrzem pióra (podobno uczył się warsztatu hardo przepisując swych idoli Fitzgeralda i Hemingwaya). To jest czysta rynsztokowa poezja. Wulgaryzmy są w niej piękniejsze od wyszukanych epitetów. Thompson jest wręcz poetą przekleństw. Ostre halucynacje opisane tak obrazowo, że aż się widzi przed oczami latające nietoperze, ludzi-jaszczurów i wszystkie inne dzikie stwory rodem z zaćpanego mózgu. Wszystko jest dosadne, ostre i mocno przyprawione. Nie ma długich, nudnych momentów, zdań, które aż krzyczą o przycięcie/wycięcie/pocięcie. Nie ma chyba w tej książce nic, co bym zmieniła (swoją drogą propsy dla tłumaczy, świetna robota).
Tak właśnie wyobrażam sobie USA
link

Muszę przyznać, że jest to jedna z ciekawszych pozycji, które przyszło mi ostatnio przeczytać.
W sumie wszyscy wiemy, że słuchanie o tripach innych ludzi zazwyczaj jest fajną zabawą. A jak jeszcze mają oni dar opowiadania to już w ogóle morze radości. Hunter S. Thompson stworzył kultową powieść kontrkultury, niszcząc i obrażając każdy skrawek konsumpcjonizmu ówczesnej Ameryki. Dla mnie jednak, wychowanej na naszej swojskiej ziemi, "Lęk i odraza w Las Vegas" jest po prostu jak ciastko z haszem- lekkostrawne, słodkie i lekko psychodeliczne.
Oczywiście jest też film z boskim Deppem w roli głównej.
(ciekawostka:Johnny  Depp i Hunter S.Thompson byli bliskimi przyjaciółmi)

Na pożegnanie cytaty:
  • Dziennikarstwo to nie zawód ani branża. To tylko mizerna szansa na zaistnienie dla popaprańców i odmieńców – fałszywe drzwi na zaplecze prawdziwego życia, obrzydliwa, zaszczana nora zabita dechami przez inspektorów budowlanych, ale dość głęboka, by każdy pijaczek mógł stoczyć się do niej z chodnika, żeby tam walić gruchę jak małpa w zoo.
  •  Mieliśmy dwa worki marihuany, siedemdziesiąt pięć kulek meskaliny, pięć bibułek nasączonych ostrym kwasem, solniczkę nabitą kokainą, i całą galaktykę tęczowych dołersów, głupawek i nakręcaczy... a także ćwiartkę tequili, ćwiartkę rumu, skrzynkę budweisera, pół litra eteru i sporo amylu
  •  Ten, kto wyzwala z siebie bestię, pozbywa się bólu bycia człowiekiem.
  • Zabij ciało, a umysł sam umrze.
Pisała do was, nie z Las Vegas a z Londynu,
M.

piątek, 26 grudnia 2014

No shit Sherlock, czyli Książka Dwudziesta Siódma

Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: Pies Baskerville'ów
Rok wydania: 1902
Liczba stron: 243
Dlaczego tania książka jest dobra?
Bo jest dobra i tania
*BADUM TSS*
Kolejny klasyczny klasyk z listy klasyków. Tym razem z trupem w roli mistrza drugiego planu.
Zastanawia mnie co jest w nas takiego, że uwielbiamy czytać o "kto, kogo, czym i w jakim pokoju ukatrupił" (Colonel Mustard in the Library with the Candlestick). Krew bryzga jak w filmach Tarantino, trup ściele się często, gęsto i poziomo, podejrzani zmieniają się jak trendy na twitterze, a my obgryzamy pazurki i kwiczymy z uciechy. Jednocześnie usiłujemy sami rozwikłać zagadkę i czekamy, aż ktoś wyjaśni nam wszystko, co sami dostrzegaliśmy, ale byliśmy zbyt głupi, aby dodać dwa do dwóch (nie dziwię się, matematyka wymagająca bestia). I albowiem jesteśmy ślepi i tępi drogę wytaczają nam wybitne postacie- Pani Marple, Herkules Poirot, Nancy Drew, czy Velma ze Scooby-Doo. No i oczywiście najbardziej znany z panteonu przyklejonych do lupy domorosłych detektywów- Sherlock Holmes.
Tytułowy piesek. Jak widać urocza, słodka
i zupełnie nieszkodliwa psinka.
link
Na Liście są dwie powieści z Królem Baker Street w roli głównej. Dzisiaj zabrałam się za chronologicznie drugą z nich, tylko dlatego, że akurat wpadła mi w łapy (ach, te moje logiczne sposoby wybierania Książek Dnia). Jak się możemy domyślać książka składa się w 30% z dedukcji Sherlocka, w 34% plotek, ploteczek i poczty pantoflowej, w 10% z samej zbrodni i jej skutków i w 26% z Wąsa Watsona i dziwnych przygód osoby będącej środowiskiem naturalnym wspomnianego wyżej wąsa. Ach i mamy tutaj jeszcze tytułowego psa, bestię piekielną, cerbera z szóstego kręgu piekielnego. Fabułę można podsumować tak: pojawia się DENAT, spadkobiercy DENATA ktoś grozi, wielki pies, w sprawę wkraczają DETEKTYW i DOKTOR, wielki pies, jakieś romanse i inne zawirowania wśród PODEJRZANYCH, wielki pies, Mądry Sherlock wyjaśnia zagadkę innym, czytelnikowi opada szczęka, KONIEC.
A tu mamy jego szkielet zrobiony z literek.
Litografia taka super zabawa!
link
Po moim opisie można postawić tezę, że książka mi się nie podobała. Nic bardziej mylnego, całkiem nieźle się przy niej bawiłam, ale bądźmy szczerzy, takie książki opierają się na schematach. A schematy, mają to do siebie, że się nie zmieniają. I za to je kochamy. Razem z moją współlokatorką P. miałyśmy zwyczaj oglądać W-11 (na zawsze w naszych sercach), oglądałyśmy go na tyle często, że doskonale wiedziałyśmy, kto jest winny opierając się tylko na czasie jaki pozostał do emisji reklamy. Taki był już urok tego programu. Nawet bardziej ambitne seriale kryminalne takie jak Monk, Bones, NCIS, Castle i masa innych jest wyjątkowo sztampowa (dziwna zbrodnia, Castle ma szalony pomysł, analogia do życia codzinnego bohaterów, plottwist, kolejny super pomysł tytułowego bohatera, napisy końcowe). Tak samo jest z książkami tego gatunku. 90% z nich jest dość przewidywalna, a jednak je czytamy. Dlaczego? Moim zdaniem powody są dwa a)żeby na koniec móc krzyknąć "A nie mówiłam?!" i poczuć się jak cudowne dziecko kryminologii b)w nadziei, że trafimy na jedną z tych 10%, której zakończenie wbije nas w fotel. I czy trafimy na sytuację a) czy na b) to jesteśmy wygrani.
Zagadka. To jest:
a) ponurak
b) pies Baskerville'ów
c) wyjątkowo brzydka świnia
d) wszystkie odpowiedzi są poprawne
link
Dzisiejszy kryminał ma jednak pewną przewagę nad swoimi siostrami. Jest bowiem również taką książką o Sherlocku.  O tym Sherlocku. Co by o nim nie mówić, jest jednak najcudowniejszym z detektywów. Charyzmatyczny i ekscentryczny, z ostrym jak brzytwa dowcipem, biegiem myśli szybszym niż Usain Bolt, mający tysiąc asów w rękawie i najlepszą minę pokerzysty w historii podbija serca niczym idol nastolatek. Nic więc dziwnego, że Benedict Cumberbatch, któremu przypadł zaszczyt wcielenia się w rolę wyżej wymienionego w kultowym już serialu BBC, stał się bożyszczem kobiet i mężczyzn w każdym wieku, a jego kariera (dość zasłużenie) wyruszyła windą do nieba.
A tutaj uzbrojony w szabelkę Bazyli Mysi Detektyw
walczy z ogarem piekieł.
link
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co jeszcze powinnam o książce napisać, gdyż nie jest to żadna matrioszka skrywająca w sobie siedemdziesiąt warstw, w "Psie Baskerville'ów" dostajemy to co jest napisane na okładce- powieść kryminalną. Nic mniej, nic więcej. Jednym to wystarczy, innym nie. Ja się dobrze bawiłam siedząc obok choinki z książką na kolanach, więc polecam. Ale jeśli szukacie intelektualnego wyzwania, moralnego katharsis i drugiej powieści ukrytej między wierszami, to... od powieści Arthura Conana Doyle'a na lewo proszę.
Jeśli przypuszczaliście, że zakończę ten wpis bez wstawienia
choćby jednego gifa z Benedictem,  to znak, że jesteście mugolami,
wcale mnie nie znacie i nie wiecie czym jest piękno.
A teraz zaskoczę cytatami:
  • Co jasne i oczywiste, budzi mniejsze przerażenie niż przypuszczenia i pogłoski.
  • Intensywny wysiłek umysłowy ma to do siebie, że zaciera w pamięci ostatnie wydarzenia
  •  Niektórzy ludzie, których natura nie obdarzyła geniuszem, posiadają niezwykłą moc jego stymulowania u innych. 
  •  Na świecie jest wiele rzeczy oczywistych, któych jednak nikt nigdy nie zauważa.
Wierna wam jak pies (Baskerville'ów)
M.
P.S. muszę zacząć wymyślać lepsze sygnatury.